] > Karol „Zal” Zalewski - Blog - http://blog.4zal.net/kategoria/zycie/lifestyle/

Miniblog: Trasa koncertowa Theriona

2010-09-03, Piątek 15:10:40 +0200, autor Karol „Zal” Zalewski, licencja LPRCTKC

Mógłbym sobie odpuścić koncert Metalliki, Rammsteina, czy też Nightwisha. Ale na wszelkie bóstwa Babilonu, spotkania z Therionem w tym roku sobie nie daruję. Szczególnie, że na dniach ukaże się nowy ich album „Sitra Ahra”. Koncert ma się odbyć 28 listopada (niedziela) w Krakowie, a dzień później kolejny tym razem w Warszawie. Ja się wraz z Martą wybieram do Wa-wy. Bilety w przedsprzedaży kosztują 90 złotych. Ktoś jeszcze wybiera się na niego?

Swoją drogą w Polsce niedługo grać też będzie Blind Guardian (Warszawa, 19 października). Równie kusząca opcja chociaż w tym przypadku wąż w kieszeni jest bardziej jadowity. Osobom z Trójmiasta przypominam też, że już 11 września w Wejherowie za darmo zagra Hunter.

Ciało niewolnika należy do pana, ale jego duch jest wolny

2010-09-01, Środa 15:08:58 +0200, autor Karol „Zal” Zalewski, licencja LPRCTKC

Przyszło mi żyć w miejscu, gdzie ponad 50% ceny paliwa stanowią podatki, a składka na ubezpieczenie emerytalne jest obowiązkowa bez żadnej gwarancji na to, że dożyję do emerytury. W miejscu, gdzie w imię bezpieczeństwa próbuje się ograniczać wolność nawet w zakresie dysponowania własnym ciałem i umysłem.

Odnoszę wrażenie, że nieliczne osoby związane z kryptografią i informatyką (chociażby twórcy Tora, Freenetu, czy też GNUnetu) więcej uczyniły dla utrzymania naszej wolności w ciągu ostatnich kilku lat, niż rzesze polityków w ciągu kilkudziesięciu. Biorąc powyższe pod uwagę dobrowolnie rezygnuję z czynnego i biernego prawa wyborczego jednocześnie przyjmując edukację oraz tworzenie nowych metod i narzędzi jako jedyne formy zmiany otaczającej mnie rzeczywistości.

Miniblog: Czarny humor

2010-08-29, Niedziela 09:01:59 +0200, autor Karol „Zal” Zalewski, licencja LPRCTKC

Czym różni się państwo od mafii?

Mafia jest lepiej zorganizowana.

Miniblog: (No)?life

2010-08-25, Środa 16:52:25 +0200, autor Karol „Zal” Zalewski, licencja LPRCTKC

Pogłoski o mojej śmierci były mocno przesadzone.

Mark Twain

W ciągu ostatnich kilku miesięcy moja aktywność na blogu znaczącą zmalała. Nic w tym dziwnego - po niemal 4 latach pisania (pierwszy wpis opublikowałem 2006-09-23) dotychczasowy pomysł na dziennik miał prawo się znudzić. Nie pomagają tutaj również sprawy, które mam ostatnimi czasy na głowie. Wygląda na to, że albo zmieni się forma bloga, albo umrze on śmiercią naturalną.

Bądź, co bądź, w przerwach między pisaniem pracy magisterskiej postanowiłem powrócić do zajęć, które swego czasu sprawiały mi sporo przyjemności. Dzięki radiu Nectarine przypomniałem sobie o zabawach z Commodore C64 - mam zamiar w dalszym stopniu męczyć GoatTrackera (SID!) oraz VICE. Chociaż wątpię w to, abym mógł się szybko pochwalić efektami - to, że zabawa trackerem sprawia mi przyjemność nie oznacza jeszcze tego, że efekty są miłe dla ucha. Powracam również do czytania fantastyki (tego mi zdecydowanie brakowało), skakania na DDR (zawsze to jakaś forma ruchu) oraz mam nadzieję na to, że znajdę czas na rozegranie kilku partii Magic: The Gathering, pomimo tego, że obecnie mam jedynie standardową talię do 10 edycji. Nie zapominajmy też o gotowaniu - ostatnio eksperymentuję z kuchnią wegetariańską bazującą na świeżych ziołach i muszę przyznać, że jest to bardzo wdzięczne zajęcie.

W ramach anegdotki - wygląda na to, że po prawie 4 latach od momentu rozpoczęcia pierwszego kursu na prawo jazdy dostanę w końcu swoją „licencję na zabijanie”. Trochę czasu musiało upłynąć nim zrozumiałem, że tak właściwie to lubię siedzieć za kierownicą. Chociaż to stwierdzenie nie jest aż tak szczere, jak niechęć do kapryśnej i dostarczającej nieprzyjemnych wrażeń estetycznych komunikacji publicznej.

Neutralność Sieci z punktu widzenia libertarianina

2010-08-21, Sobota 12:55:04 +0200, autor Karol „Zal” Zalewski, licencja LPRCTKC

Moja koncepcja Sieci? To proste. Każdy pakiet danych powinien być traktowany tak samo. Bez względu na to, skąd pochodzi, gdzie jest kierowany i co zawiera. Takie podejście nie jest jednak wolne od pewnych problemów związanych z szeroko pojętą wolnością. Czy da się taką koncepcję Sieci pogodzić z libertarianizmem?

Wolny rynek to wspaniała idea. Niestety, obecna rzeczywistość nadal nijak się ma do tej koncepcji, co doskonale widać w momencie, gdy spojrzy się na takie zjawiska, jak np. dotacje i inwestycje państwowe, koncesje, podatki itp. Działania te w znaczący sposób wpływają na to, jaki rodzaj struktury rynkowej jest wykształcany w danej branży, w danym czasie i miejscu. Problem polega jednak na tym, że samo istnienie wolnego rynku również nie gwarantuje istnienia tak pożądanej przez nas konkurencji doskonałej. Bardzo łatwo można sobie wyobrazić wszelkiej maści monopole, oligopole, monopsony, oligopsony itp. nieprzyjemne na dłuższą metę formy rynku, których istnienie wynika po prostu ze specyfiki oferowanego towaru lub usługi. Przykład? Dostawcy usług polegających na wzajemnej komunikacji osób z niej korzystających, czyli m.in. oferta dostępu do Internetu. Proszę zauważyć, że koszt stworzenia infrastruktury oraz ograniczona liczba potencjalnych abonentów stanowią ogromną barierę wejścia na rynek. Czy konkurent pozyska klientów, gdy będzie musiał wybudować własną infrastrukturę, a jego klienci nie będą mogli kontaktować się z abonentami dotychczas funkcjonującej na danym terenie sieci? Przecież nie przejdę do nowego operatora, gdy będzie to oznaczało, że stracę kontakt z moją rodziną oraz znajomymi. Scenariuszy może być wiele, ale szczególnie w przypadku sieci naziemnych bardzo łatwo o sytuację, kiedy to potencjalny klient ma tylko dwa wyjścia - może skorzystać z usługi na warunkach monopolisty lub w ogóle z niej nie korzystać. A to z pewnością nie przyczynia się do uzyskania stanu, w którym to Sieć zachowałaby swoją neutralność.

Nie istnieje Internet polski, niemiecki, czy też amerykański. Internet, co wynika z samej definicji, jest tylko jeden. I to właśnie ze względu na swój globalny charakter oraz wykorzystane technologie jest czymś, co sprawia duże kłopoty. Szczególnie tym, którzy uważają za niezbędne istnienie możliwości kontroli treści przesyłanych przy jego pomocy. Państwom zależy m.in. na usunięciu anonimowości, wytwórniom muzycznym na zaprzestaniu wymiany materiałami chronionymi prawem autorskim, a pan Józio z klatki B chciałby, aby jego dzieci (i tylko one) nie miały dostępu do pornografii. Bez problemu znajdziemy jeszcze wiele innych grup, których interesy związane są z Internetem i blokowaniem dostępu do treści w nim zawartych. Wszystkie one dobrze wiedzą, że usunięcie czegoś z Internetu jest problematyczne chociażby ze względu na jego rozległość. Dlatego też zdecydowanie łatwiej jest nałożyć ograniczenia na usługę, jaką jest dostęp do Internetu.

Przyjmijmy na chwilę, że mamy do czynienia z wolnym rynkiem, co oznacza, że nie musimy się obawiać ingerencji państwa w umowy zawierane z ISP. Oznacza to również, że dostatecznie duża firma świadcząca takie usługi może sobie pozwolić na praktyki monopolistyczne na danym terenie i np. oferować dostęp do Internetu z zastrzeżeniem, że blokują dostęp do usług konkurencyjnych firm (lub dostęp ten wymaga dodatkowej opłaty). Mogą tak uczynić? Oczywiście, ze względu na wysoką barierę wejścia na rynek jest to prawdopodobne. Dopiero wysoka konkurencja oraz świadomość abonentów byłyby w stanie ukrócić takie praktyki. Możliwym jest również, że w przypadku, gdyby wolny rynek istniał od początku funkcjonowania branży telekomunikacyjnej sytuacja wyglądałaby jeszcze inaczej. Może gdyby państwo nie ingerowałoby w nią to nie doprowadziłoby to do jej przejęcia przez kilka firm? Niestety, na to pytanie odpowiedzi nie znam. Uważam jednak, że istnienie takich form rynku, jak np. monopol, jest czymś co narusza naszą wolność, przede wszystkim swobodę wyboru, i stoi w opozycji do libertarianizmu. Zatem jeżeli próba naruszenia neutralności Sieci wynika z istnienia lub chęci doprowadzenia do zaistnienia tych form rynku to należy zadbać o to, aby nie była ona skuteczną próbą. Czy jest tutaj konieczna ingerencja ze strony państwa? Trudno wymagać, aby jeden monopolista rozwiązywał problemy związane z innym monopolistą. Odpowiedź brzmi „nie”, o ile sama sytuacja nie wynika z wcześniejszych działań państwa. Również sami klienci, o ile mieliby świadomość zagrożenia, byliby w stanie wspólnie doprowadzić do zmiany sytuacji.

Drugim aspektem związanym z omawianym zagadnieniem jest wolność słowa. Jak każdy libertarianin opowiadam się także za istnieniem tego typu wolności. Dotyczy to również wolności wypowiedzi w Internecie. Samo medium nie powinno stanowić o tym, czy cenzura jest akceptowalna, czy też nie. Oznacza to, że jakakolwiek blokada związana z wysyłaniem lub odbieraniem informacji w Internecie może być zaklasyfikowana jako naruszenie tej wolności i nazwana cenzurą. W tym przypadku można byłoby spodziewać się reakcji ze strony dwóch grup. Zarówno klientów, jak i władzy. Kolejny raz możemy wierzyć w samozorganizowanie się ludzi lub w skuteczną ingerencję ze strony państwa jako takiego. Problem z tym drugim polega na tym, że zazwyczaj nie jest to taka ingerencja, jakiej byśmy oczekiwali.

Uważam, że w obecnej sytuacji działania ze strony państwa polegające na wymuszeniu neutralności Sieci pomimo sprzeczności z libertarianizmem (zarówno z podejściem minarchistów, jak i kryptoanarchistów) są pożądane chociaż trudno jednoznacznie określić, czy będą skuteczne i czy w przyszłości nie przyniosą nieprzewidzianych konsekwencji. Alternatywą dla nich mogłaby być reakcja ze strony klientów polegająca na odmowie korzystania z usług i/lub tworzeniu konkurencyjnych sieci. Niekoniecznie mowa tutaj o fizycznych sieciach - mogą to być sieci w Sieci, czyli tzw. darknety, co zresztą jest istotnym elementem kryptoanarchii. Wymaga to jednak przede wszystkim wiedzy po stronie ludzi. W tym przypadku wykształcenie stanowi barierę, którą trudno przeskoczyć.

Podsumowując, samo optowanie za neutralnością Internetu jest zgodne z ideą libertarianizmu. Wątpliwości można mieć jedynie, co do sposobu jej wprowadzania. Państwowy przymus nie jest tym, co byłoby mile widziane przez libertarian. Trwalszy efekt, lecz trudniejszy do uzyskania, można osiągnąć poprzez kształcenie ludzi i rozwijanie ich wrażliwości na problemy związane z nowoczesnymi technologiami. Co ciekawe, we współczesnej rzeczywistości łączy się obie ww. metody. Organizacje pokroju EFF, czy też FSF pomagają ludziom dostrzec problemy związane z Internetem i jednocześnie wywierają wpływ na rządy celem wprowadzenie rozwiązań opartych na zmianach w prawie. Uwzględniając aktualne uwarunkowania, przychylam się do takiego sposobu działania. Sam jednak obawiałbym się sytuacji, w której to kontrolę nad formą działania Internetu oddanoby w ręce jednej instytucji.

PS. Oczywiście, z neutralnością Sieci związane są jeszcze inne problemy - QoS, blokowanie spamu itp. Czy takie działania to również naruszenie wolności, czy po prostu dbałość o wysoką jakość usługi? Uważam, że w dużej mierze da się to rozwiązać poprzez możliwość wyboru ze strony odbiorcy usługi - czy chce stosować dane rozwiązanie, czy też nie.

Doktor Strangedesire, czyli jak przestałem się martwić i pokochałem Androida

2010-07-29, Czwartek 13:12:36 +0200, autor Karol „Zal” Zalewski, licencja LPRCTKC

Jak już wspomniałem kilka dni temu udało mi się ostatnio zakupić smartphone HTC Desire z Androidem 2.1 i HTC Sense UI na pokładzie (specyfikacja dostępna na stronach producenta). Z początku trudno było mi jednoznacznie stwierdzić, czy jestem zadowolony z zakupu. Obecnie, po kilku dniach korzystania, jestem w stanie zweryfikować moje poglądy. Oto i krótka oraz zdecydowanie subiektywna recenzja tego telefonu. Zapraszam do lektury.

Myślę, że każdy, kto zastanawia się nad kupnem HTC Desire powinien najpierw przeczytać artykuł na Engadget.com. Znajdziecie tam m.in. kompletny opis zawartości pudełka, podzespołów telefonu oraz oprogramowania. W ogólności, autor recenzji pomimo dostrzeżenia kilku wad tego telefonu nadal jest pod jego wrażeniem. Ja również jestem i zgadzam się z nim, co do wymienionych przez niego zalet, ale... Poniżej znajduje się spis elementów, którym przyjrzałbym się jeszcze raz kupując ten sprzęt. Oto i on:

  • bateria - Desire nie jest przeznaczony dla osób przyzwyczajonych do tego, że telefon służy po prostu do dzwonienia. Owszem, Desire może służyć za telefon. Jednak znacznie lepiej radzi sobie w roli lampki nocnej będąc na stałe przyczepionym do ładowarki. Żywotność tego telefonu na w pełni naładowanej baterii oraz przy wyłączonych modułach pokroju WiFi to circa 30h. Przy intensywnej zabawie wartość ta spada do około 12h. Zdecydowanie odbiega to od ponad 300h w trybie czuwania zadeklarowanych przez producenta. Chyba, że nigdy nie udało mi się osiągnąć stanu czuwania.
  • optyczny trackball - nie tylko manipulator, ale również czujnik ruchu. Jest futurystyczny i robi dobre wrażenie. Przynajmniej do czasu, kiedy to zajdzie potrzeba jego intensywnego wykorzystania. Niestety, zupełnie nie sprawdza się w tej roli. Trudno go wyczuć palcami, co oznacza, że wymaga skupienia ze strony wzroku. Co więcej, trudno się nim sprawnie posługiwać - nierzadko otrzymujemy ruch kursora w kierunku obróconym o 90° względem oczekiwanego. Jeżeli ktoś oczekiwał, że wykorzysta swoją nową zabawkę do gry to srodze się zawiedzie.
  • klawiatura ekranowa - kwestia gustu, ale jeżeli ktoś ma ochotę wykorzystywać telefon w roli konsoli do gier lub przenośnego Linuksa to radzę zastanowić się nad telefonami wyposażonymi w sprzętową klawiaturę. Jeżeli już podjęliśmy decyzję o klawiaturze ekranowej to należy zauważyć, iż jej działanie w dużej mierze zależy od oprogramowania służącego do jego obsługi, a o tym wspomnę już za chwilę.
  • HTC Sense UI - ta nakładka na interfejs użytkownika robi wrażenie. Wszystko staje się kolorowe, błyszczące i animowane, a do tego udostępnia kilka aplikacji umożliwiających łatwą integrację z Twitterem, Facebookiem itp. serwisami. Również i klawiatura ekranowa za jej sprawą nabiera zupełnie nowego charakteru. Szkoda tylko, że jest niedopracowana, a konieczność jej integracji z systemem opóźnia wydanie przez HTC aktualizacji Androida do wersji 2.2.
  • Android 2.1 - śmiga. Cały system dostaje czkawki tylko i wyłącznie w momencie, gdy instaluję równocześnie kilka aplikacji z Android Market lub korzystam z aplikacji dostarczonych w ramach HTC Sense. Należy też zaznaczyć, że aktualizacja systemu do wersji 2.2 byłaby wskazana chociażby ze względu na możliwość instalacji aplikacji na karcie SD. Wierzcie mi, że wewnętrzna pamięć telefonu jest zbyt mała na to, aby pomieścić wszystkie użyteczne aplikacje z Android Market.
  • producent (HTC) - nie liczcie na to, że coś od niego uzyskacie. HTC już kilka razy pokazało, co sądzi o swoich klientach opóźniając wydanie lub nigdy nie wydając aktualizacji oprogramowania dla swoich telefonów. Kupując sprzęt tego producenta warto mieć na uwadze to, że trzeba liczyć na społeczność, gdy chce się mieć aktualny system. Na całe szczęście, pomimo stosowania pewnych zabezpieczeń chyba jeszcze żadne z nich nie okazało się na tyle silne, aby uniemożliwić instalację systemów udostępnionych przez niezależnych dostawców.
  • Google - pierwszy zarzut pod adresem Google to brak dostępu do płatnej części Android Market. Telefon z Androidem na pokładzie bez aplikacji z Android Market jest namiastką tego, czym może się stać i dobrze, że zachowano przynajmniej dostęp do jego części. Co prawda do płatnej części można się dostać uzyskując dostęp do roota (tzw. „rootowanie” systemu) oraz instalując stosowne oprogramowanie (np. MarketAccess), ale... To nie jest miłe zagranie ze strony Google. Można też mieć zarzut do sposobu w jaki funkcjonuje integracja telefonu z kontem w systemie Google. Synchronizacja kontaktów z Google Contacts bywa irytująca, szczególnie po „usprawnieniu” jej przez HTC Sense.

Podsumowując, HTC Desire to dobry smartphone. Szczególnie, jeżeli nie przeszkadza nam czas działania na baterii oraz wątpliwe wsparcie ze strony producenta. Idealnie nadaje się do buszowania w Internecie, czy też nawigacji (wbudowany GPS, magnetometr oraz akcelerometry). Co więcej, jako urządzenie bardzo podobne pod względem specyfikacji do Nexus One można oczekiwać, że długo będzie wspierane przez twórców niezależnych dystrybucji Androida, a samo wgrywanie nowego oprogramowania pozostanie trywialne (dzięki unrevoked oraz ROM Manager). Trzeba być jednak świadomym tego, że nie jest to urządzenie idealne. Pomimo drzemiącej w nim mocy (układ Snapdragon taktowany zegarem o częstotliwości 1GHz ze zintegrowanym akceleratorem 3D) pozostanie ona najprawdopodobniej niewykorzystana.

[EDIT] Brak wsparcia dla Javy ME też bywa bolesny, a multitouch ograniczony do wykrywania odległości między dwoma palcami irytujący.

Miniblog: HTC Desire

2010-07-20, Wtorek 01:48:34 +0200, autor Karol „Zal” Zalewski, licencja LPRCTKC

Nienawidzę wszelkiego rodzaju automagicznych rozwiązań, których sposób działania nie jest wytłumaczony użytkownikowi. Taka była moja pierwsza myśl po zapoznaniu się z nową zabawką, czyli smartphonem HTC Desire. W skrócie - Android 2.1 z nakładką HTC Sense, procesor o częstotliwości 1GHz i 576MiB pamięci operacyjnej. Niemalże kopia Nexus One, w Internecie znajdziecie mnóstwo pozytywnych recenzji. I nikt nie wspomniał, że jest to jedno z najbardziej irytujących urządzeń. Owszem, robi wrażenie. Aż założyłem sobie konto na FaceBooku. Wszystko się świeci, migocze i porusza. Cieszy oko. Jednakże, jeżeli czyjeś życie nie kręci się tylko i wyłącznie wokół Twittera, Facebooka oraz Google to zaczyna się pojawiać mnóstwo rys na obrazie tego telefonu "idealnego". Jeżeli to faktycznie jest "iPhone killer" to współczuję nabywcom produktów Apple.

W ogólności jestem zadowolony z zakupu. Inaczej nie napisałbym tego tekstu pod Androidem. Ale... Uważam, że standardowy zestaw oprogramowania oraz sposób jego działania składa się na wizję telefonu zabawki, a nie biznesowego palmtopa z opcją wykonywania połączeń. Pod tym względem już nawet leciwa Nokia E51 wypada zdecydowanie lepiej.

Miniblog: Krzyże, krzyże, krzyże...

2010-07-17, Sobota 13:02:04 +0200, autor Karol „Zal” Zalewski, licencja LPRCTKC

Katolicki krzyż nielegalnie postawiony przed Pałacem Prezydenckim. Jedni chcą go usunąć, inni będą bronić go własnym ciałem. Burza w szklance wody. Napisze o tym kilka gazet, temat pojawi się na paru blogach (m.in. u mnie) i zniknie, jak wszystkie tego typu medialne tematy. Pik i szybki spadek popularności. Ja tutaj chciałem jednak o czymś nieco innym wspomnieć.

Moim zdaniem krzyża nie należy usuwać, czy też przenosić. Niech będzie w tym samym miejscu, w którym się pojawił. Wykorzystajmy go do tego, aby czegoś ludzi nauczyć. To nieco bardziej wartościowe, niż bezowocne kłótnie dot. jego przyszłości, nie sądzicie? Oto moja propozycja - niech obok krzyża, równie spontanicznie (najlepiej w ciągu nocy), pojawią się inne symbole religijne:

  • pentagram (symbol chroniący przed złem),
  • mandala (symbol oczyszczenia),
  • swastyka (symbol Słońca),
  • półksiężyc z gwiazdką (symbol muzułmanizmu),
  • gwiazda Dawida (symbol judaizmu),
  • i wiele, wiele innych.

Wystarczy teraz poczekać na to aż wszystkie symbole znikną lub pojawi się burza medialna w związku z usuwaniem tylko części z nich. Albo ludzie dojdą do wniosku, że wszystkie symbole religijne umieszczone w takich miejscach są złym pomysłem, albo wybiją się nawzajem. Taka sytuacja w negocjacjach to chyba win-win, prawda? :>

[EDIT] Jak się okazuje, wczoraj (tj. 23 lipca 2010 roku) pomysł został zrealizowany przez osoby interesujące się pastafarianizmem. Przed Pałacem Prezydenckim pojawiła się spora grupa osób. Postawiono kilka misek i garnków ze spaghetti oraz sosem pomidorowym. Nie zabrakło też butelki wina. Latający Potwór Spaghetti może być z nich dumny :D

Bentō, czyli co łączy legendarne Thinkpady z Japonią?

2010-07-15, Czwartek 17:18:49 +0200, autor Karol „Zal” Zalewski, licencja LPRCTKC

Jak na geeka przystało nie tylko interesuję się informatyką, fantastyką oraz elektronicznymi gadżetami, ale również przejawiam ciągoty do wszystkiego, co związane z Japonią. Co prawda na wycieczki do Japonii, czy też dłuższy w niej pobyt, wciąż mnie jeszcze nie stać, ale już od jakiegoś czasu „sprowadzam” ją sobie do domu. W jaki sposób? To proste. Uwielbiam gotować, a dania kuchni japońskiej nie tylko świetnie smakują, ale również dają się stosunkowo łatwo przystosować do moich wegetariańskich upodobań. To taka wycieczka do Japonii bez wychodzenia z domu (i trochę bardziej multimedialna, niż zabawa z Google Maps). Co więcej, Japończycy przywiązują ogromną wagę do estetyki. Przygotowane jedzenie cieszy nie tylko podniebienie, ale również wzrok. I tutaj właśnie chciałbym wspomnieć o bentō.

Bentō (jap. 弁当) to coś, co można nazwać japońskim odpowiednikiem naszego śniadania zabieranego przez nas do pracy, czy też szkoły. Jednakże w przeciwieństwie do naszego rodzimego posiłku, jak to często bywa w przypadku Japończyków, jest to już element tradycji posiadający kilkusetletnią historię. Tak, jak wspomniałem, Japończycy wysoko cenią estetykę i również w tym przypadku można to dostrzec. Bentō nie tylko świetnie wygląda (w Internecie można znaleźć mnóstwo zdjęć, co ciekawszych arcydzieł), ale najczęściej znajduje się również w ozdobnym pudełku. I w tym oto właśnie miejscu dochodzimy do meritum. Chyba mało kto przypuszczał, że masywny, dobrze zaprojektowany i solidnie wykonany Thinkpad (czołg pośród laptopów) wygląd swój zawdzięcza shōkadō bentō, czyli tradycyjnemu, drewnianemu i lakierowanemu na czarno pudełku na bentō.

Moim skromnym zdaniem Richard Sapper, Kazuhiko Yamazaki oraz Tom Hardy świetnie się spisali projektując w 1992 roku pierwszego IBM Thinkpada. Czerń z elementami czerwieni oraz kwadratowy wygląd do tej pory są znakami rozpoznawczym Thinkpadów. Chociaż z pewnością nie cieszą się one taką popularnością pod względem wyglądu, jak białe, obłe i przyjazne produkty Apple. Bądź, co bądź, kupując Thinkpada zdobyłem rzecz, która w niezwykły sposób powiązana jest z Japonią i kolejny raz zaoszczędziłem na wycieczkach do Japonii oraz noclegach w kapsułowych hotelach.

Manifest kryptoanarchistyczny: „Od kuszy do kryptografii, czyli psucie państwu szyków przy pomocy techniki”

2010-07-06, Wtorek 12:50:16 +0200, autor Karol „Zal” Zalewski, licencja LPRCTKC

Już dwa razy zdarzyło mi się odwoływać do tekstów opublikowanych w MindFucku, czyli nieregularniku anarchistycznym. Za pierwszym razem umieściłem u siebie tekst Erica Raymonda (osoby znanej z zaangażowania w ruch Open Source) „Dlaczego jestem anarchistą?”, natomiast w drugim przypadku był to opis „Zabójczej Loterii Narodowej” (ang. dead pool) Jamesa Daltona Bella. Ja co prawda anarchistą nie jestem (może kryptoanarchistą) pomimo tego, iż libertarianizm ociera się o pewne formy anarchizmu, ale uważam, że niektóre teksty anarchistyczne są bardzo interesujące. Oto i kolejny z nich znaleziony w drugim numerze MindFucka, tym razem manifest kryptoanarchistyczny autorstwa Chucka Hammilla. Przypominam, że cały esej (również jego tłumaczenie autorstwa Jacka Sierpińskiego) jest dostępny na licencji „rób, na co tylko masz ochotę”, a tam, gdzie jest to możliwe, należy do domeny publicznej. I jeszcze jedna mała uwaga - oryginalny tekst został napisany w 1989 roku.

Od kuszy do kryptografii, czyli psucie państwu szyków przy pomocy techniki

O tej maksymie – przysłowiu – powszechnie przypisywanej Eskimosom zapewne słyszeliśmy wszyscy; lecz o ile prawdopodobnie nie będziemy sprzeczać się z mówiącym to, o tyle możemy odbierać ją jako zwyczajny frazes, który niczego już nas nie nauczy i być może jesteśmy już zmęczeni jej wysłuchiwaniem. Dlatego powtórzę to teraz:

Jeśli dasz człowiekowi rybę, to nakarmisz go na jeden dzień. Ale jeśli nauczysz człowieka, jak łowić ryby, to nakarmisz go na całe życie.

Prawdopodobnie postrzegałeś ten cytat w kontekście opozycji „workfare” do „welfare”; mianowicie, jeśli chce się naprawdę pomóc komuś w potrzebie, powinno się go nauczyć, jak ma zarabiać na środki swojego utrzymania, a nie, jak po prostu o nie żebrać. I jest to oczywiście prawda, choćby dlatego, że jeśli będzie on głodny następnym razem, to w pobliżu może nie być nikogo, kto chciałby czy nawet mógłby dać mu rybę, podczas gdy dysponując informacją, jak łowić ryby, jest on całkowicie niezależny.

Twierdzę jednak, że wyczerpuje to jedynie pierwszą warstwę zawartości tego cytatu i zmarnowałbym nasz czas cytując go po raz kolejny, jeśli nie było tam nic więcej do zebrania. Zresztą wydaje się on mieć niemal kryptoaltruistyczny wydźwięk, sugerując jak gdyby, że powinniśmy układać nasze sprawy tak, by zwiększać korzyści głodnych żebraków, jakich możemy napotkać.

Ale zauważmy: przypuśćmy, że ten Eskimos nie wie, jak łowić ryby, ale wie, jak polować na morsy. Ty zaś podróżując przez kraj morsów bywasz często głodny, bo nie masz pojęcia, jak chwytać te przeklęte stworzenia i być może zjadły ci one wiele ryb, które mógłbyś złapać. Przypuśćmy teraz, że decydujecie się wymienić informacjami, wymieniając wiedzę o łowieniu ryb na wiedzę o polowaniu na morsy. Pierwszą rzeczą, jaką obserwujemy jest to, że tego rodzaju transakcja kategorycznie i niedwuznacznie obala marksistowskie założenie, że każdy handel musi mieć „zwycięzcę” i „przegrywającego” – ideę, że jeśli jedna osoba zyskuje, musi to koniecznie zachodzić „kosztem” innej osoby, która traci. Rzecz jasna w tym scenariuszu taki przypadek nie zachodzi. Każda ze stron zyskała coś, czego nie miała przedtem i nie została przy tym w jakikolwiek sposób uszczuplona w swym stanie posiadania. Gdy przychodzi do wymiany informacji (a nie przedmiotów materialnych), życie nie jest już dłużej grą o sumie zerowej. Jest to niezwykle doniosłe. „Prawo malejących zysków”, „pierwsze i drugie prawo termodynamiki” – wszystkie te „prawa”, które w innych kontekstach ograniczają nasze możliwości – nie krępują nas więcej! Jest to anarchia nowego i podniecającego rodzaju!

Rozważmy inną możliwość: przypuśćmy, że ten głodny Eskimos nigdy nie nauczył się łowić ryb, bo władca jego plemienia uznał łowienie za nielegalne. Mówi on nam, że ponieważ ryba zawiera niebezpieczne małe ości, a czasami szpiczaste kolce, jego władcy zarządzili, że konsumpcja, a nawet posiadanie ryb jest zbyt ryzykowne dla ludzkiego zdrowia, aby było dozwolone – nawet dla dobrze poinformowanych, chętnych dorosłych osób. Być może jest tak dlatego, że ciała obywateli uważane są za własność plemienną i co za tym idzie funkcją władcy jest karanie tych, którzy niewłaściwie troszczą się o ten majątek. Albo może jest tak dlatego, że jego władca wspaniałomyślnie rozszerza na kompetentne dorosłe osoby „korzyści” przewidziane dla dzieci i umysłowo chorych: pełnoczasowy, wszechogarniający nadzór – tak, by nie musieli się oni kłopotać dokonywaniem wyborów zachowań uważanych za fizycznie ryzykowne lub moralnie „nieprzyzwoite”. W każdym razie patrzysz zdumiony, gdy twój eskimoski informator opowiada, że prawo to traktowane jest tak poważnie, iż jego przyjaciel został niedawno uwięziony na wiele lat za zbrodnię „posiadania dziewięciu uncji pstrąga, z zamiarem sprzedaży”.

Możesz teraz dojść do wniosku, że społeczeństwo tak groteskowo opresyjne, że narzuca tego rodzaju prawa jest po prostu afrontem dla godności wszystkich ludzkich istot. Możesz pójść dalej i zdecydować się poświęcić część swojego czasu na psucie szyków tyranowi. (Twój motyw może być „altruistyczny”, w rodzaju pragnienia wyzwolenia uciskanych, lub „egoistyczny”, w rodzaju chęci dowiedzenia, że możesz przeciwstawić się uciskającemu, lub – bardzo możliwe – może być on kombinacją tych lub innych powodów).

Ale skoro nie masz ochoty zostać męczennikiem swojej „sprawy”, nie będziesz montował kampanii wojskowej czy nawet próbował przemycić łodzi ryb. Jednak technika – w szczególności technika informacyjna – może zwielokrotnić twoją skuteczność dosłownie sto razy. Mówię „dosłownie”, bo za ułamek wysiłku (i właściwie bez ryzyka) towarzyszącego przemycaniu stu ryb, możesz całkiem łatwo wyprodukować sto kserokopii instrukcji łowienia ryb. Jeśli rząd, jak we współczesnej Ameryce, pozwala przynajmniej otwarcie dyskutować o rzeczach, których robienie jest zabronione, powinno to wystarczyć. Ale jeśli rząd próbuje zlikwidować również przepływ informacji, to będziesz musiał podjąć trochę większy wysiłek i być może napisać swoją instrukcję łowienia ryb w zaszyfrowanej formie na dyskietce lub zagrzebać ją w niewykonywalnej części kodu gry komputerowej. Odbiorca (skoro tylko zna sekret) może łatwo wyciągnąć informację ze swego komputera, ale żaden nieproszony plemienny szpicel nie dowie się niczego.

Technika – w szczególności komputerowa – dostawała często niezasłużone szturchańce od miłośników wolności. Mamy skłonność myśleć o 1984 Orwella czy o Brazil Terry’ego Gilliama, czy o wykrywaczach ciał utrzymujących niewolników-obywateli Berlina Wschodniego po ich stronie granicy, czy o wyszukanych urządzeniach używanych przez Nixona do szkodzenia ludziom ze swej „listy wrogów”. Albo przyznajemy, że za cenę biletu na Concorde możemy lecieć z dwukrotną prędkością dźwięku, ale tylko wówczas, gdy przejdziemy najpierw przed magnetometrem obsługiwanym przez rządowego policjanta, pozwalając mu nas przeszukać i obmacać nasze bagaże, jeśli urządzenie zapiszczy.

Ale takie nastawienie umysłu jest poważnym błędem! Zanim zaczęto używać elektrycznych pastuchów, rządy torturowały swych więźniów kijami i gumowymi wężami. Zanim do szpiegowania zaczęto używać lasery, rządy używały lornetek i ludzi czytających z ruchu warg. Chociaż rząd w oczywisty sposób używa techniki w celach ucisku, zło tkwi nie w narzędziach, lecz w tych, którzy je dzierżą.

W rzeczywistości technika stanowi jedną z najbardziej obiecujących dróg odebrania naszej wolności tym, którzy ją ukradli. Ze swej natury faworyzuje ona bystrego (który potrafi ją użyć) nad tępym (który nie potrafi). Faworyzuje ona elastycznego (który szybko dojrzy zalety nowego) nad ospałym (który trzyma się wypróbowanych metod). A czy są lepsze słowa do opisania jakiejkolwiek rządowej biurokracji niż „tępa” i „ospała”?

Jednym z najjaskrawszych, klasycznych triumfów techniki nad tyranią był wynalazek „broni osobistej” – przenośnej kuszy. Dysponując nią, niewyćwiczony wieśniak mógł łatwo i śmiertelnie trafić w cel z pięćdziesięciu metrów – nawet jeśli ten cel był konnym, opancerzonym rycerzem. (Inaczej niż długi łuk, który był niewątpliwie potężniejszy i mógł wystrzelić w danym czasie więcej strzał, kusza nie wymagała żadnych specjalnych ćwiczeń. Podczas gdy łuk wymagał dla osiągnięcia jakiegokolwiek stopnia celności opanowania wzrokowej, dotykowej i mięśniowej koordynacji, dzierżyciel kuszy mógł po prostu położyć broń na ramię, nacelować ostrze strzały i mieć uzasadnione podstawy pewności trafienia w cel).

Co więcej, skoro jedynymi konnymi rycerzami odwiedzającymi naszego przeciętnego wieśniaka byli rządowi żołnierze i poborcy podatków, użyteczność tego urządzenia była oczywista. Pospólstwo mogło się z nim bronić nie tylko przed sobą nawzajem, ale i przeciw swoim rządowym panom. Był to średniowieczny odpowiednik pocisku przeciwpancernego i co za tym idzie królowie oraz księża (średniowieczny odpowiednik Biura ds. Alkoholu, Tytoniu i Kusz) grozili za jego bezprawne posiadanie odpowiednio śmiercią i ekskomuniką.

Wracając do teraźniejszości, komputer osobisty (z uruchomionym na nim systemem szyfrującym z kluczem publicznym) przedstawia sobą odpowiednik przeskoku kwantowego – w dziedzinie broni defensywnej. Taka technika może być używana nie tylko do ochrony posiadanych przez kogoś wrażliwych danych, ale też do wymieniania przez dwie obce sobie osoby informacji przez niezabezpieczony kanał komunikacyjny – na przykład podsłuchiwaną linię telefoniczną czy nawet radio – bez jakiegokolwiek wcześniejszego spotkania w celu wymiany kluczy do szyfru.

Dysponując komputerem za pięćset dolarów możesz stworzyć szyfr, którego wart setki milionów dolarów Cray X-MP nie złamie w rok. Za parę lat powinno być ekonomicznie wykonalne szyfrowanie w podobny sposób także komunikatów głosowych; wkrótce potem pełnokolorowych, cyfrowo przetworzonych obrazów video. Technika odeśle podsłuch do lamusa! Ogólniej mówiąc, zniszczy ona całkowicie rządową kontrolę nad przepływem informacji!

Najbardziej obiecującym z tych kryptograficznych schematów wydaje się być algorytm RSA, nazwany tak od Rivesta, Shamira i Adelmana, którzy go wspólnie stworzyli. W formalnym wyprowadzeniu zawiera on trochę umiarkowanie trudnej matematyki (liczby pierwsze, modulo, „małe twierdzenie Fermata”), ale jego istotą jest to, że jeśli dany jest iloczyn dwóch bardzo wielkich liczb pierwszych, otrzymanie ich z jego analizy jest obliczeniowo niewykonalne. „Obliczeniowo niewykonalne” znaczy, że jeśli każdy czynnik ma około 200 cyfr, to najpotężniejszy istniejący komputer będzie potrzebował ponad wiek na rozłożenie ich 400-cyfrowego iloczynu.

Zamieniając czyjąś wiadomość na „liczbę” (nawet stosując coś tak prostego, jak A=01, B=02, …, Z=26) i wykonując na niej odpowiednie przekształcenie, uzyskuje się nową liczbę, która jest zaszyfrowanym przekazem. Odbiorca wykonuje następnie na tej liczbie podobne przekształcenie w celu odtworzenia pierwotnej wiadomości.

Tym, co czyni to przełomowym odkryciem i ze względu na co nazywa się to szyfrem z kluczem publicznym jest fakt, że mogę jawnie opublikować dwa liczbowe parametry, które pozwolą każdemu wysłać do mnie zaszyfrowaną wiadomość, utrzymując równocześnie w tajemnicy trzeci parametr, tak, że nikt poza mną nie może rozszyfrować takiego przekazu. Wyeliminowany został krok stanowiący uprzednio trudność (wymienianie kluczy szyfrujących z inną osobą). W ten sposób ludzie, dla których fizyczne spotkanie jest niemożliwe, niekorzystne lub niebezpieczne mogą łatwo wymieniać zaszyfrowane wiadomości – każda strona wybiera i rozpowszechnia swoje dwa publiczne parametry, utrzymując równocześnie w tajemnicy trzecie.

Inną korzyścią tego systemu jest pojęcie „podpisu cyfrowego”, umożliwiające identyfikację źródła danego przekazu. Dokonując dodatkowego kroku szyfrującego przy pomocy mojego tajnego parametru i wymagając od odbiorcy dokonania przy rozszyfrowaniu dodatkowego działania przy użyciu moich publicznych parametrów – mogę dowieść, że otrzymany przez niego przekaz nie mógł być wysłany przez nikogo innego prócz mnie! Tak, że nie tylko mamy łatwe zabezpieczenie transmisji przekazu przez anonimowy, niezabezpieczony kanał komunikacyjny, ale również możemy pozytywnie zidentyfikować nadawcę takiej wiadomości!

Oczywiście są to dokładnie te troski, które dziś dręczą w kwestii komputerów osobistych Związek Radziecki. Z jednej strony przyznają oni, że uczniowie amerykańscy dorastają w tej chwili dysponując komputerami będącymi rzeczą tak pospolitą, jak suwaki logarytmiczne – nawet bardziej, bo komputery mogą robić wiele rzeczy interesujących i instruujących 3-4-latki. I są to ci sami uczniowie, którzy za jedno pokolenie staną naprzeciw swych sowieckich odpowiedników. Trzymanie się z tyłu musi być dla Sowietów tak samobójczym krokiem, jak kontynuowanie nauki szermierki, gdy przeciwnicy produkują karabiny. Z drugiej strony komputer, czymkolwiek jeszcze może być, jest także niezwykle skuteczną maszyną kopiującą – dyskietka za 25 centów zawiera z górą 50000 słów tekstu i może być powielona w parę minut.

Jakby samo to nie byłoby wystarczającym zagrożeniem, komputer tworzący kopie może jeszcze szyfrować dane w sposób, który jest prawie nie do złamania. Pamiętajmy, że w społeczeństwie sowieckim nie są znane publicznie dostępne kserokopiarki (stosunkowo mała liczba istniejących maszyn jest kontrolowana intensywniej niż w USA pistolety maszynowe).

Dzisiejsi polityczni „konserwatyści” twierdzą, że nie powinniśmy sprzedawać Sowietom komputerów osobistych, bo mogą użyć je do celów militarnych. „Liberałowie” utrzymują, że powinniśmy im je sprzedawać w interesie wolnego handlu i współpracy – i jeśli nie będziemy tego robić, to zrobi to jakiś inny kraj.

Jako wolnościowy cyberpunk twierdzę, że powinniśmy dać je Sowietom za darmo i, jeśli będzie to konieczne, zrobić je dla nich – i, jeśli to nie wystarczy, być może powinniśmy załadować je do Blackbirda SR-71 i zrzucić je o północy nad Moskwą. Płacąc oczywiście z prywatnej subskrypcji, nie z przymusowego opodatkowania…

Przyznaję, że nie jest to stanowisko, które uzyskałoby duże poparcie wśród członków konwencjonalnego lewicowo-prawicowego politycznego spektrum, ale mówiąc słowami jednej z postaci Illuminatusa, jesteśmy politycznymi nieeuklidesowcami: najkrótsza odległość do danego celu nie musi wyglądać jak coś, co większość ludzi uważa za “linię prostą”. Łamanie totalitarnym rządom monopolu na informację jest równoznaczne z łamaniem kręgosłupa ich zdolności uciskania. Komputeryzacja powiększa wolność każdego mężczyzny, kobiety i dziecka na tej planecie – i zrobi to bez jawnego czy ukrytego otwierania ognia!

Przyznajemy, że historię kształtowali ludzie o nazwiskach takich, jak Waszyngton, Lincoln, …, Stalin, Nixon, Marcos, Duvalier, Noriega i tym podobnych. Ale powinniśmy przyznać, że kształtowali ją także ludzie o nazwiskach Edison, Curie, Marconi, DeForest i Wozniak. I to drugie kształtowanie było co najmniej tak samo skuteczne, i nawet w przybliżeniu nie tak krwawe.

W swej książce How I Found Freedom in an Unfree World, Harry Browne czyni znaczące spostrzeżenie, że prawdopodobieństwo sukcesu jakiegokolwiek przedsięwzięcia jest odwrotnie proporcjonalne do liczby ludzi, których trzeba przekonać w celu jego dokonania. Tak, ze o ile przekonanie rządu, by skończył z praktyką cenzury i podsłuchiwania może być niemożliwe, o tyle zatrudnienie techniki szyfrującej do skończenia z tym samemu jest zadaniem trywialnym.

Patrząc dookoła, natychmiast widać nasuwające się dodatkowe zastosowania technarchii do rozwiązywania tego, co inaczej byłoby problemem politycznym: Saudyjczyk pragnący cieszyć się psychoaktywnym narkotykiem alkoholem zrobiłby mądrzej ucząc się chemicznego procesu fermentacji i destylacji, niż zużywając czas na nakłanianie swoich władców do zmiany islamskiego prawa. Niemiec ze Wschodu, który wolałby być Niemcem z Zachodu postąpiłby lepiej studiując aerodynamikę szybowców czy balonów, niż prosząc lub żebrząc o wizę wyjazdową.

Nie bez powodu rewolwer kalibru .45 nazywano na Dzikim Zachodzie „zrównywaczem”. Stwarzał on najdrobniejszej dziewczynie z rewii możliwość obrony przed najbardziej krzepkim i brutalnym kowbojem. (Niektórzy mówią, że ruch na rzecz “kontroli broni” zrodził się, gdy okazało się, ze pozwala jej to także odeprzeć napaść rządowego szeryfa, ale to już inna historia). Komputer osobisty jest dziś „zrównywaczem” nie w dziedzinie brutalnej siły, ale przetwarzania informacji i idei.

Jak tylko nanotechnologia dostarczy urządzeń peryferyjnych, jakakolwiek rzecz złożona z jakichkolwiek substancji będzie mogła być zbudowana w czyimkolwiek garażu, jak tylko ta rzecz i te substancje zostaną wymodelowane matematycznie. W rezultacie rząd nie będzie mógł dłużej ogłaszać rzeczy i substancji za nielegalne – i będzie musiał znów wejść w jedyną uprawnioną rolę, jaką kiedykolwiek odgrywał: rolę tego, kto chroni obywateli przed innymi, którzy ich atakują. Tygrys zostanie wsadzony do klatki, na dobre i złe!

Co za tym idzie, gdy następnym razem będziesz patrzeć na tych, którzy będą chcieli być twoimi „wodzami” ze zdziwieniem i poczuciem zniewagi, i myśleć: „Dobrze, jeśli 51% tego narodu, 51% tego stanu i 51% tego miasta musi zmądrzeć, zanim będę wolny, to równie dobrze każdy mógłby podciąć mi moje pieprzone gardło i zostawić mnie na pastwę losu!” – uznasz, że sytuacja nie jest całkiem ponura. Technika – w szczególności technika komputerowa – może pomóc ci uczynić się jednostronnie wolnym!

Wchodzimy w ostatnią dekadę tego, co Timothy Leary nazwał Ryczącym Dwudziestym Stuleciem i każdy jej dzień ukazuje nam coraz bardziej oczywistość prawdy zawartej w jego zachęcie: „If you’re wise… digitize”.

Miniblog: Homoanegdotka

2010-07-03, Sobota 03:17:40 +0200, autor Karol „Zal” Zalewski, licencja LPRCTKC

Woody Allen wypowiedział swego czasu następujące słowa:

Biseksualizm? Niewątpliwie podwaja twoje szanse na randkę w sobotnią noc.

Siedząc w sopockim klubie sixty9 (znany „gay bar”) uświadomiłem sobie, że nawet podwojone szanse niewiele znaczą, gdy mnoży się przez zero. Moja atrakcyjność z punktu widzenia obu płci jest taka sama - znikoma. Marto, jak Ty ze mną wytrzymujesz? Ponoć przynajmniej młodo wyglądam.

Na całe szczęście, już po chwili od dokonania tego odkrycia mój humor znacząco się poprawił. Wyraz twarzy napotkanych znajomych (jak i zapewne mój również), zaskoczonych moją obecnością w ww. miejscu, był bezcenny.

Bardzo specjalna jajecznica Zala

2010-06-26, Sobota 22:03:21 +0200, autor Karol „Zal” Zalewski, licencja LPRCTKC

Proste danie na każdą kieszeń. Oto i ona - bardzo specjalna jajecznica Zala. Świetnie pachnie i smakuje, a czas wykonania wynosi zaledwie 10-15 minut. Inspirowane kuchnią indyjską. Całość jest wegetariańska choć daleko jej do bycia potrawą wegańską.

Składniki (porcja dla 1 osoby)

  • 3 jajka (najlepiej „0” klasy A),
  • 3 pomidory średniej wielkości,
  • łyżka stołowa oliwy z oliwek (substytut: kilka gramów masła),
  • łyżeczka curry,
  • dwie czubate łyżeczki śmietany (12% lub 18%),
  • ząbek czosnku,
  • sól.

Sposób wykonania

Na patelnię teflonową wlewamy łyżkę oliwy z oliwek. Jej celem będzie jedynie wyciągnięcie aromatu z czosnku, dlatego nie jest tutaj potrzebna jej większa ilość. Rozgrzewamy ją na małym gazie, a w tym czasie obieramy ząbek czosnku i tniemy na dwie części. Tak przygotowany czosnek wrzucamy na patelnię - ważnym jest, aby całkowicie znajdował się w oliwie. Jak tylko zacznie się przebarwiać pod wpływem temperatury usuwamy go z patelni widelcem. To bardzo istotne. Niestety, przypalony czosnek psuje smak całej potrawy. Teraz wyłączamy gaz pod patelnią i przechodzimy do przygotowania pomidorów. Pomidory należy zalać wrzątkiem, a następnie usunąć z nich skórkę. Następnie każdy z nich kroimy na dwie części, usuwamy szypułkę i dzielimy na kilka mniejszych części. Solimy je wedle uznania, a następnie wrzucamy na patelnię. Ją samą przestawiamy na mały gaz. Pomidory powinny powoli się smażyć, a my sami możemy przejść do przygotowywania jajek.

Jajka wbijamy do miseczki, dodajemy śmietanę, curry oraz sól (wedle uznania). Całość mieszamy widelcem tak, aby powstała w miarę jednolita mieszanina. Zanim wlejemy ją na patelnię sprawdzamy, czy pomidory są już miękkie. Jeżeli nie - należy poczekać. Gdy to już się stanie łączymy składniki, mieszamy i czekamy. Co jakiś czas należy skorzystać z płaskiej drewnianej łyżki odskrobując ścięte jajko od powierzchni patelni. Całość smażymy do momentu, który uznamy za stosowny - ja lubię mocno ściętą jajecznicę i taką też polecam.

Jajecznicę nakładamy na talerz. Podajemy ze świeżym pieczywem, a dekorujemy natką pietruszki bądź bazylią. Jeżeli ktoś ma nieco więcej czasu to wraz pomidorami może wcześniej podsmażyć jeszcze cebulę, a do samej jajecznicy dodać również kurki.

Pastafarianizm: Osiem „Naprawdę wolałbym, żebyś nie”

2010-06-11, Piątek 06:02:43 +0200, autor Karol „Zal” Zalewski, licencja LPRCTKC

Znacie pastafarianizm? Zapewne większość z Was doskonale orientuje się, czym jest ta religijna parodia i w jakim celu pierwotnie powstała. Podobnie, jak Niewidzialny Różowy Jednorożec oraz dyskordianizm, jest bardziej ateistyczna, niźli mogłoby się to wydawać chociaż byli i tacy, którzy uważali, że jest to prawdziwa sekta religijna uznająca Latającego Potwora Spaghetti za boga. Mniejsza z tym. To, co uważam za istotne to osiem „Naprawdę wolałbym, żebyś nie”, które są wpisane w tę parodię, a które uważam za naprawdę dobry materiał na podstawę dla osobistych zasad. Oto i one:

  1. Naprawdę wolałbym, żebyś nie zachowywał się jak jakiś świętoszkowaty, fałszywie pobożny dupek, gdy opisujesz Mą Makaronową Doskonałość. Jeśli niektórzy ludzie nie wierzą we mnie, to trudno, nic się nie stanie. Naprawdę, nie jestem do tego stopnia próżny. Poza tym, nie chodzi o nich, więc nie zmieniaj tematu.
  2. Naprawdę wolałbym, żebyś nie używał Mojego istnienia jako narzędzia do uciskania, ciemiężenia, karania, patroszenia lub bycia złośliwym wobec innych. Nie wymagam składania ofiar, a czystość jest niezbędna jeśli chodzi o wodę pitną, a nie o istoty ludzkie.
  3. Naprawdę wolałbym, żebyś nie oceniał ludzi na podstawie tego, jak wyglądają lub jak się ubierają, jak mówią, lub... Dobra, po prostu bądź miły, OK? I wbij to do swojej tępej głowy: mężczyzna = człowiek. Kobieta = człowiek. To samo = to samo. Nikt nie jest od nikogo lepszy, chyba że mówimy o stylu. I przykro mi, ale to podarowałem kobietom i niektórym facetom, którzy widzą różnicę pomiędzy kolorem morskim a fuksją.
  4. Naprawdę wolałbym, żebyś nie zaspokajał się w sposób, który obraża ciebie albo twojego ochoczego, zgodnego, pełnoletniego i dojrzałego psychicznie partnera. Odnośnie do tych, którzy mogliby protestować – myślę, że odpowiednim wyrażeniem jest „pierdolcie się”, chyba że uznają to za nieprzyzwoite. W tym wypadku mogą wyłączyć raz telewizor i iść dla odmiany na spacer.
  5. Naprawdę wolałbym, żebyś nie sprzeciwiał się fanatycznym, sadystycznym, szowinistycznym i pełnym nienawiści poglądom innych NA CZCZO. Zjedz coś, a potem zabiegaj o pierdoły.
  6. Naprawdę wolałbym, żebyś nie budował za miliony dolarów kościołów/świątyń/meczetów/kaplic dla Mojej Makaronowej Doskonałości, podczas gdy pieniądze lepiej wydać na (wybierz sam):
    1. Skończenie z biedą
    2. Leczenie chorób
    3. Życie w pokoju, namiętną miłość i obniżenie kosztów kablówki
    Może jestem złożonym węglowodanowym wszystkowiedzącym istnieniem, ale w życiu cieszą mnie proste rzeczy. Wiem lepiej. Jestem STWÓRCĄ.
  7. Naprawdę wolałbym, żebyś nie rozpowiadał ludziom wokół, że do ciebie przemawiam. Nie jesteś aż taki interesujący. Wylecz się z siebie. I mówiłem ci, żebyś kochał bliźniego, czy nie pojąłeś aluzji?
  8. Naprawdę wolałbym, żebyś nie czynił bliźniemu, co tobie miłe, jeśli miłe są ci, hm, rzeczy, które wymagają mnóstwa skóry/smaru/wazeliny. Jednak jeśli miłe jest to też tej innej osobie (zgodnie z numerem 4), zajmij się tym, zrób zdjęcia, i do diaska, załóż kondom! Naprawdę, to kawałek gumy. Gdybym nie chciał, żeby było ci przyjemnie, gdy to robisz, dodałbym ci w tym miejscu kolce albo coś.

Źródło: Oficjalna strona polskiego Kościoła Latającego Potwora Spaghetti.

Emerytura i nie tylko

2010-06-05, Sobota 13:18:34 +0200, autor Karol „Zal” Zalewski, licencja LPRCTKC

Nie ufam przyszłemu rządowi. Prawdę mówiąc, nie ufam żadnemu rządowi, łącznie ze swoim własnym.

Mikheil Saakashvili, adwokat, polityk gruziński, prezydent Gruzji od 25 stycznia 2004 roku.

Tak, jak i Mikheil, który chce ograniczyć do minimum władzę rządu i całkowicie uwolnić gospodarkę, nie ufam państwu. Nie wierzę, że po kilkudziesięciu latach opłacania składki na ZUS dostanę jakąkolwiek emeryturę. A nawet jeśli, to nie będę w stanie dzięki niej godnie żyć. Proste obliczenia pokazują jednak, że nikt z nas nie musi żyć korzystając z łaski państwa i bać się o wysokość przyszłej emerytury. Wystarczy zainwestować.

Dwieście złotych miesięcznie. Tyle pieniędzy chciałbym odkładać miesięcznie na moją przyszłą emeryturę. Niech będzie to konto dające 5% zysku w skali roku (roczna kapitalizacja odsetek). Nie uwzględniamy inflacji, podatku od dochodów kapitałowych (możliwy do ominięcia) itp. Obecnie mam około 25 lat, a na emeryturę chciałbym się udać mając ich 65. Innymi słowy, przez czterdzieści lat planuję co miesiąc odkładać pewną sumę pieniędzy na konto bankowe. Co mi to da?

Po 40 latach od wpłaty na konto pierwszych 200 złotych będę mógł wypłacić 1,0540 razy (circa 7,04) więcej złotych. Zaokrąglając do jedności - 1408 złotych. Sporo? Zdecydowanie. Dla uproszczenia obliczeń załóżmy, że precyzyjnie co roku na konto wpłacać będę 2400 złotych, a za 40 lat wypłacę wszystkie pieniądze. Jaką sumę uzyskam? Ponad 287 tysięcy złotych. Gdybym chciał za te pieniądze żyć przez kolejne 10 lat (przeciętna długość życia po osiągnięciu wieku emerytalnego dla mężczyzn to 13,3 lat) to musiałbym sobie wypłacać miesięcznie prawie 2400 złotych. A gdybym umarł mógłbym przekazać pieniądze w spadku moim dzieciom oraz wnukom.

Wyżej wymienione obliczenia nie uwzględniają innych czasów kapitalizacji, wahań oprocentowania oraz tego, że niekoniecznie trzeba od razu wypłacać całość kwoty. Podejrzewam, iż można byłoby uzyskać jeszcze wyższy zysk.

Wyobraźcie sobie teraz, że każdy z Was samodzielnie odkłada pieniądze na własną emeryturę, ew. leczenie itp. Każdy z Was ma pełną kontrolę nad płatnościami i tym, jak zostaną one w przyszłości wykorzystane. Cóż, obecnie pozostaje nam jedynie sfera marzeń i obowiązkowe składki na ZUS. Mniejsze ryzyko i zdecydowanie mniejsze korzyści.

8 edycja gdańskiej WegeNiedzieli

2010-05-20, Czwartek 22:07:58 +0200, autor Karol „Zal” Zalewski, licencja LPRCTKC

W najbliższą niedzielę (tj. 23 maja 2010 roku) w Gdańsku odbędzie się kolejna impreza z serii WegeNiedziela. Jest to doskonała okazja do tego, aby spróbować wegetariańskich i wegańskich potraw oraz posłuchać tego, co mają do powiedzenia ludzie, którym cierpienie zwierząt nie jest obojętne.

8 Wegetariańska Niedziela w Gdańsku

Więcej informacji o imprezie, w tym jej pełen program, można znaleźć na stronach Wegetarianie.pl. Poniżej zamieszczam najważniejszą informację, czyli „kiedy” i „gdzie” szukać WegeNiedzieli.

23 maja 2010 Centrum Stocznia Gdańsk, wejście od ul. Wałowej 27a, wjazd od ul. Lisia Grobla. Start godz. 12:00.

Mam nadzieję, że i ja znajdę nieco czasu na to, aby się tam pojawić. Do tej pory miałem okazję dwa razy (w maju i październiku zeszłego roku) uczestniczyć w WegeNiedzieli i za każdym razem byłem z niej bardzo zadowolony. Polecam!

PS. Również i teraz dziękuję nComowi, który to pamiętał o mnie i poinformował o imprezie.

Starsze wpisy |