] > Karol „Zal” Zalewski - Blog - http://blog.4zal.net/kategoria/zarzadzanie/

Studia, studia i...

2010-07-14, Środa 14:21:58 +0200, autor Karol „Zal” Zalewski, licencja LPRCTKC

Żarty na bok, jak powiedział król Dezmod, gdy wśród uczty goście nagle zaczęli sinieć i umierać.

„Pani Jeziora”, Andrzej Sapkowski

Wygląda na to, że moje studiowanie powoli dobiega końca. Na informatyce uzyskałem już tzw. absolutorium, czyli zaliczyłem wszystkie egzaminy i pozostaje mi jedynie złożyć oraz obronić pracę dyplomową. Niestety, prace nad tą ostatnią jeszcze trwają, co odbija się na mojej aktywności w każdej innej sferze życia. Muszę jednak przyznać, że odetchnąłem z ulgą, gdy grzebanie się w systemach agentowych, darknetach (FreeNet jest naprawdę interesujący) i systemach replikacji baz danych zaczęło mi przynosić satysfakcję. Mam nadzieję, że system skończę do połowy sierpnia, a samą pracę będę mógł złożyć pod koniec września. Bądź, co bądź, piwo z rektorem (mamy świetnego rektora) już wypiłem. A i już jedną publikację naukową mam na koncie.

Na zarządzaniu sytuacja wygląda stabilnie. Do końca studiów pozostał mi jeszcze jeden semestr, a na dzień dzisiejszy nie mam żadnych zaległości. Dodatkowo załapałem się na całkiem interesujący temat pracy magisterskiej tj. „Critical analysis of Open Source projects management tools with case studies”, a moim promotorem został prof. Edward Szczerbicki. Zacznę ją męczyć, jak już tylko uporam się z magisterką na ETI.

W ramach anegdotki wspomnę, że niedawno zapisałem się na kurs prawa jazdy. Będzie to już drugi raz w moim życiu. Najwyraźniej moja niechęć do jazdy samochodem w roli kierowcy powoli słabnie.

Tutaj pojawia się kolejne pytanie - co dalej? Pozwólcie, że akurat na to pytanie odpowiem zarówno sobie, jak i Wam, nieco później. Dobrze, że przynajmniej Marta, która aktualnie jest w drodze na Syberię (okolice obwodu irkuckiego), ma już sprecyzowane plany na przyszłość.

Emerytura i nie tylko

2010-06-05, Sobota 13:18:34 +0200, autor Karol „Zal” Zalewski, licencja LPRCTKC

Nie ufam przyszłemu rządowi. Prawdę mówiąc, nie ufam żadnemu rządowi, łącznie ze swoim własnym.

Mikheil Saakashvili, adwokat, polityk gruziński, prezydent Gruzji od 25 stycznia 2004 roku.

Tak, jak i Mikheil, który chce ograniczyć do minimum władzę rządu i całkowicie uwolnić gospodarkę, nie ufam państwu. Nie wierzę, że po kilkudziesięciu latach opłacania składki na ZUS dostanę jakąkolwiek emeryturę. A nawet jeśli, to nie będę w stanie dzięki niej godnie żyć. Proste obliczenia pokazują jednak, że nikt z nas nie musi żyć korzystając z łaski państwa i bać się o wysokość przyszłej emerytury. Wystarczy zainwestować.

Dwieście złotych miesięcznie. Tyle pieniędzy chciałbym odkładać miesięcznie na moją przyszłą emeryturę. Niech będzie to konto dające 5% zysku w skali roku (roczna kapitalizacja odsetek). Nie uwzględniamy inflacji, podatku od dochodów kapitałowych (możliwy do ominięcia) itp. Obecnie mam około 25 lat, a na emeryturę chciałbym się udać mając ich 65. Innymi słowy, przez czterdzieści lat planuję co miesiąc odkładać pewną sumę pieniędzy na konto bankowe. Co mi to da?

Po 40 latach od wpłaty na konto pierwszych 200 złotych będę mógł wypłacić 1,0540 razy (circa 7,04) więcej złotych. Zaokrąglając do jedności - 1408 złotych. Sporo? Zdecydowanie. Dla uproszczenia obliczeń załóżmy, że precyzyjnie co roku na konto wpłacać będę 2400 złotych, a za 40 lat wypłacę wszystkie pieniądze. Jaką sumę uzyskam? Ponad 287 tysięcy złotych. Gdybym chciał za te pieniądze żyć przez kolejne 10 lat (przeciętna długość życia po osiągnięciu wieku emerytalnego dla mężczyzn to 13,3 lat) to musiałbym sobie wypłacać miesięcznie prawie 2400 złotych. A gdybym umarł mógłbym przekazać pieniądze w spadku moim dzieciom oraz wnukom.

Wyżej wymienione obliczenia nie uwzględniają innych czasów kapitalizacji, wahań oprocentowania oraz tego, że niekoniecznie trzeba od razu wypłacać całość kwoty. Podejrzewam, iż można byłoby uzyskać jeszcze wyższy zysk.

Wyobraźcie sobie teraz, że każdy z Was samodzielnie odkłada pieniądze na własną emeryturę, ew. leczenie itp. Każdy z Was ma pełną kontrolę nad płatnościami i tym, jak zostaną one w przyszłości wykorzystane. Cóż, obecnie pozostaje nam jedynie sfera marzeń i obowiązkowe składki na ZUS. Mniejsze ryzyko i zdecydowanie mniejsze korzyści.

Turn it all off!

2010-05-09, Niedziela 12:00:00 +0200, autor Karol „Zal” Zalewski, licencja LPRCTKC

Lots of people complain about being overloaded with email, blogs, Twitter, and so on, but very few who complain reach the ultimate logical solution: turn it all off.

Kevin Kelly, redaktor naczelny magazynu „Wired” [źródło]

Na wszelkie bóstwa! Przecież to takie proste, a ja nigdy o ty mnie pomyślałem. Wyłączam Firefoksa, Psi, XChata, Gwibbera, Evolution, Liferea i wszystkie inne aplikacje komórkowe. Co więcej, wyłączam kartę sieciową. Niech to będzie tydzień bez dostępu do Internetu okraszony jedynie rozmowami przez telefon i krótkimi wiadomościami tekstowymi. A później zastosuję rady mmazura.

Czas napisać pierwszą pracę magisterską - do września coraz bliżej.

Internet, wolna kultura, darowizny i mikropłatności

2010-05-06, Czwartek 07:37:12 +0200, autor Karol „Zal” Zalewski, licencja LPRCTKC

Czy byłby to dla mnie problem, gdybym miał dobrowolnie przekazać 1, 2, lub 5 złotych twórcy, który udostępnił za darmo stworzony przez siebie tekst, obraz, muzykę, film, grę, czy też program? Jeżeli utwór ten byłby w moim mniemaniu dobry to „why not?”. Ale jak tylko pomyślę, że aby przekazać komuś 1 złoty musiałbym poszukać jego numeru konta, danych osobowych, uruchomić interfejs WWW mojego banku, wypełnić formularz, poczekać na token pod postacią SMS-a i... To mi się odechciewa. Za dużo tego, prawda? A gdyby tak zrobić to prościej, szybciej i z większym pożytkiem zarówno dla twórców, jak i odbiorców?

Gdybym mógł przekazać twórcy złotówkę przy pomocy jednego kliknięcia to nie tylko ja byłbym zadowolony, ale i twórca mógłby liczyć na więcej darowizn. Sama koncepcja płatności przez Internet jest prosta i dobrze znana. Wystarczy spojrzeć na takie serwisy, jak np. PayPal, MoneyBookers, Google Checkout oraz Amazon Payments. Nieco większym problemem przy korzystaniu z ww. usług jest rola obdarowanego oraz integracja z kontami bankowymi. Niestety, koszty jakie ponosi obdarowany oraz trudność w przelewaniu środków na konta ww. systemów w celu skorzystania z nich przez darczyńców (np. wymagane posiadanie karty kredytowej lub doładowanie wirtualnego konta tradycyjnym przelewem) sprawiają, że nie nadają się do realizacji celu, o którym napisałem.

Przykład rozwiązania w oparciu o system Dotpay.pl - metoda POST. Bez potrzeby zakładania odrębnego konta ze strony darczyńcy. Istnieje również możliwość skorzystania z metody GET.

A może rodzime rozwiązania lepiej sprawują się pod tym względem? Trochę ich jest - Platnosci.pl, PayU, Przelewy24 i Dotpay. Po krótkim przejrzeniu ich możliwości oraz warunków na jakich działają większość z nich odpada w przedbiegach, pozostaje Dotpay. Tak, jak i inne serwisy, dzięki integracji z polskimi systemami bankowymi umożliwia on dokonywanie szybkich wpłat przez darczyńców. Jest również przystosowany do przekazywania darowizn - nie wymaga od twórcy prowadzenia działalności gospodarczej, ani tworzenia konta w ich systemie przez darczyńcę. Odbierający darowiznę obarczany jest opłatą w wysokości kilku procent od przelewanej kwoty (minimum 30 groszy). Rejestracja konta odbiorcy kosztuje 10 złotych i jest konieczny do odebrania zgromadzonych pieniędzy na tradycyjne konto (sam przelew to złotówka). Wady? Wysoka minimalna opłata za przekazanie pieniędzy oraz brak anonimowości ze strony darczyńcy (np. konieczność podania imienia i nazwiska). Zalety? Darczyńca nie musi posiadać karty kredytowej (wystarczy ROR w jednym z polskich banków) lub doładowywać konta w systemie. W razie potrzeby może on wykorzystać również kilka innych systemów w celu zrealizowania płatności (standardowo MoneyBookers, dodatkowo PayPal). Jedno kliknięcie i trafia się na stronę, która pozwala na wybór sposobu płatności oraz podanie podstawowych danych osobistych (zazwyczaj imię, nazwisko i e-mail). Po niej następuje logowanie w systemie naszego banku i... Pozostaje jeszcze kwestia hasła jednorazowego (w przypadku np. mBanku), którego obecność utrudnia procedurę, a ewentualny brak powoduje zmniejszenie bezpieczeństwa.

Hasło jednorazowe. Jak je usunąć nie tracąc bezpieczeństwa? To proste! Wystarczy wprowadzić limit darowizn, jaki można zrealizować w ciągu dnia. Jaki i czego dotyczący (tj. suma darowizn, liczba darowizn, liczba darowizn przekazanych danemu użytkownikowi itp.) to już inna kwestia. Tego brakuje. Ostatniego elementu, z punktu widzenia informatyka (US miałby pewnie odmienne zdanie), niezbędnego do stworzenia systemu sprzyjającego przekazywaniu mikrodarowizn twórcom funkcjonującym w polskim Internecie. Niestety, decyzja nie leży po stronie użytkownika, a po stronie twórców systemów bankowych.

Pomysł nie jest szczególnie odkrywczy, ale jestem ciekaw, co o tym sądzicie. Czy również dostrzegacie bariery na jakie natrafia osoba chcąca przekazać piątaka twórcy? Czy sądzicie, iż ich zniesienie może wpłynąć na liczbę darowizn i być korzystne dla twórców? Moim zdaniem wyeliminowanie tych barier jest ważne. Szczególnie, że rozwiązania „zapłać tyle, ile chcesz” stają się coraz popularniejsze pośród niezależnych twórców i sympatyków wolnej kultury, a łatwość przekazywania darowizn i ich odbioru ma kluczowe znaczenie w takim środowisku.

Letnie Praktyki Badawcze 2010

2010-03-23, Wtorek 13:50:37 +0100, autor Karol „Zal” Zalewski, licencja LPRCTKC

Chyba każdy, kto mnie zna wie, jak dużą wagę przykładam do praktyk studenckich. W moim mniemaniu praktyki to doskonała okazja do tego, aby w ciągu kilku tygodni poznać środowisko, z którym być może zwiąże się swoją karierę zawodową. Pozwalają one określić to co się chce lub czego zdecydowanie nie chce się w życiu robić. I w tym właśnie kontekście chciałbym co nieco napisać o Letnich Praktykach Badawczych, w których miałem okazję uczestniczenia w zeszłym roku, a które w sposób nietypowy pozwalają spojrzeć na badania naukowe z zakresu nauk ekonomicznych i ścisłych oraz ich biznesowy wymiar.

Mój pierwszy kontakt z LPB miał miejsce niemal rok temu. Po praktykach w małych (IVO Software) i dużych (Intel Technology Poland), lecz innowacyjnych firmach postanowiłem spróbować swoich sił w czymś, co można określić mianem R&D. Taki rodzaj pracy wydawał mi się być czymś niezwykle kuszącym - zupełnie nowe problemy, nietypowe sposoby ich rozwiązywania oraz ciągły rozwój intelektualny. A wszystko to okraszone całkiem niezłymi zarobkami i możliwością pracy na całym świecie poczynając od wszelkiej maści uczelni, poprzez małe firmy należące do sieci badawczych, a kończąc na korporacjach. Z tego punktu widzenia, 3-miesięczne praktyki w Warszawie w instytucie Polskiej Akademii Nauk były świetnym pomysłem.

Po zgłoszeniu się i przejściu krótkiej rekrutacji dostałem się na praktyki. Przed wyjazdem musiałem jeszcze postarać się o miejsce w jednym z warszawskich akademików. Po przyjeździe okazało się, że nie będzie lekko. Praktyki zaczęły się od ciężkiej pracy przypominającej tzw. „boot camp”. Wstępna, lecz wytężona, tygodniowa praca w międzydyscyplinarnych grupach pozwoliła na określenie głównych elementów utrudniających pracę w zespole oraz badania jako takie. Po kilku dniach każdy uczestnik został przyporządkowany do kilku projektów odbywających się w ramach praktyk i rozpoczęła się już właściwa praca m.in. na potrzeby IBS PAN. Czego dotyczyły wspomniane projekty? W moim przypadku miały one na celu:

  • zbadanie możliwości stworzenia alternatywnego, wirtualnego środowiska do pracy naukowej;
  • opracowanie koncepcji oraz przeprowadzenie studium wykonalności internetowej platformy umożliwiającej transfer wiedzy oraz usług pomiędzy światem nauki, a małymi i średnimi firmami;
  • analizę i modelowanie sposobu inwestowania inwestorów kapitałowych, w celu ulepszenia gry Venture Capital Research;
  • badania w zakresie problemów trudnych w Sztucznej Inteligencji.

Co zyskałem dzięki Letnim Praktykom Badawczym? Przede wszystkim doświadczenie i świadomość tego, że nauka nie tylko może być pasją, ale również sposobem na życie. I to całkiem dostatnie życie, co możliwe jest dzięki połączeniu jej z biznesem (m.in. „industrial mathematics”). Utwierdziłem się w przekonaniu, że warto podjąć studia doktoranckie. Do tego należałoby jeszcze dodać szereg umiejętności takich, jak np. prowadzenie spotkań naukowych, prezentacja wyników badań, czy też prawidłowe tworzenia notatek, raportów i artykułów. Know-how to rzecz bezcenna.

Gdyby ktoś miał ochotę uczestniczyć w tegorocznej edycji LPB zachęcam do skorzystania ze strony informacyjnej - zgłoszenia przyjmowane są do 30 kwietnia bieżącego roku. Ja ze swojej strony zachęcam do tego szczególnie osoby z Warszawy, chociażby ze względu na koszty związane z 3-miesięcznym pobytem w Warszawie. Dla pozostałych osób dobrą wiadomością jest to, iż możliwa jest również praca zdalna, co samodzielnie sprawdziłem.

PayPal

2010-03-08, Poniedziałek 22:09:15 +0100, autor Karol „Zal” Zalewski, licencja LPRCTKC

Właściciele PayPala już kilka razy pokazali nam, że w głębokim poważaniu mają klienta. Dowodem tego jest kilkukrotna blokada kont należących m.in. do Wikileaks oraz Cryptome. Jest to szczególnie interesujące, gdy weźmie się pod uwagę charakter działalności ww. serwisów - specjalizują się one w publikacji wszelkiego rodzaju dokumentów, które z pewnych względów nie powinny ujrzeć światła dziennego.

Pieniądze nie są tylko i wyłącznie wyznacznikiem wartości. Pieniądze reprezentują również zaufanie, czego świadoma jest każda instytucja aspirująca do bycia bankiem. Ja już straciłem zaufanie do PayPala i nie zamierzam im powierzać żadnych moich pieniędzy bez względu na to, czy to, co robią jest zgodne ze stosowanymi przez nich umowami. Co więcej, chcę także, aby inni dowiedzieli się o tym, jakie praktyki stosuje PayPal. Nawet grosz staje się bronią, gdy posługują się nim miliony osób.

Miniblog: Forex

2009-12-18, Piątek 01:18:52 +0100, autor Karol „Zal” Zalewski, licencja LPRCTKC

Już pierwsze chwile spędzone z rynkiem walutowym Forex, przerywane jedynie dźwiękiem zegara wybijającego kolejne godziny, pozwoliły mi na wyrobienie sobie opinii na jego temat. Uświadomiłem sobie, że zdobywanie, lub utrata miedziaków nie powinna sprawiać przyjemności, której poziom może się równać jedynie tej towarzyszącej wrzucaniu kolejnej monety do jednorękiego bandyty. To niezdrowe.

Co nie zmienia faktu, że perspektywa podwojenia zainwestowanej kwoty w ciągu kilku minut jest niezwykle kusząca.

Miniblog: Prawo podatkowe

2009-12-16, Środa 20:35:56 +0100, autor Karol „Zal” Zalewski, licencja LPRCTKC

Zajęcia dot. prawa podatkowego miałem już jakiś czas temu na kierunku zarządzanie. Wbrew pozorom były to całkiem miło prowadzone zajęcia, a materiał na nich prezentowany nie był trudny do ogarnięcia. I wszystko byłoby piękne, gdyby nie to, że ze względu na uzyskane dochody (niewielkie, ale zawsze) muszę się zapoznać się z dwoma tematami. Jeden z nich wymagał sięgnięcia po ustawę dot. podatku dochodowego od osób fizycznych.

A teraz czas na gorzkie żale - znalezienie tego potworka o nazwie „Ustawa z dnia 26.07.1991 r. o podatku dochodowym od osób fizycznych” w wersji ujednoliconej to jakaś makabra. Okazało się jednak, że samo jej znalezienie to tylko połowa sukcesu. Przebrnięcie przez nią powoduje niewyobrażalny ból przeszywający trzewia. Czy udało mi się dociec prawdy? Może. Czytanie tych tekstów jest gorsze, niż ręczne rozwiązywanie zależności między paczkami w Slackwarze. Proste prawo? To obecne nawet obok takowego nie leżało.

Jak walczyć z handlem narkotykami?

2009-11-20, Piątek 10:49:33 +0100, autor Karol „Zal” Zalewski, licencja LPRCTKC

W wielu miejscach świata handel narkotykami to poważny problem. Do tej pory próbuje się walczyć zarówno z producentami środków odurzających, jak i z ich użytkownikami. Nie muszę wspominać, że nie udało się to zarówno w przypadku pierwszej, jak i drugiej grupy. Bez względu na to, jakie rezultaty przynoszą takie działania z pewnością wymagają one dużego nakładu pracy i - co za tym idzie - również pieniędzy. W związku z tym uważam, że jest to działanie nieefektywne i proponuję inne rozwiązanie.

Na samym początku poczyńmy dwa założenia. Pierwsze z nich brzmi następująco - zawsze znajdą się osoby chętne do zakupienia nielegalnych substancji. Drugie założenie - zawsze znajdzie się osoba, lub grupa, która z chęcią dostarczy pożądanego przez rynek specyfiku za cenę, która zrekompensuje wysokie ryzyko produkcji. Patrząc na problem handlu narkotykami z powyższej perspektywy łatwo zauważyć, że próba usunięcia producentów nie ma większego sensu. Producenci są kreowani przez zapotrzebowanie na narkotyki, a tego ostatniego wyeliminować się nie da. Jedyne, co możemy zrobić to zastanowić się, czy można walczyć z samym zjawiskiem sprzedaży substancji tego typu. Uważam, że jest to możliwe, a tym samym istnieje możliwość ograniczenia dochodów organizacji przestępczych.

Moim zdaniem rozwiązania są co najmniej dwa - jednym z nich jest legalizacja handlu narkotykami. Zwiększy to dostępność narkotyków, zmniejszy ich cenę i w dużej mierze ogranicz nielegalny obrót. Ale nie o to nam przecież chodzi. Przede wszystkim wymagałoby to zbyt wielu zmian w prawie oraz wywołałoby sprzeciw ze strony wielu środowisk. Drugie proponowane przeze mnie rozwiązanie jest zdecydowanie bardziej zabawne.

Co posiada najwyższą wartość w społeczeństwie informacyjnym? Pytanie retoryczne. Wiedza i informacja. Wykorzystajmy łatwość komunikacji jaką oferuje nam współczesna rzeczywistość. Wyeliminujmy zjawisko handlu narkotykami poprzez połączenie roli odbiorcy z producentem. A czego brakuje odbiorcy, aby mógł się on stać producentem? Przede wszystkim wiedzy. Proponuję zatem, aby w możliwie największym stopniu ułatwić ludziom dostęp do informacji na temat tego, jak tanio, szybko i bezpiecznie produkować narkotyki w domowym zaciszu. Takie rozwiązanie sprawiłoby, iż handel stałby się po prostu nieopłacalny. Zbyt niewielu potencjalnych kupców zmusiłoby sprzedawców do obniżenia ceny, która pod taką postacią nie rekompensowałaby związanego z tym ryzyka.

Jakie widzę luki w tym pomyśle? Brak wiedzy. Oferowane przepisy na narkotyki musiałyby umożliwiać produkcję tanią, łatwą, szybką i bezpieczną dla zdrowia, o ile w ogóle przy narkotykach można mówić o bezpieczeństwie. W związku z tym półprodukty niezbędne do ich produkcji musiałyby być łatwo dostępne. Uważam jednak, że w dalszym stopniu zawiera się to w problemie braku wiedzy i niedostatecznej jej dystrybucji. Ba! Można byłoby nawet na tym zarobić sprzedając np. pakiety „zrób to sam” złożone z przepisów produkcji oraz zupełnie legalnych substancji niezbędnych do ich wykonania.

Dostatecznie szalony pomysł, aby go zrealizować?

Jak wdrożyć GTD w życie? Tracks!

2009-10-31, Sobota 21:54:17 +0100, autor Karol „Zal” Zalewski, licencja LPRCTKC

Collect. Process. Organize. Review. Do.

O metodzie Getting Things Done pisało już wielu. Również i ja nie będę tego robić pierwszy raz. W telegraficznym skrócie - GTD jest metodą organizacji czasu, której celem jest odciążenie naszej pamięci przy jednoczesnym zachowaniu wysokiej efektywności. W artykule na Wikipedii znajduje się opis tego, z jakich procesów się ona składa. Co ciekawe, jej wdrożenie nie wymaga żadnego urządzenia elektronicznego, ale trzeba przyznać, iż wykorzystanie właściwego oprogramowania zdecydowanie ułatwia korzystanie z niej. Z tego też względu poniżej znajduje się krótki opis mojej przygody z wdrażaniem GTD w życie oraz aplikacji (w świecie Linuksa), która okazała się być rozwiązaniem bliskim ideałowi.

Historia zaczęła się od zabawy z moim ulubionym edytorem tekstu, czyli Emacsem oraz dodatkiem Org-mode. Org-mode jest godny polecenia - świetnie nadaje się do tego, do czego został stworzony. Pomimo wysokiego początkowego kosztu związanego z nauką jego obsługi warto się nim zainteresować z tego względu, iż minimalizuje późniejszy koszt (czas to pieniądz) np. tworzenia notatek. Pod tym względem jest podobny do LaTeX-a, którego nauka również potrafi na początku odstraszyć osoby przyzwyczajone do Microsoft Worda, lub OpenOffice.org Writera. Nie zmienia to jednak faktu, że przystosowanie Org-mode do GTD jest pracochłonne i do tego akurat zadania nie nadaje się on najlepiej. Zależy nam przecież na wydajnym działaniu, a nie na przyjemności wynikającej z samej możliwości zarządzania czasem.

Kolejnym moim krokiem były poszukiwania czegoś, co przypominałoby systemy typu Wiki. Jak się okazuje, dużą popularność pośród zwolenników takich rozwiązań zyskały modyfikacje TiddlyWiki, czyli Wiki mieszczącej się w pojedynczym pliku będącym połączeniem HTML-a, JavaScriptu oraz danych użytkownika. Ma to taką zaletę, że jest to rozwiązanie zupełnie niezależne od systemu operacyjnego. Wystarczy jedynie posiadać przeglądarkę WWW. Natomiast synchronizację między wieloma komputerami można uzyskać korzystając np. z DropBoksa, Ubuntu One, lub serwisu TiddlySpot. Samo TiddlyWiki może służyć do GTD, ale lepiej skorzystać z czegoś, co zostało stworzone do współpracy z tą metodą, a bazuje na wspomnianym systemie Wiki. Mowa m.in. o MonkeyGTD. Całość nie przypadła mi jednak do gustu - narzędzia tego typu są stosunkowo trudne w obsłudze i mało przejrzyste. A przecież nie tego oczekuje się od rozwiązania, które samo w sobie ma ułatwiać życie.

Przez chwilę zastanawiałem się również nad zastosowaniem ThinkingRock. Szybko jednak uznałem, że pomimo dużej sympatii do Javy niekoniecznie chcę korzystać z takiego molocha przy zabawach z organizacją mojego czasu. Nie wspominając o tym, iż przejrzystością ThinkingRock przypomina raczej węgiel, niźli diament.

Tracks - webowa aplikacja GTD na GTDify

I tutaj pojawiła się myśl - może jakaś aplikacja webowa? Najlepiej coś należącego do świata FLOSS, ale na tyle popularnego, aby można było znaleźć darmowy serwis udostępniający ją jako SaaS. Remember the Milk odpadał w przedbiegach ze względu na kryterium wolności oprogramowania. Okazało się jednak, że warunki te spełnił tytułowy Tracks (Ruby on Rails) oraz portal GTDify (można też skorzystać z Tracks.tra.in). I w tym oto momencie doszedłem do rozwiązania, z którego korzystam od jakiegoś już czasu i chwalę je sobie.

Otwarta (GPL), prosta w obsłudze i, co najważniejsze, praktyczna aplikacja. Do każdego miejsca można dostać się przy pomocy maksymalnie trzech kliknięć. Co więcej, posiada wsparcie wsparcie nie tylko dla kontekstów oraz projektów, ale również tagów. Jedno spojrzenie wystarcza do tego, aby szybko stwierdzić, co i na kiedy należy zrealizować, a dodawanie zadań jest przede wszystkim szybkie. Gdyby przeglądarka WWW nie wystarczała to zawsze istnieje możliwość skorzystania z różnego rodzaju feedów XML, iCal, lub tekstowych. Istnieje również możliwość eksportu danych (chociaż z importem jest już nieco gorzej).

Dobrze wdrożony GTD naprawdę ułatwia życie.

Co zyskuję studiując?

2009-10-25, Niedziela 22:13:11 +0100, autor Karol „Zal” Zalewski, licencja LPRCTKC

Nie wiedzieć czemu, zebrało mi się ostatnio na przemyślenia związane z tym, co do tej pory w życiu osiągnąłem. Z racji wybranego tematu nie były to przemyślenia szczególnie długie, ale z pewnością owocne. Bo jak inaczej określić stwierdzenie, iż te kilka lat studiów to nie są wcale „wieki ciemne” mojego życia?

Zacznijmy może od tego, iż studentem jestem obecnie od około 4 lat. Studiuję informatykę, co jest zgodne z moimi zainteresowaniami oraz wizją przyszłego życia zawodowego. Aby nie było zbyt prosto - od półtora roku męczę równolegle z informatyką również zarządzanie. Dlaczego akurat zarządzanie? O tym nieco później, teraz skupię się na macierzystym kierunku. Idąc na studia myślałem głównie o tym, iż będą one doskonałym źródłem wiedzy, pozwolą na rozwinięcie moich zainteresowań, a przy okazji okażą się furtką do wymarzonej pracy, która pozwoli mi na utrzymanie siebie samego oraz mojej rodziny. Czas zweryfikował moje poglądy na te kwestie.

Przede wszystkim - studia nie gwarantują pracy. Obecnie to papierek wymagany przez wielu, a w gruncie rzeczy mający niewielkie znaczenie. Przez rozsądniejszych pracodawców jest on weryfikowany w trakcie rekrutacji. A przez tych najrozsądniejszych w ogóle nie jest brany pod uwagę (ew. w niewielkim stopniu). I wcale się nie dziwię widząc to, co dzieje się na uczelniach oraz w rocznikach statystycznych. Tak, czy inaczej - studia nie gwarantują dobrze płatnej pracy, ale z pewnością nie zaszkodzą przy jej uzyskaniu.

Po drugie - czy studia są doskonałym źródłem wiedzy? Źródłem wiedzy - owszem. Doskonałym? Nie sądzę. Do tej pory pamiętam może kilka zajęć godnych uwagi, dobrze prowadzonych i przekazujących sporą dawkę wiedzy. Co więcej, wiele osób, które znam ma podobny pogląd na ten aspekt studiowania. Studia dają pewne podstawy, udostępniają wiedzę szeroką, lecz płytką. Wiedzę, która w życiu zawodowym najczęściej na niewiele się zdaje. Ale jak się okazuje - nie to jest najważniejsze.

Po trzecie - rozwój zainteresowań. Do tej pory było smutno, konfrontacja licealnych marzeń z rzeczywistością zdecydowanie nie służyła tym pierwszym. Natomiast teraz sytuacja uległa zmianie. Odnoszę wrażenie, że studia były i nadal są dla mnie bodźcem do tego, aby rozwijać siebie oraz swoje zainteresowania. I to na różnych płaszczyznach. Wszelkiego rodzaju grupy zainteresowań, organizacje studenckie itp. są tym, co może konkurować z połączeniem „studia i praca”. To właśnie dzięki studiom zainteresowałem się wolnym i otwartym oprogramowaniem. Przekonałem się do Linuksa, LaTeX-a, XMPP, wolnych standardów i programowania. Nie często ma się też okazję organizacji imprezy na ponad 500 osób i wydania na ten cel około 30 000 złotych. Do tego dochodzi praca w grupie i umiejętność jej organizacji. Praktyki? Doskonała okazja do określenia tego, gdzie nie chce się w przyszłości pracować.

Dobre studia to prawdopodobnie dobry sposób myślenia. Nawet jeśli oznacza to, że zaczynam powoli myśleć po angielsku i sceptycznie spoglądać na to, co mnie otacza. Oczywiście, studia nie są elementem koniecznym do tego, aby taki stan umysłu osiągnąć, ale pomagają w tym. Dlatego też studiuję zarządzanie i jako specjalizację wybrałem SBE&M - kto inny zapewni mi taki kurs angielskiego i to za darmo? Kto inny zaszczepi wolę samodzielnego myślenia i działania?

Podsumowując - studia dały mi wszystko to, czego wcześniej nie obiecywały i niewiele z zakresu, który miały mieć na szczególnym względzie. Nie oznacza to jednak, że uważam to za czas stracony. Wręcz przeciwnie.

Wakacyjne porządki i drobne zmiany

2009-09-02, Środa 12:30:41 +0200, autor Karol „Zal” Zalewski, licencja LPRCTKC

U mnie, jak widać, trwają jeszcze wakacje. Jednak już czuję, że zbliża się rok akademicki, a przynajmniej wrześniowa sesja poprawkowa. Wystarczy spojrzeć na pokój, który przeżył gruntowne porządki. Pewnie większość z Was zna to uczucie, kiedy wszechobecny „artystyczny nieład” zaczyna irytować tuż przed tym, jak mamy chwycić książkę, skrypt, lub notatki i zasiąść do nauki. Niech żyje prokrastynacja!

W trakcie pracy nie tylko zrobiłem sporo miejsca na biurku, ale również wyrzuciłem cały worek starych i nieprzydatnych mi już dokumentów. Co więcej, okazuje się, że nie odebrałem paszportu - od roku leży w urzędzie i czeka na mnie. Znalazłem również dokumenty związane z moim kursem prawa jazdy. Kursem, którego początek miał miejsce trzy lata temu, z dokładnością do tygodnia. Wypadałoby go kiedyś skończyć i to najlepiej w tym miesiącu. Szczególnie, że przeszkadza mi brak mobilności.

Przy okazji robienia porządków uznałem, że czas na zmiany również w zakresie posiadanego oprogramowania. Po pierwsze - netbooki, a już z pewnością ten, którego używam, nie nadają się do pracy z całkowicie zaszyfrowanym dyskiem. Operacje I/O je wykańczają. Trzeba z tym skończyć i nieco rozsądniej szyfrować dane na netbooku. Po drugie - irytuje mnie zasobożerność aplikacji, z których korzystam. Za każdym razem, gdy widzę zużycie zasobów przypominają mi się czasy sprzed dekady, kiedy to kupowałem kości RAM-u o pojemności 128, lub 256 mebibajtów. Co z tego, że teraz posiadam 3 gibibajty oraz dwurdzeniowy procesor, kiedy wtedy komfort pracy był wyższy? Czas na zmiany, przede wszystkim w zakresie środowiska graficznego. Czas wymienić GNOME na coś lżejszego, przy czym Xfce może nie być wystarczająco lekkie. Dystrybucja (Ubuntu) pozostaje bez zmian, ale trzeba ją zoptymalizować do wydajnej pracy.

Na samo zakończenie chciałbym wspomnieć, że eksperyment polegający na zapoznaniu się z wolną muzyką jest przyjemniejszy, niż sądziłem. Na chwilę obecną czas umila mi album „Between two worlds”, którego twórcą jest Maya Filipič. Muzyka fortepianowa - spokojna, melodyjna i pogodna. Godna polecenia. Przy okazji warto nadmienić, że praca z Rockboksem jest niezwykle przyjemna. Nie sądziłem, że oprogramowaniem w przenośnym odtwarzaczu może być aż tak istotne.

Zrozumieć niepewność

2009-07-29, Środa 18:49:29 +0200, autor Karol „Zal” Zalewski, licencja LPRCTKC

Słyszeliście kiedykolwiek o „problemie sekretarki”? Nie? A chcecie się dowiedzieć, jak wybrać najlepszego partnera/partnerkę na resztę swego życia? Jeżeli tak, to zapraszam do lektury.

David Spiegelhalter to znany angielski statystyk, profesor pracujący na Uniwersytecie Cambridge będący jednym z najczęściej cytowanych matematyków na świecie w ciągu ostatniej dekady. Dlaczego o nim mowa? A to dlatego, iż to właśnie on zajmuje się czymś, co zowie się „public understanding of risk”. Innymi słowy, troszczy się on o to, aby ludzie mieli świadomość tego, jak ważna jest w ich życiu statystyka oraz ryzyko i niepewność. I właśnie w celach stricte edukacyjnych powstała strona, a właściwie blog, UnderstandingUncertainty.org prowadzona przez profesora Spiegelhaltera. A co na niej znajdziemy?

Zabawnie jest czytać o tym, jak jeden z profesorów typował wyniki w brytyjskiej „Premier League” korzystając jedynie z prostego modelu opartego na statystyce. Bez posiadania żadnej wiedzy na temat piłki nożnej poradził sobie z tym znacznie lepiej, niż doświadczony komentator. A to nie wszystko, co znajduje się na wspomnianej stronie. Można się np. dowiedzieć o tym, iż najwięcej morderstw w Londynie popełnia się w soboty, czy też o tym, co i jak wpływa na długość naszego życia. Czy wiecie, że w ciągu ostatniego ćwierćwiecza przeciętna długość życia wydłużyła się o niemal 6 lat, a niewłaściwa dieta, nadużywanie alkoholu, palenie oraz brak aktywności fizycznej skracają je średnio o 15 lat?

Na początku wspomniałem o „problemie sekretarki”. Na czym on polega? Wyobraźcie sobie poszukiwania partnerki, lub partnera idealnego, z którym chcielibyście zawrzeć ślub. Kim jest? Pierwszą osobą, którą poznacie? A może drugą? A co się stanie, gdy kolejne będą gorsze, niż pierwsza, do której wrócić już nie możecie? Matematycy rozwiązali ten problem już jakiś czas temu. Wystarczy poznać określoną liczbę partnerów, a następnie związać się z kolejnym partnerem, który będzie nam bardziej odpowiadać, niż najlepszy partner spośród tejże „grupy kontrolnej”. Między innymi tego typu problemami zajmuje się „professor of Risk” w Cambridge, czyli właśnie David Spiegelhalter.

Szczerze polecam lekturę UnderstandingUncertainty.org. Jest to naprawdę doskonałe popularnonaukowe źródło wiedzy. Interesującej i przystępnie podanej wiedzy.

Prezentacje w dobrym stylu: LaTeX i Beamer

2009-07-24, Piątek 18:47:57 +0200, autor Karol „Zal” Zalewski, licencja LPRCTKC

Gdyby ciężka praca prowadziła do bogactwa, to najbogatsi byliby niewolnicy.

Jestem leniwy. Skrajnie leniwy. Wszelkiego rodzaju zadań podejmuję się tylko dlatego, iż wiem, że dzięki temu będę mógł być na starość jeszcze bardziej leniwym człowiekiem. Zależy mi na ich prostym, szybkim i precyzyjnym wykonaniu. Ludzie leniwi nie znoszą konieczności poprawy tego, co już raz zrobili. To zajęcie dla osób pracowitych.

Ostatnimi czasy tworzę dziesiątki prezentacji. Zależy mi na tym, aby nie wkładać w ich tworzenie zbyt wiele wysiłku, a przy okazji chcę, aby wyglądałby profesjonalnie. Staram się, aby slajdy były estetyczne, czytelne i wartościowe, a zarazem stanowiły tło tego, co mówię i objaśniam. Ja myślę o treści, a komputer ma się troszczyć o formę. OpenOffice.org Impress jest dobry, ale... mało efektywny. Istnieje jednak lepsze rozwiązanie.

Ile to już razy wspominałem, że uwielbiam TeX-a i wszystko, co jest z nim związane (LaTeX, XeLaTeX itp.)? A o tym, że Beamer (z moim ulubiony stylem) to narzędzie dla najbardziej leniwych prezenterów? Pewnie dziesiątki razy, ale nie zaszkodzi kolejny raz o tym wspomnieć. Może zyska kilku nowych użytkowników.

Polecam Beamera! Świetnie radzi sobie z prezentacjami. W gruncie rzeczy jest to rozwiązanie idealne - szybkie, proste i, co najważniejsze, skuteczne. Na początku wymaga nieco wysiłku, ale ludzie leniwi wiedzą, że początkowy koszt nie jest tak istotny jak późniejszy zysk. To inwestycja.

Miniblog: Planowanie, planowanie, planowanie...

2009-07-19, Niedziela 18:56:19 +0200, autor Karol „Zal” Zalewski, licencja LPRCTKC

Różni ludzie korzystają z różnych metodyk zarządzania czasem. Jedni stosują intuicyjne rozwiązania, które można byłoby humorystycznie określić mianem JIT, a w rzeczywistości nawiązujące do „carpe diem”. Jeszcze inni stosują bardziej rozwinięte metodyki w stylu GTD, czy też ALPEN. Określamy priorytety oraz podejmujemy decyzje. Jaki element planowania jest najważniejszy?

Uważam, iż to właśnie dobór odpowiednich perspektyw czasowych jest najważniejszy. Planujemy dni, tygodnie, miesiące, lata, czy też nawet dekady. Wiemy, jakie mamy cele i co chcemy osiągnąć na przestrzeni lat. To istotne, przecież nie jestem muszką owocówką. Dlatego też raz na jakiś czas zdarza mi się przysiąść nad kartką papieru i po prostu zaplanować przyszłość.

Starsze wpisy |