] > Karol „Zal” Zalewski - Blog - http://blog.4zal.net/kategoria/zycie/lifehack/

Miniblog: QR Code

2010-05-01, Sobota 22:09:30 +0200, autor Karol „Zal” Zalewski, licencja LPRCTKC

Jak już pewnie niektórzy zauważyli znowu mam fioła na punkcie QR Code. Co prawda uważam, że jego stosowanie na stronach internetowych nie jest najrozsądniejszym rozwiązaniem, ale...

Jest to wspaniała sprawa wszędzie tam, gdzie mamy do czynienia z wydrukowanymi materiałami lub gdzie zachodzi potrzeba wymiany danych, których wprowadzanie do telefonu komórkowego jest czasochłonne. Zamiast przepisywać treść wizytówki wystarczy uruchomić na komórce oprogramowanie pokroju Kaywa Reader i zeskanować dołączony do niej QR Code zawierający dane w formacie vCard, MECARD itp. Samo generowanie też nie jest problematyczne, w sieci istnieje mnóstwo serwisów, które to umożliwiają (m.in. The 2D Code).

Czy muszę zaznaczać, że wspomniane kody znajdują się już na połowie moich dokumentów?

Oolong

2010-03-10, Środa 11:42:15 +0100, autor Karol „Zal” Zalewski, licencja LPRCTKC

Zapewne większość z nas widziała miłośników yerba mate chadzających na wszelkie możliwe spotkania z pełną suszu tykwą, bombillą i termosem z gorącą wodą. Miło jest móc się napić swojego ulubionego naparu w każdym miejscu i o każdej porze. Pozazdrościłem zwolennikom yerby i postanowiłem przeprowadzić własne poszukiwania herbaty równie praktycznej, co ostrokrzew paragwajski. Herbata zaparzana w termosie to nie to samo, co świeża. Kryteria oceny? Możliwość wielokrotnego i długiego zaparzania bez ryzyka uzyskania przykrego smaku oraz niska temperatura wody potrzebnej do realizacji tego celu. Efekt?

Po przetestowaniu kilku rodzajów herbaty - poczynając od Pu-erha, a kończąc na białej - doszedłem do wniosku, że najlepszy do osiągnięcia tego celu jest jasny Oolong. W dużym uproszczeniu, Oolong to rodzaj herbaty stanowiący połączenie cech zielonej i czarnej. Przechodzi ona proces utleniania (zwany potocznie „fermentacją”) podobny do tego, który ma miejsce w przypadku czarnej herbaty, ale jest on na tyle krótki, iż nadal jest jej bliżej do herbaty zielonej. Sam susz przyjmuje formę zwiniętych liści, które podczas zaparzania pięknie się rozwijają. Z tego też względu nie zalecam używania jakiegokolwiek sprzętu do zaparzania (w ostateczności - bawełniany woreczek). Co ważne, zbyt długie parzenie nie owocuje nieprzyjemnie gorzkim naparem tak, jak ma to miejsce w przypadku innego rodzaju herbat.

Co ciekawe, podpatrując chińskich studentów (Oolong jest herbatą typową dla Chin), zauważyłem, że każdy z nich posiada kubek podobny pod względem funkcji do kubków dziecięcych oraz jednorazowych przeznaczonych do sprzedaży kawy na wynos. Podobnie zachowują się niektóre termiczne naczynia przeznaczone na dłuższe wyprawy piesze.

Wniosek? Za niewielką cenę i bez większego dyskomfortu można cieszyć się smakiem świeżo zaparzonej herbaty przez cały dzień. Jeszcze tylko odpowiedni termos muszę sobie sprawić.

Miniblog: Źródła wtórne i pierwotne

2010-02-25, Czwartek 17:35:47 +0100, autor Karol „Zal” Zalewski, licencja LPRCTKC

Wiem, że nie jest to dla wielu z nas wygodne, ale w trakcie czytania dowolnie wybranego artykułu warto zwrócić uwagę na jeden bardzo ważny element - źródła. Szczególnie, gdy mowa o tekstach odnoszących się do obcojęzycznych prac. Z jednej strony źródło może być mało wiarygodne, szczególnie, gdy ktoś odnosi się do brukowców. Z drugiej zaś strony drobny błąd przy tłumaczeniu tekstu może zaważyć na jego wydźwięku.

Oczywista oczywistość, ale rzadko stosowana w praktyce. Szczególnie, gdy mamy do czynienia z łańcuszkiem artykułów odnoszącym się do źródeł wtórnych, a nie jednego pierwotnego. Przykład? Proszę bardzo - „Używasz Open Source? Jesteś piratem!” z LinuxNews.pl. Brr...

Jak wdrożyć GTD w życie? Tracks!

2009-10-31, Sobota 21:54:17 +0100, autor Karol „Zal” Zalewski, licencja LPRCTKC

Collect. Process. Organize. Review. Do.

O metodzie Getting Things Done pisało już wielu. Również i ja nie będę tego robić pierwszy raz. W telegraficznym skrócie - GTD jest metodą organizacji czasu, której celem jest odciążenie naszej pamięci przy jednoczesnym zachowaniu wysokiej efektywności. W artykule na Wikipedii znajduje się opis tego, z jakich procesów się ona składa. Co ciekawe, jej wdrożenie nie wymaga żadnego urządzenia elektronicznego, ale trzeba przyznać, iż wykorzystanie właściwego oprogramowania zdecydowanie ułatwia korzystanie z niej. Z tego też względu poniżej znajduje się krótki opis mojej przygody z wdrażaniem GTD w życie oraz aplikacji (w świecie Linuksa), która okazała się być rozwiązaniem bliskim ideałowi.

Historia zaczęła się od zabawy z moim ulubionym edytorem tekstu, czyli Emacsem oraz dodatkiem Org-mode. Org-mode jest godny polecenia - świetnie nadaje się do tego, do czego został stworzony. Pomimo wysokiego początkowego kosztu związanego z nauką jego obsługi warto się nim zainteresować z tego względu, iż minimalizuje późniejszy koszt (czas to pieniądz) np. tworzenia notatek. Pod tym względem jest podobny do LaTeX-a, którego nauka również potrafi na początku odstraszyć osoby przyzwyczajone do Microsoft Worda, lub OpenOffice.org Writera. Nie zmienia to jednak faktu, że przystosowanie Org-mode do GTD jest pracochłonne i do tego akurat zadania nie nadaje się on najlepiej. Zależy nam przecież na wydajnym działaniu, a nie na przyjemności wynikającej z samej możliwości zarządzania czasem.

Kolejnym moim krokiem były poszukiwania czegoś, co przypominałoby systemy typu Wiki. Jak się okazuje, dużą popularność pośród zwolenników takich rozwiązań zyskały modyfikacje TiddlyWiki, czyli Wiki mieszczącej się w pojedynczym pliku będącym połączeniem HTML-a, JavaScriptu oraz danych użytkownika. Ma to taką zaletę, że jest to rozwiązanie zupełnie niezależne od systemu operacyjnego. Wystarczy jedynie posiadać przeglądarkę WWW. Natomiast synchronizację między wieloma komputerami można uzyskać korzystając np. z DropBoksa, Ubuntu One, lub serwisu TiddlySpot. Samo TiddlyWiki może służyć do GTD, ale lepiej skorzystać z czegoś, co zostało stworzone do współpracy z tą metodą, a bazuje na wspomnianym systemie Wiki. Mowa m.in. o MonkeyGTD. Całość nie przypadła mi jednak do gustu - narzędzia tego typu są stosunkowo trudne w obsłudze i mało przejrzyste. A przecież nie tego oczekuje się od rozwiązania, które samo w sobie ma ułatwiać życie.

Przez chwilę zastanawiałem się również nad zastosowaniem ThinkingRock. Szybko jednak uznałem, że pomimo dużej sympatii do Javy niekoniecznie chcę korzystać z takiego molocha przy zabawach z organizacją mojego czasu. Nie wspominając o tym, iż przejrzystością ThinkingRock przypomina raczej węgiel, niźli diament.

Tracks - webowa aplikacja GTD na GTDify

I tutaj pojawiła się myśl - może jakaś aplikacja webowa? Najlepiej coś należącego do świata FLOSS, ale na tyle popularnego, aby można było znaleźć darmowy serwis udostępniający ją jako SaaS. Remember the Milk odpadał w przedbiegach ze względu na kryterium wolności oprogramowania. Okazało się jednak, że warunki te spełnił tytułowy Tracks (Ruby on Rails) oraz portal GTDify (można też skorzystać z Tracks.tra.in). I w tym oto momencie doszedłem do rozwiązania, z którego korzystam od jakiegoś już czasu i chwalę je sobie.

Otwarta (GPL), prosta w obsłudze i, co najważniejsze, praktyczna aplikacja. Do każdego miejsca można dostać się przy pomocy maksymalnie trzech kliknięć. Co więcej, posiada wsparcie wsparcie nie tylko dla kontekstów oraz projektów, ale również tagów. Jedno spojrzenie wystarcza do tego, aby szybko stwierdzić, co i na kiedy należy zrealizować, a dodawanie zadań jest przede wszystkim szybkie. Gdyby przeglądarka WWW nie wystarczała to zawsze istnieje możliwość skorzystania z różnego rodzaju feedów XML, iCal, lub tekstowych. Istnieje również możliwość eksportu danych (chociaż z importem jest już nieco gorzej).

Dobrze wdrożony GTD naprawdę ułatwia życie.

Sposób na generowanie haseł

2009-09-06, Niedziela 13:39:32 +0200, autor Karol „Zal” Zalewski, licencja LPRCTKC

Widzę, że ostatnio wszyscy (patrz groszek, kUtek, Piotr Konieczny) piszą o tym, jak tworzyć hasła do różnych serwisów tak, aby były one bezpieczne, a przy okazji łatwe do zapamiętania, lub wygenerowania. Oto i mój sposób, o którym już kiedyś pisałem.

Na wstępie potrzebujemy generatora skrótów np. SHA1 (linuksowe sha1sum, długość 40 znaków, cyfry i małe litery). I teraz kolejno wpisujemy: login do serwisu (np. adam), dwukropek, domenę serwisu (nasz-przyklad.pl), dwukropek oraz hasło główne. Ten ostatni ciąg jest jedynym, który musimy pamiętać, a którego nie możemy ujawnić. Stanowi on bazę do generowania haseł. W efekcie mamy otrzymujemy coś takiego:

adam:nasz-przyklad.pl:tojesthasloglowne

Wystarczy teraz uruchomić generator skrótu (np. SHA1) i otrzymujemy nasze hasło do serwisu.

f5352047a17643166e40079594d857561a29937a

Zalety: każdy serwis otrzymuje inne hasło; na bazie jednego hasła nie sposób wygenerować pierwotnego ciągu znaków, a tym samym uzyskać dostęp do hasła głównego.

Wady: wymaga użycia generatora skrótu; wygenerowane hasła mogą nie spełniać wymagań stawianych przez serwis (zbyt długie, lub brak wielkich liter i znaków specjalnych).

W moim przypadku metoda ta sprawdza się całkiem nieźle w przypadku serwisów, do których dostęp uważam za krytyczny. W przypadku potrzeby zmiany hasła można do pierwotnego ciągu znaków, przed generowaniem hasła, dodać jako prefiks np. liczbę porządkową, co dla naszego przykładu wygląda następująco:

1:adam:nasz-przyklad.pl:tojesthasloglowne

c8ea2739e3a4b151b230c178a729b1fc9dec9abd

Dane ukryte w kodzie (X)HTML

2009-06-08, Poniedziałek 10:34:36 +0200, autor Karol „Zal” Zalewski, licencja LPRCTKC

Zdarza się czasem, iż chcielibyśmy umieścić na stronie internetowej znajdującej się na specyficznej platformie (np. platforma blogowa pokroju Joggera) dane (np. obraz w formacie JPEG, czy też PDF-a), a nie mamy pod ręką odpowiedniego ku temu hostingu. Ewentualnie ochoty na zabawę z interfejsem takiego narzędzia (np. googlowa Picasa). W takiej sytuacji wystarczy wykorzystać jedną z możliwości, jaką daje URI. Wystarczy, iż zakodujemy wybrany plik przy pomocy kodowania Base64 np. pod Linuksem:

base64 obraz.jpg > base64.txt

A następnie zawartość takiego pliku (w przykładzie jest to base64.txt) kopiujemy do następującego kodu:

 
<img src="data:image/jpg;base64,KOD_BASE64_DANYCH" alt="Tytuł obrazka" />
<a href="data:image/jpg;base64,KOD_BASE64_DANYCH">LINK</a>
 

Jak sami widzicie, nie musi to być jedynie JPG. Istnieje możliwość umieszczenia niemal każdych danych, o ile zna się ich typ MIME. Można to wykorzystać wszędzie, gdzie dane nam jest skorzystać z URI w celu określenia lokalizacji zasobu. Jakie płyną z tego korzyści?

  • możliwość umieszczania danych w plikach HTML (np. na platformach blogowych) bez potrzeby martwienia się o hosting,
  • te same dane można umieszczać w komentarzach, czy też postach na forach/blogach itp. umożliwiających podawanie URI,
  • daje to interesującą możliwość ominięcia gorzej zaprojektowanych zabezpieczeń w niektórych serwisach.

Poniżej widać przykład takiego rozwiązania zastosowanego w serwisie Jogger. Ze względu na ograniczenie długości wpisów udało mi się upchnąć jedynie około 32 KiB danych. Uprzedzam również, iż ze względu na wykorzystanie Textile Lite, wklejanie kodu w Base64 do komentarzy nie daje oczekiwanego rezultatu.

Zrelaksowany Zal

Lifehack: Wywieranie wpływu na ludzi

2009-03-05, Czwartek 00:17:18 +0100, autor Karol „Zal” Zalewski, licencja LPRCTKC

Wstęp

Będąc w trakcie czytania książki Roberta Cialdiniego pt. "Wywieranie wpływu na ludzi" postanowiłem, iż będę robić krótkie notatki dot. opisywanych przez niego metod wywierania wpływu. Większość z nich sprawdza się najlepiej w sytuacjach, w których to czas i zaskoczenie odgrywają dużą rolę. Niemniej jednak ich efekty są zazwyczaj trwałe, a siła opisywanych metod tkwi w głównej mierze w naszej kulturze.

Zasada kontrastu

Wyobraźcie sobie trzy naczynia ustawione obok siebie wypełnione wodą: zimną, letnią i gorącą. Wkładacie lewą dłoń do zimnej wody, a prawdą do gorącej. Po kilku minutach równocześnie przemieszczacie dłonie do pojemnika z letnią wodą? Co czujecie? Otóż ręka trzymana poprzednio w ciepłej wodzie odczuje znaczący chłód, a ta druga ciepło. Różnica wynika tylko i wyłącznie z tego, iż wcześniej znajdowały się w innych warunkach. Zjawisko to zachodzi również w przypadku handlu, relacjach międzyludzkich i innych aspektów życia. Rzeczywisty przykład? Przedstawiciel płci przeciwnej, o statystycznie średniej atrakcyjności, wyda nam się atrakcyjniejszy, gdy wcześniej będziemy mieć do czynienia z przedstawicielami mniej atrakcyjnymi i odwrotnie.

Zasada wzajemności

Siła kultury jest w tym przypadku ogromna. Wyobraźcie sobie prezent, czy też podarek wręczony Wam, a przeznaczony specjalnie dla Was. Albo niech ktoś Wam wyświadczy przysługę. Czy będziecie w stanie odmówić tejże osobie i nie pomóc jej, gdy o to poprosi? A może dacie jej więcej, niż ona Wam wcześniej? Większość osób tak właśnie robi. Odwzajemnia się z nawiązką osobom, które wcześniej zrobiły dla nich coś dobrego. Relacja ta może być i często jest wykorzystywana świadomie przez osoby, których nawet nie wcześniej nie widzieliśmy.

Wzajemność ustępstw

Ustępstwa to klucz do sukcesu, a do tego stanowią bardzo tanie rozwiązanie dla strony korzystającej z nich. Podczas negocjacji wystarczy wyjść z propozycją znacząco bardziej wymagającą dla drugiej strony, niż docelowo byśmy tego oczekiwali. Wystarczy teraz umiejętnie ustępować z pewnych warunków, aby dojść do tego, co naprawdę było nam potrzebne. My jesteśmy zadowoleni, że uzyskaliśmy to, czego chcieliśmy, a druga strona dostrzega na jak wielkie ustępstwa poszliśmy, przy okazji mając świadomość tego, jak dobrze się "targowała". Co bardziej interesujące, nie tylko daje nam to większą szansę realizacji pierwotnych celów, niż miałoby to miejsce w przypadku otwartego zaprezentowania potrzeb już na samym początku, ale też sprawia, iż druga strona czuje się bardziej zobowiązana do wywiązania się z umowy.

Ciąg dalszy...

Nastąpi. Kolejne wpisy poświęcone tytułowemu zagadnieniu będę tworzyć w miarę postępów w lekturze książki Cialdiniego. Mam nadzieję, że zachęci to Was nie tylko do lektury wspominanego tekstu, ale również skłoni do dyskusji na temat naszych zachowań oraz tego, czy ww. zasady są Wam znane i faktycznie sprawdzają się w życiu codziennym.

Miniblog: Wydziałowy hack

2009-02-06, Piątek 22:25:52 +0100, autor Karol „Zal” Zalewski, licencja LPRCTKC

Nawiązując do wpisu Matekm - studenci (w tym i ja) wydziału ETI Politechniki Gdańskiej dorobili się własnego, milkowego "hacka". Ponad piętnaście tysięcy głosów oddanych na hasło, które już niedługo zawiśnie na billboardzie znajdującym się na Operze Bałtyckiej.

Bajer jakich mało! ;-D

MiniLifehack: Mapa myśli

2008-12-07, Niedziela 20:35:02 +0100, autor Karol „Zal” Zalewski, licencja LPRCTKC

Wspominałem już o metodzie zarządzania czasem zwanej GTD. Teraz czas na mapy myśli (ang. mind maps) - sposobie tworzenia notatek, który nie tylko skraca czas potrzebny na ich stworzenie, ale również na ich nauczenie się. Przykładem mapy myśli może być rozpiska istniejących dystrybucji Linuksa (wykonana przy pomocy FreeMind), czy też pomoc programu FreeMind. Idea jest prosta - lepiej zrobić "rysunek" zawierające logicznie połączone słowa kluczowe i ich reprezentacje graficzne, niźli stworzyć tekstową notatkę, która nie jest w stanie zaktywizować całego mózgu.

O ile samodzielnie rysowanie map myśli na papierze jest najlepszą metodą na ich realizację, tak nie wyklucza się możliwości tworzenia ich przy pomocy komputera. Całkiem nieźle radzi sobie z tym FreeMind - aplikacja napisana w Javie dostępna m.in. w repozytoriach Ubuntu (zainstaluj). Wymaga kilku minut na zapoznanie się z interfejsem i obsługą, ale po dłuższym czasie sprawdza się bardzo dobrze.

Lifehack: Miejsce zadumy

2008-11-04, Wtorek 23:03:51 +0100, autor Karol „Zal” Zalewski, licencja LPRCTKC

Jest takie miejsce na wydziale Elektroniki, Telekomunikacji i Informatyki (WETI) Politechniki Gdańskiej, w którym to można odetchnąć pełną piersią. Miejsce zadumy papierem i mydłem płynące. Nie znajdziecie tam zapchanych ręcznikami koszy na śmieci. Zaś same ręczniki znajdziecie tam, gdzie być powinny. Nikt też nie przeszkodzi Wam w zadumie, gdyż jest to prawdziwa samotnia! A miejsce to zwą...

Damską toaletą! Damn! To smutne, iż chcąc pójść do łazienki i w spokoju załatwić to, co ma się do załatwienia, trzeba polegać na toalecie przeznaczonej dla płci odmiennej. Dlaczego? Tylko w niej jest czysto, zawsze jest papier toaletowy, ręczniki papierowe, mydło w płynie i zapach, który nie odstrasza. Do tego spokojnie można usiąść (nie obawiając się obsikanej deski) mając kilka metrów kwadratowych dla siebie. Tego to nawet w Nowym Gmachu WETI nie ma ;->

Z tego, co zauważyłem - użytkowników, a właściwie użytkowniczek, wielu nie ma. Pomijając oczywiście moją skromną osobę. Czas przełamywać bariery kulturalne ;-> Równouprawnienie pełną gębą.

Miniblog: Czas w Polsce

2008-10-26, Niedziela 00:30:50 +0200, autor Karol „Zal” Zalewski, licencja LPRCTKC

Jako, że wiele osób miewa problemy ze strefami czasowymi - poniżej znajduje się mała ściągawka.

W Polsce obowiązuje strefa czasowa UTC+1 / CET (tzw. czas zimowy). Wyszczególniony został też czas letni (od ostatniej niedzieli marca do ostatniej niedzieli października) w którym to obowiązuje UTC+2 / CEST.

Ostatniej niedzieli marca o 1:00 UTC (u nas - 2:00 CET) przestawiamy zegarki o godzinę do przodu, a ostatniej niedzieli października również o 1:00 UTC (u nas - 3:00 CEST) przestawiamy zegarki o godzinę do tyłu.

Oficjalne polskie serwery NTP dostarczające czas urzędowy:

  • 212.244.36.227 / tempus1.gum.gov.pl
  • 212.244.36.228 / tempus2.gum.gov.pl

MiniLifehack: Przed zakupem sprzętu...

2008-10-24, Piątek 02:02:41 +0200, autor Karol „Zal” Zalewski, licencja LPRCTKC

Przed zakupem różnego rodzaju urządzeń każdy z nas sprawdza ich specyfikacje techniczne oraz opinie na ich temat korzystając z Google. Natomiast niewiele osób pamięta o tym, aby spróbować do zapytania złożonego z nazwy szukanego urządzenia dodać również takie słowa jak np. problem, freeze, crash, don't work itp. W ten oto prosty sposób można uzyskać bardzo interesujące informacje na temat naszej potencjalnej własności.

Banał, o którym warto pamiętać ;-)

Lifehack: Getting Things Done

2008-10-20, Poniedziałek 20:12:01 +0200, autor Karol „Zal” Zalewski, licencja LPRCTKC

Getting Things Done (GTD) to w skrócie metoda zarządzania tymi wszystkimi naszymi żółtymi karteczkami i zadaniami na nich zapisanymi tak, aby uzyskać jak najwyższą efektywność oraz nie przeciążyć swej pamięci. Opisana w roku 2001 przez Davida Allena zyskała ogromną popularność. Prosta i skuteczna! Urządzenia elektroniczne nie są wymagane do jej wdrożenia w życie, ale z pewnością ułatwią man pracę. Dlatego też warto zapoznać się z poniżej przedstawionym oprogramowaniem.

Chandler - Windows

BasKet Note Pads to narzędzie przeznaczone dla Linuksa (dla Windowsa też powstanie), które podbiło moje serce (zasługa vmario). Jakiś czas temu korzystałem jeszcze z TomBoya, ale po zapoznaniu się z BasKetem i GTD sytuacja uległa zmianie. Darmowy, prosty w obsłudze, przemyślany i posiadający spore możliwości. A do tego całkiem nieźle radzi sobie z metodą GTD i dobrze wygląda. Zdecydowanie polecam!

RememberTheMilk.com to serwis internetowy znacznie ułatwiający pamiętanie "wszystkich tych ważnych rzeczy, o których zdarza nam się zapomnieć". Posiada wersję darmową i płatną (25 USD za rok), ale zarówno w pierwszej, jak i drugiej bezproblemowo integruje się z Google Calendar (również z Google Apps), GMailem (wykorzystuje wtyczkę do Firefoksa) i Twitterem. Oprócz listy zadań oferuje również możliwość przypominania o zadaniach mejlem, SMS-em (w Polsce obsługuje obecnie tylko Plus GSM) oraz wiadomością IM (m.in. Jabber, AIM, GG, ICQ, Skype itp.). W porównaniu do BasKeta ma kilka zalet - jest to usługa niezależna od systemu operacyjnego, dostępna z każdego zakątka globu, a do tego oferująca możliwość przypominania o zadaniach SMS-em. Warto się nią zainteresować :-)

PS. Warto też zainteresować się Chandlerem, wieloplatformowym "selforganizerem", który jest stosunkowo młodym, ale interesującym projektem. Zapraszam do obejrzenia zrzutów ekranowych.

Lifehack: Budzik idealny

2008-10-11, Sobota 13:20:16 +0200, autor Karol „Zal” Zalewski, licencja LPRCTKC

Jakiś czas temu u jednego z Joggerowiczów, a dokładniej u Piotra Koniecznego, zauważyłem notkę dotyczącą cudownego budzika o równie cudownej cenie (w okolicach 150 USD). Budzik ten na podstawie ruchów oraz tętna osoby go noszącej podczas snu był w stanie wykryć, czy śnimy głęboko (faza NREM), czy też płytko (tuż po fazie REM). Wybudzenie po fazie REM jest dla nas oczywiście najprzyjemniejsze i to też właśnie czyni wspomniany budzik. W przypadku niepowodzenia - wybudza nas, jak zwykły budzik.

Cóż jednak zrobić, gdy nie ma się nadmiarowych pieniędzy? Jest i na to sposób! Wystarczy jedynie pomyśleć ;-]

Budzik

Z góry zaznaczam, iż poniższy sposób znalazłem, gdzieś w czeluściach polskiego Internetu, ale nie jestem w stanie odnaleźć informacji o pierwotnym pomysłodawcy. W razie, gdybyście taką wiedzę posiadali - dajcie znać.

Idea jest prosta. Potrzebujemy dwóch budzików. Jeden z nich będzie najprostszym z możliwych budzików, którego celem będzie wybudzenie nas o zadanej godzinie w momencie, gdyby drugiemu z nich nie udało się tego zrobić wcześniej. Musi być głośny i skuteczny! Ustawiamy go na godzinę o której musimy już wstać np. o 7:30.

Drugi budzik musi być stosunkowo cichy. Na tyle, aby nie obudził nas gdy śnimy głęboko, a zrobił to bez problemu, gdy kończymy fazę REM. Najlepiej, gdyby posiadał funkcję "śpiocha" tj. o ustalonym przez nas czasie zaczął budzić przez minutę, wyłączył się i spróbował ponownie za 5-10 minut. Wielce prawdopodobnym jest, iż zdołamy obudzić się tuż po fazie REM. Istotnym jest, aby budzik ten rozpoczął pobudkę minimum 30 minut wcześniej od poprzedniego. W naszym przypadku mowa tutaj o 7:00.

Zwykły budzik w roli budzika numer 1 oraz budzik w telefonie komórkowym, jako budzik numer 2 powinny się sprawdzić. O ile oczywiście wcześniej zadbamy o odpowiednie wyregulowanie głośności tego drugiego. W najgorszym przypadku i tak obudzimy się wraz z pierwszym budzikiem. Ja od przyszłego tygodnia zaczynam eksperymenty.

Miłej pobudki! ;-D

[EDIT] Pierwotnym pomysłodawcą okazał się być BeSmart.pl.

Lifehack: Last.fm i niższy koszt subskrypcji

2008-10-03, Piątek 21:14:33 +0200, autor Karol „Zal” Zalewski, licencja LPRCTKC

Czym jest Last.fm z pewnością każdy z Was wie. A ten kto nie wie z pewnością się dowie - jest to mocno spersonalizowane radio internetowe. Wspaniała sprawa!

Dzisiaj postanowiłem pierwszy raz wykupić subskrypcję. Miesięczną, aby móc wypróbować Last.fm w wersji rozszerzonej. Wszedłem na stronę służącą do wpłaty odpowiedniej należności i mocno się zdziwiłem. Zapłacić można korzystając z czterech walut!

  • 2,50 EUR
  • 3,00 USD
  • 1,50 GBP
  • 350 JPY

Ceny wyjątkowo okrągłe, a jak wiemy - kursy walut już tak pięknie nie wyglądają. Innymi słowy - można zapłacić więcej, lub mniej. A my (w szczególności ja sam) chcemy zapłacić mniej ;-D

Korzystając ze średnich kursów walut (chociaż lepsza byłaby cena sprzedaży) na dzień dzisiejszy (tj. 3 X 2008) sporządziłem takie oto obliczenia:

  • 2,50 EUR = 2,50 * 3,4188 PLN = ~8,55 PLN
  • 3,00 USD = 3,00 * 2,4676 PLN = ~7,40 PLN
  • 1,50 GBP = 1,50 * 4,3607 PLN = ~6,54 PLN
  • 350 JPY = 3,50 * 2,3453 PLN = ~8,21 PLN

Co to oznacza? To, iż obecnie przy wyborze subskrypcji na 12 miesięcy można zaoszczędzić aż do 24,12 PLN (wybierając płatność w walucie brytyjskiej zamiast Euro). Jest to całkiem pokaźna sumka biorąc pod uwagę całkowite koszty subskrypcji.

Pamiętajcie! Różnice w kursie walut mają ogromne znaczenie! Różne firmy mają różną politykę cenową w różnych krajach, która nie zawsze pokrywa się z samymi kursami walut.

PS. PayPal ponoć nie jest idealny (eufemizm), ale współpraca z ROR-em w mBanku oraz zapłata za usługę wyszła mu całkiem nieźle. Podejrzewam, że problemy z nim związane dotyczą głównie osób prowadzących działalność gospodarczą z jego wykorzystaniem.

Starsze wpisy |