] > Karol „Zal” Zalewski - Blog - http://blog.4zal.net/kategoria/zainteresowania/

Miniblog: Trasa koncertowa Theriona

2010-09-03, Piątek 15:10:40 +0200, autor Karol „Zal” Zalewski, licencja LPRCTKC

Mógłbym sobie odpuścić koncert Metalliki, Rammsteina, czy też Nightwisha. Ale na wszelkie bóstwa Babilonu, spotkania z Therionem w tym roku sobie nie daruję. Szczególnie, że na dniach ukaże się nowy ich album „Sitra Ahra”. Koncert ma się odbyć 28 listopada (niedziela) w Krakowie, a dzień później kolejny tym razem w Warszawie. Ja się wraz z Martą wybieram do Wa-wy. Bilety w przedsprzedaży kosztują 90 złotych. Ktoś jeszcze wybiera się na niego?

Swoją drogą w Polsce niedługo grać też będzie Blind Guardian (Warszawa, 19 października). Równie kusząca opcja chociaż w tym przypadku wąż w kieszeni jest bardziej jadowity. Osobom z Trójmiasta przypominam też, że już 11 września w Wejherowie za darmo zagra Hunter.

Miniblog: Czarny humor

2010-08-29, Niedziela 09:01:59 +0200, autor Karol „Zal” Zalewski, licencja LPRCTKC

Czym różni się państwo od mafii?

Mafia jest lepiej zorganizowana.

Miniblog: (No)?life

2010-08-25, Środa 16:52:25 +0200, autor Karol „Zal” Zalewski, licencja LPRCTKC

Pogłoski o mojej śmierci były mocno przesadzone.

Mark Twain

W ciągu ostatnich kilku miesięcy moja aktywność na blogu znaczącą zmalała. Nic w tym dziwnego - po niemal 4 latach pisania (pierwszy wpis opublikowałem 2006-09-23) dotychczasowy pomysł na dziennik miał prawo się znudzić. Nie pomagają tutaj również sprawy, które mam ostatnimi czasy na głowie. Wygląda na to, że albo zmieni się forma bloga, albo umrze on śmiercią naturalną.

Bądź, co bądź, w przerwach między pisaniem pracy magisterskiej postanowiłem powrócić do zajęć, które swego czasu sprawiały mi sporo przyjemności. Dzięki radiu Nectarine przypomniałem sobie o zabawach z Commodore C64 - mam zamiar w dalszym stopniu męczyć GoatTrackera (SID!) oraz VICE. Chociaż wątpię w to, abym mógł się szybko pochwalić efektami - to, że zabawa trackerem sprawia mi przyjemność nie oznacza jeszcze tego, że efekty są miłe dla ucha. Powracam również do czytania fantastyki (tego mi zdecydowanie brakowało), skakania na DDR (zawsze to jakaś forma ruchu) oraz mam nadzieję na to, że znajdę czas na rozegranie kilku partii Magic: The Gathering, pomimo tego, że obecnie mam jedynie standardową talię do 10 edycji. Nie zapominajmy też o gotowaniu - ostatnio eksperymentuję z kuchnią wegetariańską bazującą na świeżych ziołach i muszę przyznać, że jest to bardzo wdzięczne zajęcie.

W ramach anegdotki - wygląda na to, że po prawie 4 latach od momentu rozpoczęcia pierwszego kursu na prawo jazdy dostanę w końcu swoją „licencję na zabijanie”. Trochę czasu musiało upłynąć nim zrozumiałem, że tak właściwie to lubię siedzieć za kierownicą. Chociaż to stwierdzenie nie jest aż tak szczere, jak niechęć do kapryśnej i dostarczającej nieprzyjemnych wrażeń estetycznych komunikacji publicznej.

Neutralność Sieci z punktu widzenia libertarianina

2010-08-21, Sobota 12:55:04 +0200, autor Karol „Zal” Zalewski, licencja LPRCTKC

Moja koncepcja Sieci? To proste. Każdy pakiet danych powinien być traktowany tak samo. Bez względu na to, skąd pochodzi, gdzie jest kierowany i co zawiera. Takie podejście nie jest jednak wolne od pewnych problemów związanych z szeroko pojętą wolnością. Czy da się taką koncepcję Sieci pogodzić z libertarianizmem?

Wolny rynek to wspaniała idea. Niestety, obecna rzeczywistość nadal nijak się ma do tej koncepcji, co doskonale widać w momencie, gdy spojrzy się na takie zjawiska, jak np. dotacje i inwestycje państwowe, koncesje, podatki itp. Działania te w znaczący sposób wpływają na to, jaki rodzaj struktury rynkowej jest wykształcany w danej branży, w danym czasie i miejscu. Problem polega jednak na tym, że samo istnienie wolnego rynku również nie gwarantuje istnienia tak pożądanej przez nas konkurencji doskonałej. Bardzo łatwo można sobie wyobrazić wszelkiej maści monopole, oligopole, monopsony, oligopsony itp. nieprzyjemne na dłuższą metę formy rynku, których istnienie wynika po prostu ze specyfiki oferowanego towaru lub usługi. Przykład? Dostawcy usług polegających na wzajemnej komunikacji osób z niej korzystających, czyli m.in. oferta dostępu do Internetu. Proszę zauważyć, że koszt stworzenia infrastruktury oraz ograniczona liczba potencjalnych abonentów stanowią ogromną barierę wejścia na rynek. Czy konkurent pozyska klientów, gdy będzie musiał wybudować własną infrastrukturę, a jego klienci nie będą mogli kontaktować się z abonentami dotychczas funkcjonującej na danym terenie sieci? Przecież nie przejdę do nowego operatora, gdy będzie to oznaczało, że stracę kontakt z moją rodziną oraz znajomymi. Scenariuszy może być wiele, ale szczególnie w przypadku sieci naziemnych bardzo łatwo o sytuację, kiedy to potencjalny klient ma tylko dwa wyjścia - może skorzystać z usługi na warunkach monopolisty lub w ogóle z niej nie korzystać. A to z pewnością nie przyczynia się do uzyskania stanu, w którym to Sieć zachowałaby swoją neutralność.

Nie istnieje Internet polski, niemiecki, czy też amerykański. Internet, co wynika z samej definicji, jest tylko jeden. I to właśnie ze względu na swój globalny charakter oraz wykorzystane technologie jest czymś, co sprawia duże kłopoty. Szczególnie tym, którzy uważają za niezbędne istnienie możliwości kontroli treści przesyłanych przy jego pomocy. Państwom zależy m.in. na usunięciu anonimowości, wytwórniom muzycznym na zaprzestaniu wymiany materiałami chronionymi prawem autorskim, a pan Józio z klatki B chciałby, aby jego dzieci (i tylko one) nie miały dostępu do pornografii. Bez problemu znajdziemy jeszcze wiele innych grup, których interesy związane są z Internetem i blokowaniem dostępu do treści w nim zawartych. Wszystkie one dobrze wiedzą, że usunięcie czegoś z Internetu jest problematyczne chociażby ze względu na jego rozległość. Dlatego też zdecydowanie łatwiej jest nałożyć ograniczenia na usługę, jaką jest dostęp do Internetu.

Przyjmijmy na chwilę, że mamy do czynienia z wolnym rynkiem, co oznacza, że nie musimy się obawiać ingerencji państwa w umowy zawierane z ISP. Oznacza to również, że dostatecznie duża firma świadcząca takie usługi może sobie pozwolić na praktyki monopolistyczne na danym terenie i np. oferować dostęp do Internetu z zastrzeżeniem, że blokują dostęp do usług konkurencyjnych firm (lub dostęp ten wymaga dodatkowej opłaty). Mogą tak uczynić? Oczywiście, ze względu na wysoką barierę wejścia na rynek jest to prawdopodobne. Dopiero wysoka konkurencja oraz świadomość abonentów byłyby w stanie ukrócić takie praktyki. Możliwym jest również, że w przypadku, gdyby wolny rynek istniał od początku funkcjonowania branży telekomunikacyjnej sytuacja wyglądałaby jeszcze inaczej. Może gdyby państwo nie ingerowałoby w nią to nie doprowadziłoby to do jej przejęcia przez kilka firm? Niestety, na to pytanie odpowiedzi nie znam. Uważam jednak, że istnienie takich form rynku, jak np. monopol, jest czymś co narusza naszą wolność, przede wszystkim swobodę wyboru, i stoi w opozycji do libertarianizmu. Zatem jeżeli próba naruszenia neutralności Sieci wynika z istnienia lub chęci doprowadzenia do zaistnienia tych form rynku to należy zadbać o to, aby nie była ona skuteczną próbą. Czy jest tutaj konieczna ingerencja ze strony państwa? Trudno wymagać, aby jeden monopolista rozwiązywał problemy związane z innym monopolistą. Odpowiedź brzmi „nie”, o ile sama sytuacja nie wynika z wcześniejszych działań państwa. Również sami klienci, o ile mieliby świadomość zagrożenia, byliby w stanie wspólnie doprowadzić do zmiany sytuacji.

Drugim aspektem związanym z omawianym zagadnieniem jest wolność słowa. Jak każdy libertarianin opowiadam się także za istnieniem tego typu wolności. Dotyczy to również wolności wypowiedzi w Internecie. Samo medium nie powinno stanowić o tym, czy cenzura jest akceptowalna, czy też nie. Oznacza to, że jakakolwiek blokada związana z wysyłaniem lub odbieraniem informacji w Internecie może być zaklasyfikowana jako naruszenie tej wolności i nazwana cenzurą. W tym przypadku można byłoby spodziewać się reakcji ze strony dwóch grup. Zarówno klientów, jak i władzy. Kolejny raz możemy wierzyć w samozorganizowanie się ludzi lub w skuteczną ingerencję ze strony państwa jako takiego. Problem z tym drugim polega na tym, że zazwyczaj nie jest to taka ingerencja, jakiej byśmy oczekiwali.

Uważam, że w obecnej sytuacji działania ze strony państwa polegające na wymuszeniu neutralności Sieci pomimo sprzeczności z libertarianizmem (zarówno z podejściem minarchistów, jak i kryptoanarchistów) są pożądane chociaż trudno jednoznacznie określić, czy będą skuteczne i czy w przyszłości nie przyniosą nieprzewidzianych konsekwencji. Alternatywą dla nich mogłaby być reakcja ze strony klientów polegająca na odmowie korzystania z usług i/lub tworzeniu konkurencyjnych sieci. Niekoniecznie mowa tutaj o fizycznych sieciach - mogą to być sieci w Sieci, czyli tzw. darknety, co zresztą jest istotnym elementem kryptoanarchii. Wymaga to jednak przede wszystkim wiedzy po stronie ludzi. W tym przypadku wykształcenie stanowi barierę, którą trudno przeskoczyć.

Podsumowując, samo optowanie za neutralnością Internetu jest zgodne z ideą libertarianizmu. Wątpliwości można mieć jedynie, co do sposobu jej wprowadzania. Państwowy przymus nie jest tym, co byłoby mile widziane przez libertarian. Trwalszy efekt, lecz trudniejszy do uzyskania, można osiągnąć poprzez kształcenie ludzi i rozwijanie ich wrażliwości na problemy związane z nowoczesnymi technologiami. Co ciekawe, we współczesnej rzeczywistości łączy się obie ww. metody. Organizacje pokroju EFF, czy też FSF pomagają ludziom dostrzec problemy związane z Internetem i jednocześnie wywierają wpływ na rządy celem wprowadzenie rozwiązań opartych na zmianach w prawie. Uwzględniając aktualne uwarunkowania, przychylam się do takiego sposobu działania. Sam jednak obawiałbym się sytuacji, w której to kontrolę nad formą działania Internetu oddanoby w ręce jednej instytucji.

PS. Oczywiście, z neutralnością Sieci związane są jeszcze inne problemy - QoS, blokowanie spamu itp. Czy takie działania to również naruszenie wolności, czy po prostu dbałość o wysoką jakość usługi? Uważam, że w dużej mierze da się to rozwiązać poprzez możliwość wyboru ze strony odbiorcy usługi - czy chce stosować dane rozwiązanie, czy też nie.

Miniblog: Państwo, monopole i własność intelektualna

2010-07-30, Piątek 12:01:13 +0200, autor Karol „Zal” Zalewski, licencja LPRCTKC

Już sam Max Weber stwierdził, że istota bycia państwem zawiera się w posiadaniu przez to państwo monopolu do legalnego używania siły. Każda konkurencja w tym zakresie jest nielegalna, stosownie określana (np. mianem mafii) i tępiona. Należy mieć jednak na uwadze, że posiadanie monopolu nie wyklucza dzielenia się tym przywilejem z innymi, o ile zachowana zostanie stosowna asymetria sił. Podobnie wygląda kwestia podatków. Państwo ma monopol na ich zbieranie, ale... Coraz częściej monopolem tym dzieli się z wszelkiego rodzaju „posiadaczami własności intelektualnej”, czyli organizacjami zbiorowego zarządzania prawami autorskimi.

Betamax vs pistolet

Twórcą powyższej ilustracji jest Paul Conrad.

Czy ktoś z nas płaci kilka procentów ceny noża na rzecz ofiar przemocy? Czy sam fakt posiadania penisa sprawia, że w świetle prawa stajemy się potencjalnymi gwałcicielami? Oczywiście, że nie. Ale... to samo nie stosuje się w przypadku nośników danych pokroju CD, DVD, HDD, wszelkich pamięci typu Flash, a nawet papieru. Ba! Pojawiają się żądania dot. m.in. opodatkowania aparatów cyfrowych. Dlaczego? Bo mogą posłużyć do łamania praw autorskich, a nawet jeśli nie to konsument powinien zapłacić za istnienie „dozwolonego użytku osobistego”.

Kiedyś szczególnym zainteresowaniem cieszyła się ziemia i możliwość produkcji szczególnie ważnych towarów takich, jak np. napoje wyskokowe. W erze społeczeństwa informacyjnego pojawił się kolejny towar - informacja. Niestety, jej charakter oraz istniejące technologie sprawiają, że nie jest łatwa do kontrolowania. Niestety, z tego też względu jesteśmy narażeni na bycie świadkami tak odrealnionych działań, jak nakładanie opłat na rzecz przyszłego popełniania przestępstw.

Bentō, czyli co łączy legendarne Thinkpady z Japonią?

2010-07-15, Czwartek 17:18:49 +0200, autor Karol „Zal” Zalewski, licencja LPRCTKC

Jak na geeka przystało nie tylko interesuję się informatyką, fantastyką oraz elektronicznymi gadżetami, ale również przejawiam ciągoty do wszystkiego, co związane z Japonią. Co prawda na wycieczki do Japonii, czy też dłuższy w niej pobyt, wciąż mnie jeszcze nie stać, ale już od jakiegoś czasu „sprowadzam” ją sobie do domu. W jaki sposób? To proste. Uwielbiam gotować, a dania kuchni japońskiej nie tylko świetnie smakują, ale również dają się stosunkowo łatwo przystosować do moich wegetariańskich upodobań. To taka wycieczka do Japonii bez wychodzenia z domu (i trochę bardziej multimedialna, niż zabawa z Google Maps). Co więcej, Japończycy przywiązują ogromną wagę do estetyki. Przygotowane jedzenie cieszy nie tylko podniebienie, ale również wzrok. I tutaj właśnie chciałbym wspomnieć o bentō.

Bentō (jap. 弁当) to coś, co można nazwać japońskim odpowiednikiem naszego śniadania zabieranego przez nas do pracy, czy też szkoły. Jednakże w przeciwieństwie do naszego rodzimego posiłku, jak to często bywa w przypadku Japończyków, jest to już element tradycji posiadający kilkusetletnią historię. Tak, jak wspomniałem, Japończycy wysoko cenią estetykę i również w tym przypadku można to dostrzec. Bentō nie tylko świetnie wygląda (w Internecie można znaleźć mnóstwo zdjęć, co ciekawszych arcydzieł), ale najczęściej znajduje się również w ozdobnym pudełku. I w tym oto właśnie miejscu dochodzimy do meritum. Chyba mało kto przypuszczał, że masywny, dobrze zaprojektowany i solidnie wykonany Thinkpad (czołg pośród laptopów) wygląd swój zawdzięcza shōkadō bentō, czyli tradycyjnemu, drewnianemu i lakierowanemu na czarno pudełku na bentō.

Moim skromnym zdaniem Richard Sapper, Kazuhiko Yamazaki oraz Tom Hardy świetnie się spisali projektując w 1992 roku pierwszego IBM Thinkpada. Czerń z elementami czerwieni oraz kwadratowy wygląd do tej pory są znakami rozpoznawczym Thinkpadów. Chociaż z pewnością nie cieszą się one taką popularnością pod względem wyglądu, jak białe, obłe i przyjazne produkty Apple. Bądź, co bądź, kupując Thinkpada zdobyłem rzecz, która w niezwykły sposób powiązana jest z Japonią i kolejny raz zaoszczędziłem na wycieczkach do Japonii oraz noclegach w kapsułowych hotelach.

Manifest kryptoanarchistyczny: „Od kuszy do kryptografii, czyli psucie państwu szyków przy pomocy techniki”

2010-07-06, Wtorek 12:50:16 +0200, autor Karol „Zal” Zalewski, licencja LPRCTKC

Już dwa razy zdarzyło mi się odwoływać do tekstów opublikowanych w MindFucku, czyli nieregularniku anarchistycznym. Za pierwszym razem umieściłem u siebie tekst Erica Raymonda (osoby znanej z zaangażowania w ruch Open Source) „Dlaczego jestem anarchistą?”, natomiast w drugim przypadku był to opis „Zabójczej Loterii Narodowej” (ang. dead pool) Jamesa Daltona Bella. Ja co prawda anarchistą nie jestem (może kryptoanarchistą) pomimo tego, iż libertarianizm ociera się o pewne formy anarchizmu, ale uważam, że niektóre teksty anarchistyczne są bardzo interesujące. Oto i kolejny z nich znaleziony w drugim numerze MindFucka, tym razem manifest kryptoanarchistyczny autorstwa Chucka Hammilla. Przypominam, że cały esej (również jego tłumaczenie autorstwa Jacka Sierpińskiego) jest dostępny na licencji „rób, na co tylko masz ochotę”, a tam, gdzie jest to możliwe, należy do domeny publicznej. I jeszcze jedna mała uwaga - oryginalny tekst został napisany w 1989 roku.

Od kuszy do kryptografii, czyli psucie państwu szyków przy pomocy techniki

O tej maksymie – przysłowiu – powszechnie przypisywanej Eskimosom zapewne słyszeliśmy wszyscy; lecz o ile prawdopodobnie nie będziemy sprzeczać się z mówiącym to, o tyle możemy odbierać ją jako zwyczajny frazes, który niczego już nas nie nauczy i być może jesteśmy już zmęczeni jej wysłuchiwaniem. Dlatego powtórzę to teraz:

Jeśli dasz człowiekowi rybę, to nakarmisz go na jeden dzień. Ale jeśli nauczysz człowieka, jak łowić ryby, to nakarmisz go na całe życie.

Prawdopodobnie postrzegałeś ten cytat w kontekście opozycji „workfare” do „welfare”; mianowicie, jeśli chce się naprawdę pomóc komuś w potrzebie, powinno się go nauczyć, jak ma zarabiać na środki swojego utrzymania, a nie, jak po prostu o nie żebrać. I jest to oczywiście prawda, choćby dlatego, że jeśli będzie on głodny następnym razem, to w pobliżu może nie być nikogo, kto chciałby czy nawet mógłby dać mu rybę, podczas gdy dysponując informacją, jak łowić ryby, jest on całkowicie niezależny.

Twierdzę jednak, że wyczerpuje to jedynie pierwszą warstwę zawartości tego cytatu i zmarnowałbym nasz czas cytując go po raz kolejny, jeśli nie było tam nic więcej do zebrania. Zresztą wydaje się on mieć niemal kryptoaltruistyczny wydźwięk, sugerując jak gdyby, że powinniśmy układać nasze sprawy tak, by zwiększać korzyści głodnych żebraków, jakich możemy napotkać.

Ale zauważmy: przypuśćmy, że ten Eskimos nie wie, jak łowić ryby, ale wie, jak polować na morsy. Ty zaś podróżując przez kraj morsów bywasz często głodny, bo nie masz pojęcia, jak chwytać te przeklęte stworzenia i być może zjadły ci one wiele ryb, które mógłbyś złapać. Przypuśćmy teraz, że decydujecie się wymienić informacjami, wymieniając wiedzę o łowieniu ryb na wiedzę o polowaniu na morsy. Pierwszą rzeczą, jaką obserwujemy jest to, że tego rodzaju transakcja kategorycznie i niedwuznacznie obala marksistowskie założenie, że każdy handel musi mieć „zwycięzcę” i „przegrywającego” – ideę, że jeśli jedna osoba zyskuje, musi to koniecznie zachodzić „kosztem” innej osoby, która traci. Rzecz jasna w tym scenariuszu taki przypadek nie zachodzi. Każda ze stron zyskała coś, czego nie miała przedtem i nie została przy tym w jakikolwiek sposób uszczuplona w swym stanie posiadania. Gdy przychodzi do wymiany informacji (a nie przedmiotów materialnych), życie nie jest już dłużej grą o sumie zerowej. Jest to niezwykle doniosłe. „Prawo malejących zysków”, „pierwsze i drugie prawo termodynamiki” – wszystkie te „prawa”, które w innych kontekstach ograniczają nasze możliwości – nie krępują nas więcej! Jest to anarchia nowego i podniecającego rodzaju!

Rozważmy inną możliwość: przypuśćmy, że ten głodny Eskimos nigdy nie nauczył się łowić ryb, bo władca jego plemienia uznał łowienie za nielegalne. Mówi on nam, że ponieważ ryba zawiera niebezpieczne małe ości, a czasami szpiczaste kolce, jego władcy zarządzili, że konsumpcja, a nawet posiadanie ryb jest zbyt ryzykowne dla ludzkiego zdrowia, aby było dozwolone – nawet dla dobrze poinformowanych, chętnych dorosłych osób. Być może jest tak dlatego, że ciała obywateli uważane są za własność plemienną i co za tym idzie funkcją władcy jest karanie tych, którzy niewłaściwie troszczą się o ten majątek. Albo może jest tak dlatego, że jego władca wspaniałomyślnie rozszerza na kompetentne dorosłe osoby „korzyści” przewidziane dla dzieci i umysłowo chorych: pełnoczasowy, wszechogarniający nadzór – tak, by nie musieli się oni kłopotać dokonywaniem wyborów zachowań uważanych za fizycznie ryzykowne lub moralnie „nieprzyzwoite”. W każdym razie patrzysz zdumiony, gdy twój eskimoski informator opowiada, że prawo to traktowane jest tak poważnie, iż jego przyjaciel został niedawno uwięziony na wiele lat za zbrodnię „posiadania dziewięciu uncji pstrąga, z zamiarem sprzedaży”.

Możesz teraz dojść do wniosku, że społeczeństwo tak groteskowo opresyjne, że narzuca tego rodzaju prawa jest po prostu afrontem dla godności wszystkich ludzkich istot. Możesz pójść dalej i zdecydować się poświęcić część swojego czasu na psucie szyków tyranowi. (Twój motyw może być „altruistyczny”, w rodzaju pragnienia wyzwolenia uciskanych, lub „egoistyczny”, w rodzaju chęci dowiedzenia, że możesz przeciwstawić się uciskającemu, lub – bardzo możliwe – może być on kombinacją tych lub innych powodów).

Ale skoro nie masz ochoty zostać męczennikiem swojej „sprawy”, nie będziesz montował kampanii wojskowej czy nawet próbował przemycić łodzi ryb. Jednak technika – w szczególności technika informacyjna – może zwielokrotnić twoją skuteczność dosłownie sto razy. Mówię „dosłownie”, bo za ułamek wysiłku (i właściwie bez ryzyka) towarzyszącego przemycaniu stu ryb, możesz całkiem łatwo wyprodukować sto kserokopii instrukcji łowienia ryb. Jeśli rząd, jak we współczesnej Ameryce, pozwala przynajmniej otwarcie dyskutować o rzeczach, których robienie jest zabronione, powinno to wystarczyć. Ale jeśli rząd próbuje zlikwidować również przepływ informacji, to będziesz musiał podjąć trochę większy wysiłek i być może napisać swoją instrukcję łowienia ryb w zaszyfrowanej formie na dyskietce lub zagrzebać ją w niewykonywalnej części kodu gry komputerowej. Odbiorca (skoro tylko zna sekret) może łatwo wyciągnąć informację ze swego komputera, ale żaden nieproszony plemienny szpicel nie dowie się niczego.

Technika – w szczególności komputerowa – dostawała często niezasłużone szturchańce od miłośników wolności. Mamy skłonność myśleć o 1984 Orwella czy o Brazil Terry’ego Gilliama, czy o wykrywaczach ciał utrzymujących niewolników-obywateli Berlina Wschodniego po ich stronie granicy, czy o wyszukanych urządzeniach używanych przez Nixona do szkodzenia ludziom ze swej „listy wrogów”. Albo przyznajemy, że za cenę biletu na Concorde możemy lecieć z dwukrotną prędkością dźwięku, ale tylko wówczas, gdy przejdziemy najpierw przed magnetometrem obsługiwanym przez rządowego policjanta, pozwalając mu nas przeszukać i obmacać nasze bagaże, jeśli urządzenie zapiszczy.

Ale takie nastawienie umysłu jest poważnym błędem! Zanim zaczęto używać elektrycznych pastuchów, rządy torturowały swych więźniów kijami i gumowymi wężami. Zanim do szpiegowania zaczęto używać lasery, rządy używały lornetek i ludzi czytających z ruchu warg. Chociaż rząd w oczywisty sposób używa techniki w celach ucisku, zło tkwi nie w narzędziach, lecz w tych, którzy je dzierżą.

W rzeczywistości technika stanowi jedną z najbardziej obiecujących dróg odebrania naszej wolności tym, którzy ją ukradli. Ze swej natury faworyzuje ona bystrego (który potrafi ją użyć) nad tępym (który nie potrafi). Faworyzuje ona elastycznego (który szybko dojrzy zalety nowego) nad ospałym (który trzyma się wypróbowanych metod). A czy są lepsze słowa do opisania jakiejkolwiek rządowej biurokracji niż „tępa” i „ospała”?

Jednym z najjaskrawszych, klasycznych triumfów techniki nad tyranią był wynalazek „broni osobistej” – przenośnej kuszy. Dysponując nią, niewyćwiczony wieśniak mógł łatwo i śmiertelnie trafić w cel z pięćdziesięciu metrów – nawet jeśli ten cel był konnym, opancerzonym rycerzem. (Inaczej niż długi łuk, który był niewątpliwie potężniejszy i mógł wystrzelić w danym czasie więcej strzał, kusza nie wymagała żadnych specjalnych ćwiczeń. Podczas gdy łuk wymagał dla osiągnięcia jakiegokolwiek stopnia celności opanowania wzrokowej, dotykowej i mięśniowej koordynacji, dzierżyciel kuszy mógł po prostu położyć broń na ramię, nacelować ostrze strzały i mieć uzasadnione podstawy pewności trafienia w cel).

Co więcej, skoro jedynymi konnymi rycerzami odwiedzającymi naszego przeciętnego wieśniaka byli rządowi żołnierze i poborcy podatków, użyteczność tego urządzenia była oczywista. Pospólstwo mogło się z nim bronić nie tylko przed sobą nawzajem, ale i przeciw swoim rządowym panom. Był to średniowieczny odpowiednik pocisku przeciwpancernego i co za tym idzie królowie oraz księża (średniowieczny odpowiednik Biura ds. Alkoholu, Tytoniu i Kusz) grozili za jego bezprawne posiadanie odpowiednio śmiercią i ekskomuniką.

Wracając do teraźniejszości, komputer osobisty (z uruchomionym na nim systemem szyfrującym z kluczem publicznym) przedstawia sobą odpowiednik przeskoku kwantowego – w dziedzinie broni defensywnej. Taka technika może być używana nie tylko do ochrony posiadanych przez kogoś wrażliwych danych, ale też do wymieniania przez dwie obce sobie osoby informacji przez niezabezpieczony kanał komunikacyjny – na przykład podsłuchiwaną linię telefoniczną czy nawet radio – bez jakiegokolwiek wcześniejszego spotkania w celu wymiany kluczy do szyfru.

Dysponując komputerem za pięćset dolarów możesz stworzyć szyfr, którego wart setki milionów dolarów Cray X-MP nie złamie w rok. Za parę lat powinno być ekonomicznie wykonalne szyfrowanie w podobny sposób także komunikatów głosowych; wkrótce potem pełnokolorowych, cyfrowo przetworzonych obrazów video. Technika odeśle podsłuch do lamusa! Ogólniej mówiąc, zniszczy ona całkowicie rządową kontrolę nad przepływem informacji!

Najbardziej obiecującym z tych kryptograficznych schematów wydaje się być algorytm RSA, nazwany tak od Rivesta, Shamira i Adelmana, którzy go wspólnie stworzyli. W formalnym wyprowadzeniu zawiera on trochę umiarkowanie trudnej matematyki (liczby pierwsze, modulo, „małe twierdzenie Fermata”), ale jego istotą jest to, że jeśli dany jest iloczyn dwóch bardzo wielkich liczb pierwszych, otrzymanie ich z jego analizy jest obliczeniowo niewykonalne. „Obliczeniowo niewykonalne” znaczy, że jeśli każdy czynnik ma około 200 cyfr, to najpotężniejszy istniejący komputer będzie potrzebował ponad wiek na rozłożenie ich 400-cyfrowego iloczynu.

Zamieniając czyjąś wiadomość na „liczbę” (nawet stosując coś tak prostego, jak A=01, B=02, …, Z=26) i wykonując na niej odpowiednie przekształcenie, uzyskuje się nową liczbę, która jest zaszyfrowanym przekazem. Odbiorca wykonuje następnie na tej liczbie podobne przekształcenie w celu odtworzenia pierwotnej wiadomości.

Tym, co czyni to przełomowym odkryciem i ze względu na co nazywa się to szyfrem z kluczem publicznym jest fakt, że mogę jawnie opublikować dwa liczbowe parametry, które pozwolą każdemu wysłać do mnie zaszyfrowaną wiadomość, utrzymując równocześnie w tajemnicy trzeci parametr, tak, że nikt poza mną nie może rozszyfrować takiego przekazu. Wyeliminowany został krok stanowiący uprzednio trudność (wymienianie kluczy szyfrujących z inną osobą). W ten sposób ludzie, dla których fizyczne spotkanie jest niemożliwe, niekorzystne lub niebezpieczne mogą łatwo wymieniać zaszyfrowane wiadomości – każda strona wybiera i rozpowszechnia swoje dwa publiczne parametry, utrzymując równocześnie w tajemnicy trzecie.

Inną korzyścią tego systemu jest pojęcie „podpisu cyfrowego”, umożliwiające identyfikację źródła danego przekazu. Dokonując dodatkowego kroku szyfrującego przy pomocy mojego tajnego parametru i wymagając od odbiorcy dokonania przy rozszyfrowaniu dodatkowego działania przy użyciu moich publicznych parametrów – mogę dowieść, że otrzymany przez niego przekaz nie mógł być wysłany przez nikogo innego prócz mnie! Tak, że nie tylko mamy łatwe zabezpieczenie transmisji przekazu przez anonimowy, niezabezpieczony kanał komunikacyjny, ale również możemy pozytywnie zidentyfikować nadawcę takiej wiadomości!

Oczywiście są to dokładnie te troski, które dziś dręczą w kwestii komputerów osobistych Związek Radziecki. Z jednej strony przyznają oni, że uczniowie amerykańscy dorastają w tej chwili dysponując komputerami będącymi rzeczą tak pospolitą, jak suwaki logarytmiczne – nawet bardziej, bo komputery mogą robić wiele rzeczy interesujących i instruujących 3-4-latki. I są to ci sami uczniowie, którzy za jedno pokolenie staną naprzeciw swych sowieckich odpowiedników. Trzymanie się z tyłu musi być dla Sowietów tak samobójczym krokiem, jak kontynuowanie nauki szermierki, gdy przeciwnicy produkują karabiny. Z drugiej strony komputer, czymkolwiek jeszcze może być, jest także niezwykle skuteczną maszyną kopiującą – dyskietka za 25 centów zawiera z górą 50000 słów tekstu i może być powielona w parę minut.

Jakby samo to nie byłoby wystarczającym zagrożeniem, komputer tworzący kopie może jeszcze szyfrować dane w sposób, który jest prawie nie do złamania. Pamiętajmy, że w społeczeństwie sowieckim nie są znane publicznie dostępne kserokopiarki (stosunkowo mała liczba istniejących maszyn jest kontrolowana intensywniej niż w USA pistolety maszynowe).

Dzisiejsi polityczni „konserwatyści” twierdzą, że nie powinniśmy sprzedawać Sowietom komputerów osobistych, bo mogą użyć je do celów militarnych. „Liberałowie” utrzymują, że powinniśmy im je sprzedawać w interesie wolnego handlu i współpracy – i jeśli nie będziemy tego robić, to zrobi to jakiś inny kraj.

Jako wolnościowy cyberpunk twierdzę, że powinniśmy dać je Sowietom za darmo i, jeśli będzie to konieczne, zrobić je dla nich – i, jeśli to nie wystarczy, być może powinniśmy załadować je do Blackbirda SR-71 i zrzucić je o północy nad Moskwą. Płacąc oczywiście z prywatnej subskrypcji, nie z przymusowego opodatkowania…

Przyznaję, że nie jest to stanowisko, które uzyskałoby duże poparcie wśród członków konwencjonalnego lewicowo-prawicowego politycznego spektrum, ale mówiąc słowami jednej z postaci Illuminatusa, jesteśmy politycznymi nieeuklidesowcami: najkrótsza odległość do danego celu nie musi wyglądać jak coś, co większość ludzi uważa za “linię prostą”. Łamanie totalitarnym rządom monopolu na informację jest równoznaczne z łamaniem kręgosłupa ich zdolności uciskania. Komputeryzacja powiększa wolność każdego mężczyzny, kobiety i dziecka na tej planecie – i zrobi to bez jawnego czy ukrytego otwierania ognia!

Przyznajemy, że historię kształtowali ludzie o nazwiskach takich, jak Waszyngton, Lincoln, …, Stalin, Nixon, Marcos, Duvalier, Noriega i tym podobnych. Ale powinniśmy przyznać, że kształtowali ją także ludzie o nazwiskach Edison, Curie, Marconi, DeForest i Wozniak. I to drugie kształtowanie było co najmniej tak samo skuteczne, i nawet w przybliżeniu nie tak krwawe.

W swej książce How I Found Freedom in an Unfree World, Harry Browne czyni znaczące spostrzeżenie, że prawdopodobieństwo sukcesu jakiegokolwiek przedsięwzięcia jest odwrotnie proporcjonalne do liczby ludzi, których trzeba przekonać w celu jego dokonania. Tak, ze o ile przekonanie rządu, by skończył z praktyką cenzury i podsłuchiwania może być niemożliwe, o tyle zatrudnienie techniki szyfrującej do skończenia z tym samemu jest zadaniem trywialnym.

Patrząc dookoła, natychmiast widać nasuwające się dodatkowe zastosowania technarchii do rozwiązywania tego, co inaczej byłoby problemem politycznym: Saudyjczyk pragnący cieszyć się psychoaktywnym narkotykiem alkoholem zrobiłby mądrzej ucząc się chemicznego procesu fermentacji i destylacji, niż zużywając czas na nakłanianie swoich władców do zmiany islamskiego prawa. Niemiec ze Wschodu, który wolałby być Niemcem z Zachodu postąpiłby lepiej studiując aerodynamikę szybowców czy balonów, niż prosząc lub żebrząc o wizę wyjazdową.

Nie bez powodu rewolwer kalibru .45 nazywano na Dzikim Zachodzie „zrównywaczem”. Stwarzał on najdrobniejszej dziewczynie z rewii możliwość obrony przed najbardziej krzepkim i brutalnym kowbojem. (Niektórzy mówią, że ruch na rzecz “kontroli broni” zrodził się, gdy okazało się, ze pozwala jej to także odeprzeć napaść rządowego szeryfa, ale to już inna historia). Komputer osobisty jest dziś „zrównywaczem” nie w dziedzinie brutalnej siły, ale przetwarzania informacji i idei.

Jak tylko nanotechnologia dostarczy urządzeń peryferyjnych, jakakolwiek rzecz złożona z jakichkolwiek substancji będzie mogła być zbudowana w czyimkolwiek garażu, jak tylko ta rzecz i te substancje zostaną wymodelowane matematycznie. W rezultacie rząd nie będzie mógł dłużej ogłaszać rzeczy i substancji za nielegalne – i będzie musiał znów wejść w jedyną uprawnioną rolę, jaką kiedykolwiek odgrywał: rolę tego, kto chroni obywateli przed innymi, którzy ich atakują. Tygrys zostanie wsadzony do klatki, na dobre i złe!

Co za tym idzie, gdy następnym razem będziesz patrzeć na tych, którzy będą chcieli być twoimi „wodzami” ze zdziwieniem i poczuciem zniewagi, i myśleć: „Dobrze, jeśli 51% tego narodu, 51% tego stanu i 51% tego miasta musi zmądrzeć, zanim będę wolny, to równie dobrze każdy mógłby podciąć mi moje pieprzone gardło i zostawić mnie na pastwę losu!” – uznasz, że sytuacja nie jest całkiem ponura. Technika – w szczególności technika komputerowa – może pomóc ci uczynić się jednostronnie wolnym!

Wchodzimy w ostatnią dekadę tego, co Timothy Leary nazwał Ryczącym Dwudziestym Stuleciem i każdy jej dzień ukazuje nam coraz bardziej oczywistość prawdy zawartej w jego zachęcie: „If you’re wise… digitize”.

Miniblog: Śmierć w Internecie

2010-06-29, Wtorek 00:18:30 +0200, autor Karol „Zal” Zalewski, licencja LPRCTKC

Internet pojawił się w Polsce 17 sierpnia 1991 roku. W okolicach 1995 roku zainteresowanie nim wzrosło na tyle, iż zaczął być wykorzystywany również poza murami polskich uczelni. Zapewne przez te ~15 lat wielu Polaków korzystających z Internetu miało okazję do tego, aby umrzeć. Ciekaw jestem, jak wiele pozostałości po nich można znaleźć w Sieci. Posty pozostawione na grupach dyskusyjnych i forach, listy oraz wszelkiego rodzaju strony internetowe włącznie z tymi dostępnymi poprzez serwisy społecznościowe. W erze tanich dysków twardych i wszechobecnych portali zachęcających do udostępniania danych czas życia informacji może być całkiem interesującym zagadnieniem. Czy to, co stworzyłem obecnie przetrwa przez kolejne 20-30 lat? Czy moje dzieci będą miały możliwość zapoznania się z tym, co napisałem za młodu? A może w Sieci będę istniał znacznie dłużej, niż w rzeczywistym świecie? Jedno jest pewne - obecnie coraz trudniej jest utrzymać kontrolę nad własnymi danymi.

Marzy mi się prawdziwie rozproszony Internet. Internet, w którym to wyłączenie naszego osobistego komputera będzie skutkowało czymś na kształt cyfrowej śmierci. Świat, w którym to każdy z nas będzie miał swoją własną część serwisu społecznościowego u siebie. Scentralizowany Twitter zostanie zastąpiony StatusNetem, a Facebook będzie się musiał liczyć z Diasporą. Jeden ruch ręki i znikamy z wirtualnej rzeczywistości. Przynajmniej w większym stopniu, niż ma to miejsce obecnie.

Bardzo specjalna jajecznica Zala

2010-06-26, Sobota 22:03:21 +0200, autor Karol „Zal” Zalewski, licencja LPRCTKC

Proste danie na każdą kieszeń. Oto i ona - bardzo specjalna jajecznica Zala. Świetnie pachnie i smakuje, a czas wykonania wynosi zaledwie 10-15 minut. Inspirowane kuchnią indyjską. Całość jest wegetariańska choć daleko jej do bycia potrawą wegańską.

Składniki (porcja dla 1 osoby)

  • 3 jajka (najlepiej „0” klasy A),
  • 3 pomidory średniej wielkości,
  • łyżka stołowa oliwy z oliwek (substytut: kilka gramów masła),
  • łyżeczka curry,
  • dwie czubate łyżeczki śmietany (12% lub 18%),
  • ząbek czosnku,
  • sól.

Sposób wykonania

Na patelnię teflonową wlewamy łyżkę oliwy z oliwek. Jej celem będzie jedynie wyciągnięcie aromatu z czosnku, dlatego nie jest tutaj potrzebna jej większa ilość. Rozgrzewamy ją na małym gazie, a w tym czasie obieramy ząbek czosnku i tniemy na dwie części. Tak przygotowany czosnek wrzucamy na patelnię - ważnym jest, aby całkowicie znajdował się w oliwie. Jak tylko zacznie się przebarwiać pod wpływem temperatury usuwamy go z patelni widelcem. To bardzo istotne. Niestety, przypalony czosnek psuje smak całej potrawy. Teraz wyłączamy gaz pod patelnią i przechodzimy do przygotowania pomidorów. Pomidory należy zalać wrzątkiem, a następnie usunąć z nich skórkę. Następnie każdy z nich kroimy na dwie części, usuwamy szypułkę i dzielimy na kilka mniejszych części. Solimy je wedle uznania, a następnie wrzucamy na patelnię. Ją samą przestawiamy na mały gaz. Pomidory powinny powoli się smażyć, a my sami możemy przejść do przygotowywania jajek.

Jajka wbijamy do miseczki, dodajemy śmietanę, curry oraz sól (wedle uznania). Całość mieszamy widelcem tak, aby powstała w miarę jednolita mieszanina. Zanim wlejemy ją na patelnię sprawdzamy, czy pomidory są już miękkie. Jeżeli nie - należy poczekać. Gdy to już się stanie łączymy składniki, mieszamy i czekamy. Co jakiś czas należy skorzystać z płaskiej drewnianej łyżki odskrobując ścięte jajko od powierzchni patelni. Całość smażymy do momentu, który uznamy za stosowny - ja lubię mocno ściętą jajecznicę i taką też polecam.

Jajecznicę nakładamy na talerz. Podajemy ze świeżym pieczywem, a dekorujemy natką pietruszki bądź bazylią. Jeżeli ktoś ma nieco więcej czasu to wraz pomidorami może wcześniej podsmażyć jeszcze cebulę, a do samej jajecznicy dodać również kurki.

Miniblog: Cytaty w kontekście prac inżynierskich i magisterskich

2010-06-21, Poniedziałek 20:52:57 +0200, autor Karol „Zal” Zalewski, licencja LPRCTKC

Sam nie wiem, co o tym myśleć, jak powiedział król Dezmod, gdy przyłapano go na oszukiwaniu w karty.

Źródło: „Pani Jeziora”, Andrzej Sapkowski

To naprawdę miłe, gdy jest się cytowanym lub gdy nasza praca jest powielana. Trudno mi jest jednak określić, co czuję po znalezieniu pracy inżynierskiej pt. „Przegląd metod sztucznej inteligencji w ekstrakcji danych”. Okazuje się, że zostałem zacytowany w tejże oto pracy, co potwierdza bibliografia w niej zawarta, jedna z sekcji („Narzędzia Data Mining”) oraz samo źródło, czyli mój wpis na blogu o tytule „Eksploracja danych w wolnym wydaniu”. Oczywiście, nie mam nic przeciwko cytowaniu mnie, czy też wykorzystywaniu fragmentów moich prac w innych tekstach. Licencja „rób, na co tylko masz ochotę”, z której korzystam, daje tutaj naprawdę szerokie pole do popisu. Zastanawia mnie jednak, czy tego typu prace (tj. inżynierskie i magisterskie) powinny opierać się o tak niepewne zasoby, jak np. wpisy na blogach osób nie związanych z opisywanym projektem.

Zabawna sprawa, nie sądzicie? Ja sam w tego typu pracach staram się unikać źródeł wtórnych. Uważam również, iż więcej prac magisterskich/inżynierskich powinno być publikowanych w Internecie. Jest to rozwiązanie tanie, umożliwiające dostęp do wiedzy szerszej grupie odbiorców oraz pozytywnie wpływające na jakość publikowanych prac. Może zmniejszyłoby to liczbę prac cytujących Wikipedię.

Miniblog: Boga nie ma!

2010-06-17, Czwartek 14:15:06 +0200, autor Karol „Zal” Zalewski, licencja LPRCTKC

Takim oto okrzykiem przywitał się z publicznością wokalista zespołu Behemoth podczas warszawskiego festiwalu Sonisphere. Istnieją rozbieżności dot. tego, co stało się później. Jedni twierdzą, że publiczność odpowiedziała tym samym. Inni, że został on przez nich poproszony o pokazanie dupy. Jedno jest pewne - dali czadu. Behemoth, Anthrax, Megadeth, Slayer i Metallica.

Jestem na tyle zmęczony, iż niewiele już jestem w stanie napisać, ale nim odeśpię wyjazd muszę podkreślić, że koncert był naprawdę udany. Może nie był to tak wybitny show pirotechniczny, jak ma to miejsce w przypadku koncertów Rammsteina, ale pod względem muzycznym była to prawdziwa perełka. Szkoda tylko, że organizacja nieco kulała.

Pastafarianizm: Osiem „Naprawdę wolałbym, żebyś nie”

2010-06-11, Piątek 06:02:43 +0200, autor Karol „Zal” Zalewski, licencja LPRCTKC

Znacie pastafarianizm? Zapewne większość z Was doskonale orientuje się, czym jest ta religijna parodia i w jakim celu pierwotnie powstała. Podobnie, jak Niewidzialny Różowy Jednorożec oraz dyskordianizm, jest bardziej ateistyczna, niźli mogłoby się to wydawać chociaż byli i tacy, którzy uważali, że jest to prawdziwa sekta religijna uznająca Latającego Potwora Spaghetti za boga. Mniejsza z tym. To, co uważam za istotne to osiem „Naprawdę wolałbym, żebyś nie”, które są wpisane w tę parodię, a które uważam za naprawdę dobry materiał na podstawę dla osobistych zasad. Oto i one:

  1. Naprawdę wolałbym, żebyś nie zachowywał się jak jakiś świętoszkowaty, fałszywie pobożny dupek, gdy opisujesz Mą Makaronową Doskonałość. Jeśli niektórzy ludzie nie wierzą we mnie, to trudno, nic się nie stanie. Naprawdę, nie jestem do tego stopnia próżny. Poza tym, nie chodzi o nich, więc nie zmieniaj tematu.
  2. Naprawdę wolałbym, żebyś nie używał Mojego istnienia jako narzędzia do uciskania, ciemiężenia, karania, patroszenia lub bycia złośliwym wobec innych. Nie wymagam składania ofiar, a czystość jest niezbędna jeśli chodzi o wodę pitną, a nie o istoty ludzkie.
  3. Naprawdę wolałbym, żebyś nie oceniał ludzi na podstawie tego, jak wyglądają lub jak się ubierają, jak mówią, lub... Dobra, po prostu bądź miły, OK? I wbij to do swojej tępej głowy: mężczyzna = człowiek. Kobieta = człowiek. To samo = to samo. Nikt nie jest od nikogo lepszy, chyba że mówimy o stylu. I przykro mi, ale to podarowałem kobietom i niektórym facetom, którzy widzą różnicę pomiędzy kolorem morskim a fuksją.
  4. Naprawdę wolałbym, żebyś nie zaspokajał się w sposób, który obraża ciebie albo twojego ochoczego, zgodnego, pełnoletniego i dojrzałego psychicznie partnera. Odnośnie do tych, którzy mogliby protestować – myślę, że odpowiednim wyrażeniem jest „pierdolcie się”, chyba że uznają to za nieprzyzwoite. W tym wypadku mogą wyłączyć raz telewizor i iść dla odmiany na spacer.
  5. Naprawdę wolałbym, żebyś nie sprzeciwiał się fanatycznym, sadystycznym, szowinistycznym i pełnym nienawiści poglądom innych NA CZCZO. Zjedz coś, a potem zabiegaj o pierdoły.
  6. Naprawdę wolałbym, żebyś nie budował za miliony dolarów kościołów/świątyń/meczetów/kaplic dla Mojej Makaronowej Doskonałości, podczas gdy pieniądze lepiej wydać na (wybierz sam):
    1. Skończenie z biedą
    2. Leczenie chorób
    3. Życie w pokoju, namiętną miłość i obniżenie kosztów kablówki
    Może jestem złożonym węglowodanowym wszystkowiedzącym istnieniem, ale w życiu cieszą mnie proste rzeczy. Wiem lepiej. Jestem STWÓRCĄ.
  7. Naprawdę wolałbym, żebyś nie rozpowiadał ludziom wokół, że do ciebie przemawiam. Nie jesteś aż taki interesujący. Wylecz się z siebie. I mówiłem ci, żebyś kochał bliźniego, czy nie pojąłeś aluzji?
  8. Naprawdę wolałbym, żebyś nie czynił bliźniemu, co tobie miłe, jeśli miłe są ci, hm, rzeczy, które wymagają mnóstwa skóry/smaru/wazeliny. Jednak jeśli miłe jest to też tej innej osobie (zgodnie z numerem 4), zajmij się tym, zrób zdjęcia, i do diaska, załóż kondom! Naprawdę, to kawałek gumy. Gdybym nie chciał, żeby było ci przyjemnie, gdy to robisz, dodałbym ci w tym miejscu kolce albo coś.

Źródło: Oficjalna strona polskiego Kościoła Latającego Potwora Spaghetti.

NieKradneMuzyki.pl

2010-05-28, Piątek 16:49:53 +0200, autor Karol „Zal” Zalewski, licencja LPRCTKC

Jest sobie taka strona sponsorowana przez Eurozet (tych od m.in. Radia Zet), co się zowie NieKradneMuzyki.pl. Dawno nie widziałem czegoś równie mocno wprowadzającego w błąd (przemilczę czytelność strony). Wydźwięk strony jest prosty - ściąganie muzyki to coś, co można nazwać kradzieżą. Oto moja odpowiedź na całą inicjatywę:

Aby być bardziej obiektywnym, na stronie można znaleźć również informacje nieco bliższe rzeczywistości. Oto i przykład - fragment dot. ściągania muzyki z Internetu z punktu widzenia prawa (artykuł „Prawo a muzyka”):

Uspokajamy, etyka etyką – z prawnego punktu widzenia jest to rzeczywiście legalne.

Wieczór z Open Source 2010

2010-05-25, Wtorek 23:17:08 +0200, autor Karol „Zal” Zalewski, licencja LPRCTKC

Zapraszam wszystkich zainteresowanych w dniu 2010-06-11 na Wieczór z Open Source 2010. Spotkanie odbędzie się w Wyższej Szkole Informatyki w Łodzi, ul. Rzgowska 17a. Zarówno kilku Joggerowiczów (Matthew oraz Paszczak), jak i ja sam, będziemy mieć podczas spotkania okazję wygłoszenia prezentacji dot. FLOSS.

Konferencja jest przeznaczona dla wszystkich, którzy chcą posłuchać czegoś o Open Source. Poruszane tematy będą zarówno dla początkujących jak i zaawansowanych. Wykłady oraz warsztaty przygotowane są w taki sposób, aby każdy odszukał w nich coś interesującego dla siebie oraz były inspiracją do dalszej nauki i poznawania Open Source.

Program na dzień obecny:

Temat Prelegent
LaTeX: Jak szybko i łatwo tworzyć dokumenty doskonałe Karol Zalewski
Wordpress Maciej Palmowski
Open Source w telefonach komórkowych na przykładzie Maemo 5 Maciej Jabłoński
Cachowanie i kompresja w protokole HTTP – jak oszczędzić łącze i serwery Konrad Stępień
HTML5 i CSS3 Jan Kraus
Why everything is worse than git Mateusz Marek
java.lang.OutOfMemoryError Kamil Porembiński

Więcej informacji można znaleźć na stronie imprezy: Wieczór z Open Source 2010

Po BarCampie Wolności w Kulturze

2010-05-25, Wtorek 20:41:00 +0200, autor Karol „Zal” Zalewski, licencja LPRCTKC

Poniżej zamieszczam tekst, który całkiem wiernie oddaje treść mojej wypowiedzi z BarCampu Wolności w Kulturze zorganizowanego w Gdańsku 15 maja 2010 roku przez Indeks 73. Moje przemówienie trwało około 7 minut i również tyle samo czasu przeznaczono na dyskusję po nim. Sam pomysł tematu zrodził się już na samym BarCampie, więc wybaczcie nieco chaotyczną strukturę. Jeżeli ktokolwiek miałby ochotę - proszę śmiało komentować.

„Wolność, kultura, cenzura: Spojrzenie na kulturę z punktu widzenia ekonomisty”

Na kulturę można spoglądać z różnych perspektyw i ujmować ją na wiele sposobów. Przykładem takiego spojrzenia może być memetyka, czyli nauka, której początków można doszukiwać się w pracach Richarda Dawkinsa, brytyjskiego biologa, a która nawiązuje do podobieństw między kulturą, a genetyką (np. zachodzący proces ewolucji). Ja sam postaram się dzisiaj zaprezentować jeszcze inną wizję, o tyle interesującą i drażliwą, iż dotyczącą historii, biznesu oraz wolnej kultury.

Jeszcze kilkanaście lat temu podział na twórców oraz wydawców był czymś logicznym i oczywistym. Charakter tradycyjnych mediów (np. książek, czy też płyt CD-Audio) sprawia, iż trudno przy ich pomocy dotrzeć do wielu odbiorców bez ponoszenia kosztów i ryzyka. Do wydania utworu na większą skalę niezbędne są maszyny (np. drukujące książki, czy też tłoczące płyty), wykorzystywane przez nie materiały (np. papier) oraz dostęp do sieci dystrybucji (np. transport książek do sklepów). Wszystko to sprawia, iż przeciętny autor nie jest w stanie utrzymywać własnego wydawnictwa i jest niejako zmuszony do korzystania z usług profesjonalnych wydawców. Po prostu nie byłby on w stanie ponieść kosztów z tym związanych. Znamy już zatem sytuację autora korzystającego z tradycyjnych mediów. Jaka jest w takim razie sytuacja wydawcy? Przede wszystkim jest on przedsiębiorcą, którego celem jest minimalizowanie ryzyka inwestycji przez niego realizowanych i zarabianie na nich. To on, ponosząc ryzyko, musi podjąć decyzję, czy wydać prace danego autora. Proszę zauważyć, że ew. „cenzura” na tym etapie nie wynika z jego winy - będąc przedsiębiorcą nie ma innego wyjścia. Nigdy nie ma pewności, czy np. wydrukowana i dostarczona do sklepów książka zostanie sprzedana. Również naturalnym jest to, iż wydawcy dążą do tego, aby zabezpieczyć swoje interesy.

W ekonomii bardzo często mówi się o naczyniach połączonych - zmiana jednego elementu wpływa na inne elementy. Tak też jest i w przypadku wydawców. Rynek, kultura, nauka, prawo itp. wpływają na siebie nawzajem. Dostatecznie duże przedsiębiorstwa lub duża liczba małych, lecz współpracujących firm nie tylko podlega presji otoczenia, ale również jest zdolna do jego zmiany. W przypadku wydawców można to zauważyć analizując obecną konstrukcję oraz rozwój prawa autorskiego. Zmiany te są na tyle istotne, iż mają one również znaczenie dla kultury - szczególnie teraz, gdy pojawienie się Internetu i jego popularyzacja wstrząsnęły naszym światem. Technika kolejny raz odmieniła oblicze kultury i biznesu. Od momentu pojawienia się Internetu każdy autor może być równocześnie wydawcą, który dociera do niemal każdego miejsca świata za ułamek tej kwoty, która była niezbędna w przypadku tradycyjnych mediów. Jednak prawo, jak i biznes nie zmieniają się tak szybko, jak technika, a to jest przyczyną pewnych problemów. To właśnie ich istnienie przyczyniło się do powstania ruchu wolnej kultury. Ruchu mającego na celu propagowanie kultury bazującej na zezwoleniach. Oczywiście, idea taka stoi w opozycji do zamysłu twórców obecnie funkcjonującego prawa autorskiego, które oparte jest na monopolu twórcy. Prawo mówi „tylko twórca może zezwolić na dystrybucję jego utworów”, zaś wolna kultura dodaje „zatem może też pozwolić na nieograniczone kopiowanie i modyfikowanie swoich dzieł”. O wolnej kulturze można byłoby mówić naprawdę długo. Ja chciałbym skupić się na jednym z jej aspektów próbując odpowiedzieć na interesujące z punktu widzenia ekonomisty pytanie. Czy twórca może zarabiać na utworach wydanych na wolnych, zgodnych z założeniami wolnej kultury, licencjach?

Moim zdaniem - TAK! Karl Fogel (programista wspierający ruch wolnego oprogramowania) w swoim eseju pt. „Zapowiedź świata post-copyright” sugeruje istnienie co najmniej dwóch możliwości. Pierwszym z nich są darowizny oparte o bankowość elektroniczną i mikropłatności. Jeżeli przekazanie autorowi 1 PLN wymaga jedynie jednego kliknięcia, to czemu by tego nie uczynić, jeżeli jego twórczość jest dobra? Złotówka to niewiele. Przynajmniej dla samego odbiorcy. Co jednak powie autor, gdy takich chętnych znajdzie się ponad kilkanaście tysięcy? W skali Internetu to naprawdę niewielka liczba osób. Takie rozwiązanie zostało już wdrożone w życie i można je zaobserwować np. w serwisie Jamendo udostępniającym darmową muzykę na wolnych licencjach. Druga opcja dotyczy większych przedsięwzięć, których powstawanie wymaga znacznego kapitału. Wystarczy jedynie przesunąć darowizny w czasie tj. zbierać je jeszcze przed powstaniem projektu. Jak to czynić? Opisać precyzyjnie projekt, przedstawić plan jego tworzenia i pokazać dotychczas wykonane prace. Wszyscy ci, którzy będą chcieli ujrzeć go skończonego będą mogli wesprzeć autora, a sam autor zobowiąże się do jego wydania na wolnej licencji. To również działa - wystarczy zajrzeć na stronę Kickstarter.com. Zapraszam do zapoznania się z nim. Podsumowując, wolna kultura nie czyni autora biedniejszym. Wolna kultura nie stoi w opozycji do wydawcy. Wolna kultura wymaga po prostu zmiany sposobu myślenia. Bez względu na to, czy mowa o autorze, czy też o wydawcy.

Tekst mojego przemówienia, jak i innych uczestników, dostępny jest również na stronach Indeksu 73.

Starsze wpisy |