W ramach intelektualnej gimnastyki powracam do czytania książek. Terry Pratchett pod postacią najnowszej książki pt. „Łups!” (a w tle „Making money” w oryginale), opowiadania Lema oraz kultowe książki Douglasa Adamsa. Chcę jeszcze znaleźć w bibliotece „Neuromancera” Williama Gibsona, jako pracę na bazie której wykształcił się cyberpunk. Ale nie o tym to ja chciałem napisać.
Eric Raymond to nietypowa postać. Przede wszystkim jest on zwolennikiem otwartego oprogramowania, libertarianinem (a właściwie anarchistą) oraz programistą, którego moglibyśmy nazwać hackerem. To, co mnie natomiast zainspirowało do napisania niniejszego wpisu oraz nadania mu takiego, a nie innego tytułu, to esej pt. „The Cathedral and the Bazaar”. Artykuł na Wikipedii dot. tego tekstu jest dobry. Dlaczego zaś wspominam o samym eseju? Jest ważny. W szczególności dla osób, które chcą poznać przyczyny dla których cały proces związany z tworzeniem oprogramowania Open Source sprawdza się w rzeczywistości. Polecam.
Dlaczego jestem anarchistą?
„The Rise and the fall of the Third Reich” Williama Shirera to jedna z najbardziej wstrząsających książek, jakie kiedykolwiek napisano. To, co najbardziej w niej przeraża, to nie opisy niewyobrażalnych wręcz zbrodni, lecz następująca obserwacja:
19 sierpnia 1934 roku 95% Niemców uprawnionych do głosowania poszło do urn i 90% z nich (38 milionów) głosowało za oddaniem w ręce Adolfa Hitlera całkowitej władzy nad Niemcami. Tylko 4,25 milionów ludzi głosowało przeciwko przeobrażeniu państwa w reżim totalitarny.
Program Hitlera nie był niczym tajnym, tajemnicy nie stanowiły też środki za pomocą których naziści chcieli go zrealizować. Te 38 milionów osób głosowało za „Main Kampf”, ustawami norymberskimi, odrzuceniem Traktatu Wersalskiego i Nocą Kryształową, a przewaga ich głosów była miażdżąca.
Nie powinno nas dziwić, iż fakt ten umknął uwadze akademickich historyków i politologów. Nikt rozsądny nie podcina wszak gałęzi na której siedzi, zaś dogłębna analiza tego zdarzenia musiałaby doprowadzić do radykalnej krytyki założeń leżących u podstaw nowoczesnych demokracji.
Niemieckie wybory z 1934 roku dobitnie wykazują, iż konstytucyjna demokracja nie jest nie tylko w stanie chronić indywidualnych wolności, ale i zapobiec eksterminacji własnych obywateli. Fakt ten winien być szczególnie znamienny dla obywateli Stanów Zjednoczonych, gdyż konstytucja Republiki Weimarskiej jest niemalże wierną kopią ich własnej ustawy zasadniczej.
Amerykański model konstytucyjnej demokracji został opracowany przez Ojców Założycieli, gdyż wszystkie wcześniejsze próby ograniczenia władzy państwa zawiodły. Werdykt historii jest w tej kwestii jednoznaczny i w stu procentach zgodny ze słynnym dictum Winstona Churchilla - „demokracja jest najgorszą formą rządów... za wyjątkiem wszystkich znanych do tej pory ustrojów”.
Ale konstytucyjna demokracja jakkolwiek stanowi krok na przód, nie chroni ludzi przed ich własną głupotą i krótkowzrocznością. I nie jest to jakaś szczególnie nowatorska konstatacja. Już dwieście lat temu zauważył to Gibbon w swej wiekopomnej rozprawie „Decline and Fall of the Roman Empire”.
Upadek Republiki Weimarskiej stanowi dowód na to, iż demokracja jest systemem niestabilnym i podatnym na wstrząsy. Nowocześni, wykształceni ludzie żyjący w samym sercu Zachodniej Kultury za namową utalentowanego demagoga zrezygnowali ze swych swobód i skazali miliony swych współobywateli na okrutną śmierć.
Świadomość tego faktu rodzi oczywiste pytanie - jeśli konstytucyjna demokracja upadła tak katastrofalnie nisko - to jaki system mógłby ją skutecznie zastąpić?
Od czasów Maxa Webera ludzie wielokrotnie redefiniowali pojęcie państwa, nikomu jednak nie udało się stworzyć równie przekonywującej definicji - państwo to organizacja mająca na danym terytorium monopol na zorganizowaną przemoc. Problem idealnego rządu sprowadza się więc do odpowiedzi na pytanie - kto jest osobą na tyle zaufaną byśmy bez obaw mogli mu powierzyć sprawowanie władzy?
Całe wieki doświadczeń nauczyły nas, iż królowie, księża i autokraci wszelkiej maści nie sprostali naszym standardom, zawiedli nas również przedstawiciele arystokracji i oligarchowie. Jakobiński terror uświadomił nam, iż suwerenny lud nie skrępowany konstytucyjnymi ograniczeniami może być równie niebezpieczny, jak najgorszy nawet tyran.
Okrutna lekcja weimarskiej demokracji wykazała, iż konstytucja jest bezużyteczna. Nie trzeba zresztą odwoływać się do przykładu niemieckiego, by dojść do podobnego wniosku wystarczy przyjrzeć się historii Stanów Zjednoczonych. Każdy uczciwy człowiek przyzna wszak, iż Ojcowie Założyciele nawet w najgorszych snach nie przewidywali, iż ich potomkowie będą zginać kark przed rozdętą ponad miarę biurokracją i padać na kolana przed bezwzględnym poborcą podatkowym. Przykład Niemiec jest jednak o tyle bardziej nośny, iż nawet ci, którzy gotowi są bronić amerykańskiego rządu chylą czoło przed zbrodniami nazistów.
Pytanie, które nasunęło mi się po przeczytaniu książki Shirer’a nie dawało mi spokoju przez całe lata. Zbladły przy nim wszystkie inne problemy polityki - możemy wszak racjonalnie dyskutować na temat uprawnień państwa, chłodno ważyć argumenty za i przeciw jakimś nowym uprawnieniom rządu, nie da się jednak w żaden sposób przejść do porządku dziennego nad możliwością przekształcenia państwa opiekuńczego w morderczą maszynę.
Jeśli nie istnieje żaden instytucjonalny kaftan bezpieczeństwa chroniący przed szaleńcami u władzy, czy odpowiedzią na nasze bolączki nie jest „brak władzy”? Czy musimy całkowicie odrzucić scentralizowaną władzę państwową by zapobiec przyszłym Treblinkom i Oświęcimiom? Oto rada dla anarchistów - jeśli nie możemy całkowicie wyeliminować przemocy z życia społecznego, pozbawmy chociaż przyszłych Hitlerów dostępu do jej zinstytucjonalizowanego ramienia - zorganizowanych armii, państwowego przymusu i instrumentów masowej zagłady.
Amerykańscy Ojcowie Założyciele sądzili, że znaleźli skuteczny sposób na powstrzymanie degeneracji rządów w patologiczne monstra - zapewnij obywatelom powszechny dostęp do broni i wpój im przekonanie, że zbrojny opór wobec tyrańskiej władzy jest ich patriotycznym obowiązkiem. Gdyby Thomas Jefferson żył w dwudziestym wieku nie mógłby się nadziwić, jak to się stało, iż niemieccy Żydzi i Cyganie nie wzniecili rewolty, gdy nazistowski rząd nakazał im oddanie broni - i co istotniejsze - dlaczego inne cywilizowane narody nie dostrzegły w tej konfiskacie zapowiedzi nachodzącego Holocaustu.
Tymczasem rozbrojeni nie mogli skutecznie przeciwstawić się upychaniu ich w pociągach do śmierci. Fatalna niestabilność systemu demokratycznego doprowadziła do zagłady dwunastu milionów ludzi. Ja zaś nie dostrzegam w amerykańskim systemie niczego, co mogłoby zapobiec przyszłemu Holocaustowi. Na moją optykę szczególnie niekorzystnie wpływa fakt wykorzystywania amerykańskich chłopców do rozbrajania ich współobywateli i tym samym pozbawiania ich konstytucyjnej ochrony przed tyrańskim rządem.
Jestem przekonany, iż żadna metoda utrzymywania w ryzach arogancji rządzących nie spełni pokładanych w niej oczekiwań - olbrzymia większość ludzi zbyt łatwo zawierza propagandzie rządu by skutecznie bronić własnych praw.
Właśnie dlatego jestem anarchistą.