] > Karol „Zal” Zalewski - Blog - http://blog.4zal.net/kategoria/software/kryptografia/

Dzielenie sekretu

2010-08-02, Poniedziałek 14:45:33 +0200, autor Karol „Zal” Zalewski, licencja LPRCTKC

W ciągu ostatnich kilku dni zrobiło się stosunkowo głośno o rozpoczęciu działania na skalę globalną systemu DNSSEC. Wygląda na to, że w końcu zabezpieczono jeden z najsłabszych elementów Internetu, jakimi były DNS-y. Oczywiście, nie byłoby to możliwe bez wykorzystania osiągnięć kryptografii pod postacią szyfrów symetrycznych oraz asymetrycznych. Pojawia się tutaj jednak jeszcze jeden element, o którym warto wspomnieć. Jest to tzw. dzielenie sekretu. Cała siła systemu DNSSEC tkwi w kluczu głównym. Jego utrata bądź nieautoryzowany dostęp do niego naraziłyby na szwank cały Internet. Prosty backup nie wchodził zatem w grę. Zdecydowano się wykorzystać protokół dzielenia sekretu. Poniżej znajduje się krótki i przystępny opis tej koncepcji.

Postanowiono podzielić klucz na 7 części (rozdano je różnym osobom z całego świata) tak, aby do jego odzyskania wystarczyło 5 dowolnych fragmentów. Odtworzenie klucza przy pomocny mniejszej liczby części, czyli tzw. cieni, miało być niemożliwe do wykonania. Proces ten najłatwiej opisać w oparciu o protokół Blakleya. W uproszczeniu można to przedstawić w następujący sposób. W przestrzeni trójwymiarowej, aby określić położenie konkretnego punktu należy posłużyć się trzema różnymi, nierównoległymi płaszczyznami. Oczywiście, takich płaszczyzn przechodzących przez ten punkt można wygenerować nieskończenie wiele, ale trzeba posiadać, co najmniej trzy by móc go odtworzyć. Nasz sekret to jedna ze współrzędnych tego punktu (np. X). Mniejsza liczba płaszczyzn nie pozwala na odkrycie żadnej wskazówki dot. naszego sekretu (w przypadku przecięcia się dwóch płaszczyzn otrzymujemy prostą). Manipulując liczbą wymiarów, w których znajduje się punkt, manipulujemy również liczbą płaszczyzn wymaganych do jego odtworzenia. Zatem w przypadku DNSSEC wygenerowano 7 płaszczyzn dla każdego punku umieszczonego w przestrzeni pięciowymiarowej. O ile skorzystano z protokołu Blakleya.

Powyższe podejście jest stosunkowo prymitywne, nieodporne na oszustwa (spróbujcie podłożyć fałszywą płaszczyznę i określić, która z nich jest oszustwem nie znając prawidłowego punktu), ale zapewnia pożądaną nadmiarowość i większe bezpieczeństwo, niż próba podzielenia sekretu na części w sposób intuicyjny (np. hasło „sekret” dzielimy na trzy fragmenty - „se----”, „--kr--” i „----et”). Istnieją protokoły umożliwiające wykrywanie oszustwa (a nawet konkretnych oszustów) oraz np. określenie maksymalnej liczby cieni wymaganych do odtworzenia pierwotnej wiadomości. Możliwe jest także tworzenie bardziej skomplikowanych rozwiązań, kiedy to poszczególni posiadacze cieni mają różną wagę „głosu” (np. dwóch generałów lub dwudziestu oficerów wystarcza do odtworzenia sekretu). Cała koncepcja z punktu widzenia teorii informacji ma swoje ograniczenia, ale jest wykorzystywana w praktyce np. do tworzenia kopii kluczy prywatnych OpenGPG. Ja sam interesuję się nią ze względu na możliwość wykorzystania jej przy tworzeniu bezpiecznych, niezawodnych i zdecentralizowanych baz danych np. dla systemów agentowych.

Osobom zainteresowanym tą tematyką polecam zajrzenie do publikacji autorstwa Bruce Schneiera (np. do bardzo popularnej jego książki pt. „Kryptografia dla praktyków”). Dobrym punktem wyjścia jest również anglojęzyczna Wikipedia.

Manifest kryptoanarchistyczny: „Od kuszy do kryptografii, czyli psucie państwu szyków przy pomocy techniki”

2010-07-06, Wtorek 12:50:16 +0200, autor Karol „Zal” Zalewski, licencja LPRCTKC

Już dwa razy zdarzyło mi się odwoływać do tekstów opublikowanych w MindFucku, czyli nieregularniku anarchistycznym. Za pierwszym razem umieściłem u siebie tekst Erica Raymonda (osoby znanej z zaangażowania w ruch Open Source) „Dlaczego jestem anarchistą?”, natomiast w drugim przypadku był to opis „Zabójczej Loterii Narodowej” (ang. dead pool) Jamesa Daltona Bella. Ja co prawda anarchistą nie jestem (może kryptoanarchistą) pomimo tego, iż libertarianizm ociera się o pewne formy anarchizmu, ale uważam, że niektóre teksty anarchistyczne są bardzo interesujące. Oto i kolejny z nich znaleziony w drugim numerze MindFucka, tym razem manifest kryptoanarchistyczny autorstwa Chucka Hammilla. Przypominam, że cały esej (również jego tłumaczenie autorstwa Jacka Sierpińskiego) jest dostępny na licencji „rób, na co tylko masz ochotę”, a tam, gdzie jest to możliwe, należy do domeny publicznej. I jeszcze jedna mała uwaga - oryginalny tekst został napisany w 1989 roku.

Od kuszy do kryptografii, czyli psucie państwu szyków przy pomocy techniki

O tej maksymie – przysłowiu – powszechnie przypisywanej Eskimosom zapewne słyszeliśmy wszyscy; lecz o ile prawdopodobnie nie będziemy sprzeczać się z mówiącym to, o tyle możemy odbierać ją jako zwyczajny frazes, który niczego już nas nie nauczy i być może jesteśmy już zmęczeni jej wysłuchiwaniem. Dlatego powtórzę to teraz:

Jeśli dasz człowiekowi rybę, to nakarmisz go na jeden dzień. Ale jeśli nauczysz człowieka, jak łowić ryby, to nakarmisz go na całe życie.

Prawdopodobnie postrzegałeś ten cytat w kontekście opozycji „workfare” do „welfare”; mianowicie, jeśli chce się naprawdę pomóc komuś w potrzebie, powinno się go nauczyć, jak ma zarabiać na środki swojego utrzymania, a nie, jak po prostu o nie żebrać. I jest to oczywiście prawda, choćby dlatego, że jeśli będzie on głodny następnym razem, to w pobliżu może nie być nikogo, kto chciałby czy nawet mógłby dać mu rybę, podczas gdy dysponując informacją, jak łowić ryby, jest on całkowicie niezależny.

Twierdzę jednak, że wyczerpuje to jedynie pierwszą warstwę zawartości tego cytatu i zmarnowałbym nasz czas cytując go po raz kolejny, jeśli nie było tam nic więcej do zebrania. Zresztą wydaje się on mieć niemal kryptoaltruistyczny wydźwięk, sugerując jak gdyby, że powinniśmy układać nasze sprawy tak, by zwiększać korzyści głodnych żebraków, jakich możemy napotkać.

Ale zauważmy: przypuśćmy, że ten Eskimos nie wie, jak łowić ryby, ale wie, jak polować na morsy. Ty zaś podróżując przez kraj morsów bywasz często głodny, bo nie masz pojęcia, jak chwytać te przeklęte stworzenia i być może zjadły ci one wiele ryb, które mógłbyś złapać. Przypuśćmy teraz, że decydujecie się wymienić informacjami, wymieniając wiedzę o łowieniu ryb na wiedzę o polowaniu na morsy. Pierwszą rzeczą, jaką obserwujemy jest to, że tego rodzaju transakcja kategorycznie i niedwuznacznie obala marksistowskie założenie, że każdy handel musi mieć „zwycięzcę” i „przegrywającego” – ideę, że jeśli jedna osoba zyskuje, musi to koniecznie zachodzić „kosztem” innej osoby, która traci. Rzecz jasna w tym scenariuszu taki przypadek nie zachodzi. Każda ze stron zyskała coś, czego nie miała przedtem i nie została przy tym w jakikolwiek sposób uszczuplona w swym stanie posiadania. Gdy przychodzi do wymiany informacji (a nie przedmiotów materialnych), życie nie jest już dłużej grą o sumie zerowej. Jest to niezwykle doniosłe. „Prawo malejących zysków”, „pierwsze i drugie prawo termodynamiki” – wszystkie te „prawa”, które w innych kontekstach ograniczają nasze możliwości – nie krępują nas więcej! Jest to anarchia nowego i podniecającego rodzaju!

Rozważmy inną możliwość: przypuśćmy, że ten głodny Eskimos nigdy nie nauczył się łowić ryb, bo władca jego plemienia uznał łowienie za nielegalne. Mówi on nam, że ponieważ ryba zawiera niebezpieczne małe ości, a czasami szpiczaste kolce, jego władcy zarządzili, że konsumpcja, a nawet posiadanie ryb jest zbyt ryzykowne dla ludzkiego zdrowia, aby było dozwolone – nawet dla dobrze poinformowanych, chętnych dorosłych osób. Być może jest tak dlatego, że ciała obywateli uważane są za własność plemienną i co za tym idzie funkcją władcy jest karanie tych, którzy niewłaściwie troszczą się o ten majątek. Albo może jest tak dlatego, że jego władca wspaniałomyślnie rozszerza na kompetentne dorosłe osoby „korzyści” przewidziane dla dzieci i umysłowo chorych: pełnoczasowy, wszechogarniający nadzór – tak, by nie musieli się oni kłopotać dokonywaniem wyborów zachowań uważanych za fizycznie ryzykowne lub moralnie „nieprzyzwoite”. W każdym razie patrzysz zdumiony, gdy twój eskimoski informator opowiada, że prawo to traktowane jest tak poważnie, iż jego przyjaciel został niedawno uwięziony na wiele lat za zbrodnię „posiadania dziewięciu uncji pstrąga, z zamiarem sprzedaży”.

Możesz teraz dojść do wniosku, że społeczeństwo tak groteskowo opresyjne, że narzuca tego rodzaju prawa jest po prostu afrontem dla godności wszystkich ludzkich istot. Możesz pójść dalej i zdecydować się poświęcić część swojego czasu na psucie szyków tyranowi. (Twój motyw może być „altruistyczny”, w rodzaju pragnienia wyzwolenia uciskanych, lub „egoistyczny”, w rodzaju chęci dowiedzenia, że możesz przeciwstawić się uciskającemu, lub – bardzo możliwe – może być on kombinacją tych lub innych powodów).

Ale skoro nie masz ochoty zostać męczennikiem swojej „sprawy”, nie będziesz montował kampanii wojskowej czy nawet próbował przemycić łodzi ryb. Jednak technika – w szczególności technika informacyjna – może zwielokrotnić twoją skuteczność dosłownie sto razy. Mówię „dosłownie”, bo za ułamek wysiłku (i właściwie bez ryzyka) towarzyszącego przemycaniu stu ryb, możesz całkiem łatwo wyprodukować sto kserokopii instrukcji łowienia ryb. Jeśli rząd, jak we współczesnej Ameryce, pozwala przynajmniej otwarcie dyskutować o rzeczach, których robienie jest zabronione, powinno to wystarczyć. Ale jeśli rząd próbuje zlikwidować również przepływ informacji, to będziesz musiał podjąć trochę większy wysiłek i być może napisać swoją instrukcję łowienia ryb w zaszyfrowanej formie na dyskietce lub zagrzebać ją w niewykonywalnej części kodu gry komputerowej. Odbiorca (skoro tylko zna sekret) może łatwo wyciągnąć informację ze swego komputera, ale żaden nieproszony plemienny szpicel nie dowie się niczego.

Technika – w szczególności komputerowa – dostawała często niezasłużone szturchańce od miłośników wolności. Mamy skłonność myśleć o 1984 Orwella czy o Brazil Terry’ego Gilliama, czy o wykrywaczach ciał utrzymujących niewolników-obywateli Berlina Wschodniego po ich stronie granicy, czy o wyszukanych urządzeniach używanych przez Nixona do szkodzenia ludziom ze swej „listy wrogów”. Albo przyznajemy, że za cenę biletu na Concorde możemy lecieć z dwukrotną prędkością dźwięku, ale tylko wówczas, gdy przejdziemy najpierw przed magnetometrem obsługiwanym przez rządowego policjanta, pozwalając mu nas przeszukać i obmacać nasze bagaże, jeśli urządzenie zapiszczy.

Ale takie nastawienie umysłu jest poważnym błędem! Zanim zaczęto używać elektrycznych pastuchów, rządy torturowały swych więźniów kijami i gumowymi wężami. Zanim do szpiegowania zaczęto używać lasery, rządy używały lornetek i ludzi czytających z ruchu warg. Chociaż rząd w oczywisty sposób używa techniki w celach ucisku, zło tkwi nie w narzędziach, lecz w tych, którzy je dzierżą.

W rzeczywistości technika stanowi jedną z najbardziej obiecujących dróg odebrania naszej wolności tym, którzy ją ukradli. Ze swej natury faworyzuje ona bystrego (który potrafi ją użyć) nad tępym (który nie potrafi). Faworyzuje ona elastycznego (który szybko dojrzy zalety nowego) nad ospałym (który trzyma się wypróbowanych metod). A czy są lepsze słowa do opisania jakiejkolwiek rządowej biurokracji niż „tępa” i „ospała”?

Jednym z najjaskrawszych, klasycznych triumfów techniki nad tyranią był wynalazek „broni osobistej” – przenośnej kuszy. Dysponując nią, niewyćwiczony wieśniak mógł łatwo i śmiertelnie trafić w cel z pięćdziesięciu metrów – nawet jeśli ten cel był konnym, opancerzonym rycerzem. (Inaczej niż długi łuk, który był niewątpliwie potężniejszy i mógł wystrzelić w danym czasie więcej strzał, kusza nie wymagała żadnych specjalnych ćwiczeń. Podczas gdy łuk wymagał dla osiągnięcia jakiegokolwiek stopnia celności opanowania wzrokowej, dotykowej i mięśniowej koordynacji, dzierżyciel kuszy mógł po prostu położyć broń na ramię, nacelować ostrze strzały i mieć uzasadnione podstawy pewności trafienia w cel).

Co więcej, skoro jedynymi konnymi rycerzami odwiedzającymi naszego przeciętnego wieśniaka byli rządowi żołnierze i poborcy podatków, użyteczność tego urządzenia była oczywista. Pospólstwo mogło się z nim bronić nie tylko przed sobą nawzajem, ale i przeciw swoim rządowym panom. Był to średniowieczny odpowiednik pocisku przeciwpancernego i co za tym idzie królowie oraz księża (średniowieczny odpowiednik Biura ds. Alkoholu, Tytoniu i Kusz) grozili za jego bezprawne posiadanie odpowiednio śmiercią i ekskomuniką.

Wracając do teraźniejszości, komputer osobisty (z uruchomionym na nim systemem szyfrującym z kluczem publicznym) przedstawia sobą odpowiednik przeskoku kwantowego – w dziedzinie broni defensywnej. Taka technika może być używana nie tylko do ochrony posiadanych przez kogoś wrażliwych danych, ale też do wymieniania przez dwie obce sobie osoby informacji przez niezabezpieczony kanał komunikacyjny – na przykład podsłuchiwaną linię telefoniczną czy nawet radio – bez jakiegokolwiek wcześniejszego spotkania w celu wymiany kluczy do szyfru.

Dysponując komputerem za pięćset dolarów możesz stworzyć szyfr, którego wart setki milionów dolarów Cray X-MP nie złamie w rok. Za parę lat powinno być ekonomicznie wykonalne szyfrowanie w podobny sposób także komunikatów głosowych; wkrótce potem pełnokolorowych, cyfrowo przetworzonych obrazów video. Technika odeśle podsłuch do lamusa! Ogólniej mówiąc, zniszczy ona całkowicie rządową kontrolę nad przepływem informacji!

Najbardziej obiecującym z tych kryptograficznych schematów wydaje się być algorytm RSA, nazwany tak od Rivesta, Shamira i Adelmana, którzy go wspólnie stworzyli. W formalnym wyprowadzeniu zawiera on trochę umiarkowanie trudnej matematyki (liczby pierwsze, modulo, „małe twierdzenie Fermata”), ale jego istotą jest to, że jeśli dany jest iloczyn dwóch bardzo wielkich liczb pierwszych, otrzymanie ich z jego analizy jest obliczeniowo niewykonalne. „Obliczeniowo niewykonalne” znaczy, że jeśli każdy czynnik ma około 200 cyfr, to najpotężniejszy istniejący komputer będzie potrzebował ponad wiek na rozłożenie ich 400-cyfrowego iloczynu.

Zamieniając czyjąś wiadomość na „liczbę” (nawet stosując coś tak prostego, jak A=01, B=02, …, Z=26) i wykonując na niej odpowiednie przekształcenie, uzyskuje się nową liczbę, która jest zaszyfrowanym przekazem. Odbiorca wykonuje następnie na tej liczbie podobne przekształcenie w celu odtworzenia pierwotnej wiadomości.

Tym, co czyni to przełomowym odkryciem i ze względu na co nazywa się to szyfrem z kluczem publicznym jest fakt, że mogę jawnie opublikować dwa liczbowe parametry, które pozwolą każdemu wysłać do mnie zaszyfrowaną wiadomość, utrzymując równocześnie w tajemnicy trzeci parametr, tak, że nikt poza mną nie może rozszyfrować takiego przekazu. Wyeliminowany został krok stanowiący uprzednio trudność (wymienianie kluczy szyfrujących z inną osobą). W ten sposób ludzie, dla których fizyczne spotkanie jest niemożliwe, niekorzystne lub niebezpieczne mogą łatwo wymieniać zaszyfrowane wiadomości – każda strona wybiera i rozpowszechnia swoje dwa publiczne parametry, utrzymując równocześnie w tajemnicy trzecie.

Inną korzyścią tego systemu jest pojęcie „podpisu cyfrowego”, umożliwiające identyfikację źródła danego przekazu. Dokonując dodatkowego kroku szyfrującego przy pomocy mojego tajnego parametru i wymagając od odbiorcy dokonania przy rozszyfrowaniu dodatkowego działania przy użyciu moich publicznych parametrów – mogę dowieść, że otrzymany przez niego przekaz nie mógł być wysłany przez nikogo innego prócz mnie! Tak, że nie tylko mamy łatwe zabezpieczenie transmisji przekazu przez anonimowy, niezabezpieczony kanał komunikacyjny, ale również możemy pozytywnie zidentyfikować nadawcę takiej wiadomości!

Oczywiście są to dokładnie te troski, które dziś dręczą w kwestii komputerów osobistych Związek Radziecki. Z jednej strony przyznają oni, że uczniowie amerykańscy dorastają w tej chwili dysponując komputerami będącymi rzeczą tak pospolitą, jak suwaki logarytmiczne – nawet bardziej, bo komputery mogą robić wiele rzeczy interesujących i instruujących 3-4-latki. I są to ci sami uczniowie, którzy za jedno pokolenie staną naprzeciw swych sowieckich odpowiedników. Trzymanie się z tyłu musi być dla Sowietów tak samobójczym krokiem, jak kontynuowanie nauki szermierki, gdy przeciwnicy produkują karabiny. Z drugiej strony komputer, czymkolwiek jeszcze może być, jest także niezwykle skuteczną maszyną kopiującą – dyskietka za 25 centów zawiera z górą 50000 słów tekstu i może być powielona w parę minut.

Jakby samo to nie byłoby wystarczającym zagrożeniem, komputer tworzący kopie może jeszcze szyfrować dane w sposób, który jest prawie nie do złamania. Pamiętajmy, że w społeczeństwie sowieckim nie są znane publicznie dostępne kserokopiarki (stosunkowo mała liczba istniejących maszyn jest kontrolowana intensywniej niż w USA pistolety maszynowe).

Dzisiejsi polityczni „konserwatyści” twierdzą, że nie powinniśmy sprzedawać Sowietom komputerów osobistych, bo mogą użyć je do celów militarnych. „Liberałowie” utrzymują, że powinniśmy im je sprzedawać w interesie wolnego handlu i współpracy – i jeśli nie będziemy tego robić, to zrobi to jakiś inny kraj.

Jako wolnościowy cyberpunk twierdzę, że powinniśmy dać je Sowietom za darmo i, jeśli będzie to konieczne, zrobić je dla nich – i, jeśli to nie wystarczy, być może powinniśmy załadować je do Blackbirda SR-71 i zrzucić je o północy nad Moskwą. Płacąc oczywiście z prywatnej subskrypcji, nie z przymusowego opodatkowania…

Przyznaję, że nie jest to stanowisko, które uzyskałoby duże poparcie wśród członków konwencjonalnego lewicowo-prawicowego politycznego spektrum, ale mówiąc słowami jednej z postaci Illuminatusa, jesteśmy politycznymi nieeuklidesowcami: najkrótsza odległość do danego celu nie musi wyglądać jak coś, co większość ludzi uważa za “linię prostą”. Łamanie totalitarnym rządom monopolu na informację jest równoznaczne z łamaniem kręgosłupa ich zdolności uciskania. Komputeryzacja powiększa wolność każdego mężczyzny, kobiety i dziecka na tej planecie – i zrobi to bez jawnego czy ukrytego otwierania ognia!

Przyznajemy, że historię kształtowali ludzie o nazwiskach takich, jak Waszyngton, Lincoln, …, Stalin, Nixon, Marcos, Duvalier, Noriega i tym podobnych. Ale powinniśmy przyznać, że kształtowali ją także ludzie o nazwiskach Edison, Curie, Marconi, DeForest i Wozniak. I to drugie kształtowanie było co najmniej tak samo skuteczne, i nawet w przybliżeniu nie tak krwawe.

W swej książce How I Found Freedom in an Unfree World, Harry Browne czyni znaczące spostrzeżenie, że prawdopodobieństwo sukcesu jakiegokolwiek przedsięwzięcia jest odwrotnie proporcjonalne do liczby ludzi, których trzeba przekonać w celu jego dokonania. Tak, ze o ile przekonanie rządu, by skończył z praktyką cenzury i podsłuchiwania może być niemożliwe, o tyle zatrudnienie techniki szyfrującej do skończenia z tym samemu jest zadaniem trywialnym.

Patrząc dookoła, natychmiast widać nasuwające się dodatkowe zastosowania technarchii do rozwiązywania tego, co inaczej byłoby problemem politycznym: Saudyjczyk pragnący cieszyć się psychoaktywnym narkotykiem alkoholem zrobiłby mądrzej ucząc się chemicznego procesu fermentacji i destylacji, niż zużywając czas na nakłanianie swoich władców do zmiany islamskiego prawa. Niemiec ze Wschodu, który wolałby być Niemcem z Zachodu postąpiłby lepiej studiując aerodynamikę szybowców czy balonów, niż prosząc lub żebrząc o wizę wyjazdową.

Nie bez powodu rewolwer kalibru .45 nazywano na Dzikim Zachodzie „zrównywaczem”. Stwarzał on najdrobniejszej dziewczynie z rewii możliwość obrony przed najbardziej krzepkim i brutalnym kowbojem. (Niektórzy mówią, że ruch na rzecz “kontroli broni” zrodził się, gdy okazało się, ze pozwala jej to także odeprzeć napaść rządowego szeryfa, ale to już inna historia). Komputer osobisty jest dziś „zrównywaczem” nie w dziedzinie brutalnej siły, ale przetwarzania informacji i idei.

Jak tylko nanotechnologia dostarczy urządzeń peryferyjnych, jakakolwiek rzecz złożona z jakichkolwiek substancji będzie mogła być zbudowana w czyimkolwiek garażu, jak tylko ta rzecz i te substancje zostaną wymodelowane matematycznie. W rezultacie rząd nie będzie mógł dłużej ogłaszać rzeczy i substancji za nielegalne – i będzie musiał znów wejść w jedyną uprawnioną rolę, jaką kiedykolwiek odgrywał: rolę tego, kto chroni obywateli przed innymi, którzy ich atakują. Tygrys zostanie wsadzony do klatki, na dobre i złe!

Co za tym idzie, gdy następnym razem będziesz patrzeć na tych, którzy będą chcieli być twoimi „wodzami” ze zdziwieniem i poczuciem zniewagi, i myśleć: „Dobrze, jeśli 51% tego narodu, 51% tego stanu i 51% tego miasta musi zmądrzeć, zanim będę wolny, to równie dobrze każdy mógłby podciąć mi moje pieprzone gardło i zostawić mnie na pastwę losu!” – uznasz, że sytuacja nie jest całkiem ponura. Technika – w szczególności technika komputerowa – może pomóc ci uczynić się jednostronnie wolnym!

Wchodzimy w ostatnią dekadę tego, co Timothy Leary nazwał Ryczącym Dwudziestym Stuleciem i każdy jej dzień ukazuje nam coraz bardziej oczywistość prawdy zawartej w jego zachęcie: „If you’re wise… digitize”.

Miniblog: Bruce Schneier a konflikt na linii Google-Chiny

2010-01-27, Środa 15:36:33 +0100, autor Karol „Zal” Zalewski, licencja LPRCTKC

In the aftermath of Google's announcement, some members of Congress are reviving a bill banning U.S. tech companies from working with governments that digitally spy on their citizens. Presumably, those legislators don't understand that their own government is on the list.

Bruce Schneier, amerykański kryptograf i specjalista z zakresu bezpieczeństwa teleinformatycznego.

Cytat pochodzi z artykuł datowanego na 23 stycznia i opublikowanego na stronach CNN. Uważam, że warto zapoznać się całą jego treścią. Bruce tak, jak ma to w zwyczaju, spokojnie i rozsądnie opisuje, jakie zagrożenia niesie ze sobą istnienie systemów służących do inwigilacji elektronicznej całych państw. Co więcej, nie pisze jedynie o tym, co może się stać, lecz także o tym, co już się stało i dlaczego miało to miejsce.

Miniblog: uTORuj sobie drogę do wolności!

2010-01-17, Niedziela 16:39:41 +0100, autor Karol „Zal” Zalewski, licencja LPRCTKC

Ponad 38 milionów obywateli, kilkanaście milionów Internautów i jedynie około 30 węzłów Tora. Polaku! Wesprzyj wolność i anonimowość w Internecie! Stwórz własny przekaźnik Tora!

Nie wymaga to wiele pracy, ani ogromnego pasma, a przekaźnik nie będący węzłem wyjściowym utrzymywać może każdy.

Zaufanie

2010-01-13, Środa 12:37:27 +0100, autor Karol „Zal” Zalewski, licencja LPRCTKC

Czy jest coś gorszego od braku wolności, bezpieczeństwa oraz prywatności? Sądzę, że tak. Jest to złudzenie tego, iż jest się wolnym i bezpiecznym.

Jest oczywistym, że w przypadku, kiedy to mamy fałszywy obraz otoczenia, w którym to działamy, działania nasze są nieadekwatne do rzeczywistej sytuacji. Nieprawidłowa ocena wynika zapewne z braku wiedzy i doświadczenia, a przynajmniej tak podpowiada mi moja intuicja. Do czego zmierzam?

W przypadku zdecentralizowanego OpenPGP (WoT), jak i scentralizowanego X.509 (PKI) kluczowym elementem systemu, pomijając techniczne aspekty działania tegoż, jest zaufanie. W przypadku OpenPGP każdy może potwierdzić tożsamość drugiej osoby poprzez podpisanie jej klucza publicznego. Każdy też może stworzyć klucz wykorzystując do tego fałszywe dane i rozpropagować go w Internecie. Każdy, kto uczestniczy w takiej sieci zaufania (ang. web of trust) jest tego świadomy. W przypadku X.509, poza nielicznymi przypadkami działającymi na zasadzie WoT, tożsamość potwierdza urząd rejestracji, a certyfikat wystawia urząd certyfikacyjny (ang. certification authority). Chciałbym zauważyć, że w polskich realiach bardziej pasuje tu tłumaczenie słowa „authority” na „autorytet”, czyli „instytucję cieszącą się poważaniem, uznaniem”. I tutaj pojawia się pewien problem, jako że - powiedźmy to wprost - tylko niewielu orientuje się, dlaczego korzystając ze współczesnych przeglądarek WWW oraz protokołu HTTPS niektóre strony są przez przeglądarkę akceptowane (tj. jarzą się zielenią w pasku adresu), a inne wywołują komunikaty błędu. To samo tyczy się podpisanej cyfrowo poczty elektronicznej. I nie, nie mam tutaj na myśli braku szczegółowej wiedzy z zakresu działania systemów kryptograficznych, lecz wiedzę dot. znaczenia zaufania w takich rozwiązaniach.

Niewielu użytkowników orientuje się, że w standardowej konfiguracji całe to zaufanie i bezpieczeństwo zależy od tego, czy do ich przeglądarki/klienta pocztowego trafił certyfikat CA. Przykładowo, w przypadku produktów Microsoftu, aby certyfikat znalazł się w programie i był wraz z nim dystrybuowany, konieczne jest przejście całego procesu na który składa się między innymi audyt CA. Oczywiście, można samodzielnie dodać certyfikat CA już po instalacji programu, ale nie jest to zadanie dla ZU. Problem polega na tym, iż bez świadomości zasady działania tego systemu użytkownik jest tak samo bezpieczny, jak w przypadku korzystania z OpenPGP, a może i nawet mniejszym stopniu, ponieważ posiada fałszywe poczucie bezpieczeństwa. Pomimo tego, że CA jest bezpieczny z technicznego punktu widzenia to nic nie stoi na przeszkodzie, aby wydał on certyfikat umożliwiający się podszycie pod inną osobę. To nie kwestia zabezpieczeń, a zaufania do danego urzędu. Danych zaszyfrowanych naszym kluczem publicznym nie przejmie, ale...

Oczywiście, są to rozważania natury czysto teoretycznej, ale dzięki takiemu rozumowaniu skłaniam się do tego, aby w przypadku komunikacji osobistej wykorzystywać OpenPGP, a w przypadku bardziej sformalizowanej standard X.509 z wykorzystaniem CA zaakceptowanych przez wszystkie uczestniczące strony.

Miniblog: Zmiana klucza OpenPGP (0x7BAA42D7 -> 0x39FED2FF)

2010-01-09, Sobota 12:36:29 +0100, autor Karol „Zal” Zalewski, licencja LPRCTKC

Jako, iż mój poprzedni klucz OpenPGP (0x7BAA42D7) był stworzony w zamierzchłych czasach, kiedy to jeszcze nie zdawałem sobie sprawy z wad ciphera DSA i kilku innych czynników postanowiłem dziś stworzyć nowy klucz - 0x39FED2FF (ważny do 2011-01-18). Tym razem do szyfrowania i podpisu wykorzystywane są klucze RSA o długości 4096 bitów. Dla pewności - podpisany moim starym kluczem oraz kluczem CAcert.org.

Na marginesie - korzystam z keyservera MIT.

Propozycja kampanii społecznej dot. bezpiecznej komunikacji w Internecie

2009-12-23, Środa 10:42:54 +0100, autor Karol „Zal” Zalewski, licencja LPRCTKC

Mam już serdecznie dosyć pisania i czytania o tym, jakie to finezyjne rozwiązania tworzą europejscy ustawodawcy celem ochrony obywateli, naruszając przy okazji nasze prawo do wolności oraz prywatności. Protestowanie przeciwko takiemu zachowaniu też mija się z celem, gdy duża część społeczeństwa nie czuje się swobodnie poruszając się w tematyce Internetu oraz współczesnych systemów informatycznych. Proponuję rozwiązanie nieco bardziej wyszukane i opierające się o to, co w obecnym świecie odgrywa największą rolę - o wiedzę i dostęp do niej. Stwórzmy kampanię społeczną dot. bezpiecznej i anonimowej komunikacji w Internecie.

Moja koncepcja jest prosta. W ciągu najbliższego czasu chciałbym stworzyć kilka nieskomplikowanych, okraszonych sporą ilością grafiki tekstów skierowanych do użytkowników Windowsa (jednak Linux oraz MacOS też powinny się pojawić) posiadających podstawową wiedzę na temat Internetu oraz oprogramowania komputerowego. Teksty miałyby być przede wszystkim napisane zrozumiałym dla odbiorcy językiem i posiadać objętość pozwalającą na szybkie zapoznanie się z nimi. Proponowane przeze mnie tematy to:

  • bezpieczna poczta elektroniczna - OpenPGP oraz X.509;
  • bezpieczne komunikatory - XMPP, szyfrowanie klient-serwer oraz klient-klient (OpenPGP i Off-the-Record);
  • anonimowość w Internecie - Tor, Freenet oraz GNUnet;
  • szyfrowanie całych dysków - TrueCrypt oraz DM-Crypt;
  • szyfrowanie poszczególnych plików - wsparcie archiwizerów (np. 7-zip) oraz OpenPGP.

Tak powstałe teksty powinny być udostępnione w formie umożliwiającej ich swobodną modyfikację oraz dystrybucję. Marzyłoby mi się opublikowanie ich na stronie w odpowiednio przygotowanej domenie oraz na blogach i serwisach pokroju Dziennika Internautów, Wiadomości24 itp.

Cel kampanii: dostarczyć Zwykłym Użytkownikom praktycznej wiedzy na temat tego, jak chronić swoją prywatność w wirtualnym świecie nie rezygnując z dotychczasowej aktywności. Prace niezbędne do jej przeprowadzenia: stworzenie tekstów oraz ich promocja (nagłośnienie sprawy, umieszczanie tekstów na własnych blogach/serwisach). Opcjonalnie: zrealizowanie centralnego serwisu do składowania tekstów.

Co o tym sądzicie? Czy jest to rozsądne działanie mające szanse na powodzenie?

Miniblog: Tor, Freenet, GNUnet...

2009-12-19, Sobota 11:29:14 +0100, autor Karol „Zal” Zalewski, licencja LPRCTKC

Niebezpieczeństwo takiego modelowania świata polega na tym, że [...] za przyczynę uważa się medium, a nie sprawcę. [...] Na tej samej zasadzie noży kuchennych nie stworzono do zabijania, samochodów do potrącania, a kominiarek i rękawiczek do ukrywania swojej twarzy i linii papilarnych podczas napadów.

Źródło: Anonim za kratami, Paweł Wilk, Heise Online 2009-12-18

Dobry cytat i równie interesujący artykuł dot. tak gorącego ostatnimi czasy tematu anonimowości w sieci oraz prawa do prywatności. Może warto rozpocząć kampanię społeczną? Umieszczać na stronach logo Tora:

Polecam: Tor Project

Powyższe logo jest zarejestrowanym znakiem handlowym The Tor Project, Inc.

I do tego hasło: dbam o swoją prywatność, korzystam z Tora. Lub w alternatywnej wersji: ufam kryptografii, nie państwu.

Przecież ci, którzy nie mają nic na sumieniu, nie mają się czego obawiać...

2009-12-17, Czwartek 19:57:32 +0100, autor Karol „Zal” Zalewski, licencja LPRCTKC

Jest to chyba jeden z najczęściej używanych argumentów w dyskusjach między zwolennikami wszechobecnej inwigilacji, a miłośnikami prywatności, anonimowości i wolności. Moim zdaniem, jest to również jeden z najmniej rozsądnych argumentów. Dlaczego?

Komputer osobisty to jedno z tych narzędzi, które pomimo swojej obecnej popularności, nadal jest narzędziem nietypowym. Zwykłem określać go mianem roweru dla intelektu, który co prawda sam w sobie jest bezużyteczny to jednak w połączeniu ze zwinnym umysłem oraz dostępem do globalnej pajęczyny staje się niesłychanie wartościowy. Komputer jest jednak narzędziem problematycznym głównie z tego względu, iż jest on osobisty. Jeszcze 20-30 lat temu nie stanowiło to żadnego problemu - dostęp do komputerów oraz ich forma prezentowały się zupełnie inaczej. W obecnych czasach nawet użytkownicy sieciowych systemów operacyjnych inaczej spoglądają na swoje narzędzia pracy. W związku z tym, czy komputer oraz to, czego aktualnie część stanowi, czyli Internet, można traktować tak samo, jak inne narzędzia? Kwestię tę poruszymy nieco później, a nim to nastąpi ugryźmy problem prywatności od nieco innej strony.

Dla wielu z nas prywatność jest czymś naturalnym. Zdecydowanie bardziej naturalnym, niż anonimowość, którą trudno osiągnąć w świecie tradycyjnych kontaktów międzyludzkich. Skupmy się jednak na prywatności, do której to prawo gwarantowane jest przez zdecydowaną większość współczesnych państw. Dlaczego zwykliśmy zasłaniać okna? Dlaczego chowamy przedmioty dla nas wartościowe? Dlaczego nie wypowiadamy wszystkich naszych myśli na głos? Dlaczego rzadko chwalimy się naszym życiem intymnym, preferencjami seksualnymi, czy też snami i marzeniami? Jeszcze wiele pytań tego typu mógłbym tutaj zaprezentować. Nie jest to jednak konieczne. Prywatność wynika z potrzeby bezpieczeństwa i niemal każdy z nas widzi, że jej naruszenie w świecie rzeczywistym stanowi ogromną trudność dla potencjalnego inwigilatora. Szczególnie, gdy mowa o próbie inwigilacji większej liczby osób. Z tego też względu można założyć, że prywatność nie tylko wydaje nam się naturalna, ale również taka jest ze względu na to, iż jest to stan, który wymaga mniejszej ilości energii do utrzymania, niż stan przeciwny (tj. stan inwigilacji). Co więcej, przy obecnym stanie techniki nadal istnieje miejsce, którego prywatność możemy ograniczyć jedynie my sami. Mowa o naszych umysłach.

Czasy myślozbrodni minęły już jakiś czas temu. Mam nadzieję, że nigdy już do nich nie powrócimy. Coraz częściej pojawia się jednak problem prywatności w kontekście świata wirtualnego. W przeciwieństwie do świata fizycznego, naruszenie prywatności w Internecie jest zdecydowanie mniej kosztowne, a przy obecnym stanie informatyzacji państwa oraz roli informacji w społeczeństwie jest to działanie bardzo korzystne. Dla kogo? Niemal dla wszystkich. Od przedstawicieli biznesu („co lubi kupować pan Z i jaką reklamę mu podesłać?”), przez znajomych („z kim pan Z kręci?”), aż do aparatu państwowego („czy pan Z uczestniczy w życiu organizacji przestępczych?”). Informacja jest na wyciągnięcie ręki, jej pozyskanie jest tanie, a potencjalne korzyści z jej posiadania wysokie. Trudno zatem przewidywać, aby nikt nie pokusił się o jej zdobycie.

W drugim akapicie niniejszego wpisu wspomniałem o tym, że PC stanowi swego rodzaju przedłużenie intelektu użytkownika. Jest to szczególnie istotne stwierdzenie w kontekście prywatności użytkowników Internetu. Pisałem również o tym, iż umysł jest obecnie jedynym miejscem, do którego bez naszego przyzwolenia inni ludzie nie mają dostępu. Myliłem się. Moja pomyłka wynika z nieuwzględnienia roli i popularności komputerów oraz dostępu do Internetu. Uzyskanie dostępu do naszego prywatnego komputera, do miejsca, w którym to przechowujemy nasze wspomnienia, pomysły, projekty oraz prace, w większości przypadków jest bliskie uzyskaniu dostępu do naszego umysłu. Czy w takim przypadku prawo do obaw mają jedynie ci, którzy mają coś na sumieniu? Czy też również ci, którzy trzymają na nim wartościowe dane, od ujawnienia których zależy ich przyszłość? Wygląda na to, że w momencie zrozumienia tego, jaką rolę w naszym życiu odgrywa obecnie komputer osobisty, łatwo zrozumieć, jak wielkim zagrożeniem dla nas samych jest naruszenie tej sfery prywatności.

Podsumowując, uważam, iż składowanie przez wszelkiego rodzaju dostawców Internetu informacji o działaniach ich użytkowników oraz jakiekolwiek restrykcje związane wykorzystaniem technologii kryptograficznych przez osoby fizyczne stoją w opozycji do prawa każdego z nas do prywatności. Tej znajdującej się najgłębiej i będącej najbardziej wartościową dla osób trzecich. Jej naruszenie może doprowadzić do konieczności stosowania autocenzury (spotykanej już teraz np. w wielu religiach świata). Co więcej, próbę stworzenia Listy Stron Zakazanych, w szczególności pod obecną postacią, pojmuję jako próbę przywrócenia cenzury. Chyba nie muszę wspominać o tym, co sądzę o próbie usprawiedliwienia powyższych działań ochroną praw autorskich, walką z pedofilia itp. chwytającymi za serce argumentami.

Miniblog: Sprzętowe wsparcie dla AES-a

2009-12-03, Czwartek 11:36:36 +0100, autor Karol „Zal” Zalewski, licencja LPRCTKC

To zabawne, iż obecnie istnieją jedynie dwie firmy tworzące procesory zgodne z x86 ze sprzętowym wsparciem dla szyfrowania AES-em. Mowa o AMD i produkowanym, ale nie rozwijanym już Geode oraz o VIA i ich procesorach z PadLock Security Engine. Co ciekawe, tylko ta ostatnia dostarcza również sprzętowy generator losowy oraz narzędzia do szybkiego generowania skrótów SHA-1 i SHA-256.

Czyżby to był aż tak nieopłacalne?

HP Compaq T5520: Cienki klient z GNU/Linuksem na pokładzie

2009-12-02, Środa 01:26:20 +0100, autor Karol „Zal” Zalewski, licencja LPRCTKC

Wstęp

Wszystko zaczęło się od wpisu, który poczyniłem tydzień temu. Zafascynowała mnie koncepcja małego, bezgłośnego, energooszczędnego i taniego komputera, który mógłby pracować w systemie 24/7 i służyć np. za domowy NAS. Terminal HP Compaq T5520 okazał się być łatwo dostępny. Poniżej znajduje się krótki opis tego, czym jest taki terminal i jakie oferuje możliwości.

HP Compaq T5520

Cienki klient HP między popularnym modemem kablowym Motoroli, a routerem Linksysa. Wymiary terminala T5520: około 35 x 10 x 35 centymetrów.

Między bebechami

Na zakupiony przeze mnie model składa się procesor VIA Eden ESP 8000 (rdzeń „Nehamiah” 0,13 µm taktowany 800 MHz, 133 MHz FSB, 64 KiB L2), chipset VIA CLE266, 128 MiB SODIMM (przylutowane do płyty głównej), karta Ethernet 100 Mbit, karta graficzna S3 UniChrome (przywłaszcza sobie 16 MiB z RAM-u) oraz karta muzyczna. Całość dopełniają 4 gniazda USB 2.0, port szeregowy, równoległy, PS/2, VGA, LAN oraz wejście mikrofonowe i wyjście słuchawkowe. Mnie interesowały głównie porty USB, bo i tak większość z pozostałych zostałaby użyta jedynie podczas instalacji systemu operacyjnego. W tym momencie warto od razu odpowiedzieć na pytanie, gdzie taki system można umieścić. Całość dostarczana jest z 64 MB pamięci flash (zawiera ona system Windows CE 5.0) podpiętej przez 2,5" złącze ATA do płyty głównej. Jak łatwo się domyślić, jedną z atrakcji jest możliwość wymienienia jej na 2,5'' dysk twardy z interfejsem ATA - jedyne o czym należy pamiętać to zdobycie odpowiedniej tasiemki IDE (złącza żeńskie-żeńskie). Warto jeszcze wspomnieć, że o ile sam CPU na płycie głównej nie jest zbyt wydajny to całkiem nieźle sprawdza się w przypadku szyfrowania danych cipherem AES ze względu na sprzętowe wsparcie szyfrowania symetrycznego (tzw. VIA Padlock). Przejdźmy teraz do samej kwestii instalacji właściwego systemu operacyjnego.

Instalacja GNU/Linuksa

Pierwsze, co zrobiłem po otrzymaniu sprzętu to jego rozkręcenie oraz wyjęcie na kilka sekund baterii z płyty głównej zasilającej CMOS. W przypadku, gdyby ekran konfiguracji BIOS-u był zabezpieczony hasłem pozwoliłoby mi to na zaoszczędzenie czasu poprzez wcześniejsze usunięcie go w ten sposób. Przy okazji przyjrzałem się wnętrzu urządzenia i sprawdziłem, czy wszystkie kondensatory są w normie. Po złożeniu i podłączeniu peryferiów uruchomiłem terminal trzymając podczas startu klawisz F9 aż do momentu, gdy usłyszałem dźwięk z wbudowanego głośniczka. To oznaczało, że konfiguracja Windowsa CE powróciła do ustawień fabrycznych i będę mógł się z nim nieco pobawić. Zapewniam jednak, że 5 minut w zupełności na to wystarcza. Później pozostało jedynie przejść do konfiguracji BIOS-u i ustawić odpowiednią kolejność bootowania. W moim przypadku koncepcja była prosta.

Nie miałem zamiaru bawić się zbyt długo, dlatego uznałem, że skorzystam z Ubuntu 9.10 Server Edition dostępnego na płycie CD oraz mojego napędu DVD znajdującego się w kieszeni z interfejsem USB. Wbudowany w terminal dysk flash miał posłużyć jako miejsce składowe dla jądra (/boot) oraz GRUB-a, a podpięty przeze mnie 4 GB dysk jako miejsce dla całej reszty systemu (/ oraz swap). Jak pomyślałem tak też zrobiłem. W trakcie instalacji zaliczyłem „freeze”, więc szybko zmieniłem początkowe założenia. Ubuntu zostało wyparte przez Debiana „Lenny” 5.04 w wersji „network install”. I to była właściwa decyzja. Debian kolejny raz uratował mi odwłok. Po długotrwałej instalacji (30 minut? 60?) dorzuciłem jeszcze na pokład serwer SSH i wyłączyłem system. To był czas na przejście w „tryb bezgłowy” i zarządzanie z poziomu innego komputera. Kilka wpisów w domowym DNS-ie i Thor (mitologia nordycka rządzi) był gotowy do działania.

Serwer SSH to nie wszystko. Docelowo terminal ten ma służyć do kilku celów, które spełniać mają serwery: NTP, CUPS, NFS, Samba, czy też webowy interfejs Transmission (klient BitTorrenta). Wszystkie dane, które nie są systemem operacyjnym i jego plikami konfiguracyjnymi muszą być również szyfrowane AES-em. Oznacza to m.in. wykorzystanie dysku 2.5" w kieszeni USB oraz DM-Crypta, który do najmniej zasobożernych rozwiązań nie należy. A jak wygląda kwestia zasobów po czystej instalacji systemu? Brak obciążenia procesora, około 16 MiB pamięci (z pominięciem buforów) pożartej przez system i podstawowe usługi oraz niewielka konsumpcja przestrzeni dyskowej. Jest to indywidualna sprawa, ale warto o niej wspomnieć. System wstaje około minuty licząc od zerwania połączenia SSH po wydaniu polecenia reboot do momentu, kiedy możliwe jest ponowne zalogowanie poprzez SSH. Czas na prawdziwą pracę! Tj. zaraz po upgrade do obecnego wydania testing Debiana, czyli przyszłego „Squeeze”.

Wydajność

To, co miało być głównym przeznaczeniem tego miniserwera to przede wszystkim dostęp do zaszyfrowanego (DM-Crypt, LUKS i cipher AES) dysku z wykorzystaniem NFS. Zacznijmy zatem od samego szyfrowania oraz od tego, jak sprawdza się terminal w takich zastosowaniach. Do testów wykorzystałem polecenie hdparm -t. Na początku zastosowałem to polecenie kilkukrotnie na dysku, który nie został poddany szyfrowaniu:

zal@thor:/media$ sudo hdparm -t /dev/sdb

/dev/sdb:
 Timing buffered disk reads:   94 MB in  3.01 seconds =  31.23 MB/sec

Całkiem niezły wynik, najprawdopodobniej maksymalny możliwy do uzyskania transfer w przypadku wykorzystania USB 2.0. Następnie wykonałem standardowe polecenia cryptsetup mające na celu stworzenie utworzenie i zmapowanie zaszyfrowanej partycji po czym wykonałem na niej test z hdparm. Rezultat jest mało zadowalający:

zal@thor:/media$ sudo hdparm -t /dev/mapper/XXX

/dev/mapper/XXX:
 Timing buffered disk reads:   22 MB in  3.28 seconds =   6.70 MB/sec

A teraz najważniejsze. Ponowiłem ww. operację ładując wcześniej do pamięci moduł padlock-aes dzięki któremu możliwe jest wykorzystanie wsparcia sprzętowego (procesor z rozwiązaniem VIA Padlock) dla szyfrowania przy pomocy ciphera AES. Oto i rezultat:

zal@thor:/media$ sudo hdparm -t /dev/mapper/XXX

/dev/mapper/XXX:
 Timing buffered disk reads:   62 MB in  3.02 seconds =  20.51 MB/sec

Wygląda to zdecydowanie lepiej. Niestety, nie byłem w stanie określić obciążenia procesora w tym momencie. Wygląda jednak na to, że nawet na takim sprzęcie szyfrowanie całego dysku może mieć sens.

Reszta testów (m.in. dot. obciążenia procesora podczas przesyłu danych oraz prędkości przesyłania danych) będzie miała sens dopiero, gdy złożę odpowiednie środowisko testowe. W obecnej chwili uważam, że zbyt duży wpływ na wynik takich badań może mieć router (działający w oparciu o DD-WRT) pośredniczący w przepływie danych oraz kwestia tego, że jeden z komputerów przesyła dane za pośrednictwem sieci bezprzewodowej. Gdyby jednak ktoś chciał przeczytać to, co uzyskałem korzystając z ww. środowiska może to zrobić zaglądając w kod XHTML niniejszego wpisu i szukając najdłuższego komentarza w nim zawartego. Wskazówka, znajduje się on pod niniejszym paragrafem.

Podsumowanie

Niniejszy wpis powstał zaledwie w ciągu kilku godzin od momentu uruchomienia przeze mnie opisywanego terminala. Pomimo tego, że sprzętem jestem zachwycony to należy mieć na uwadze to, że tak krótki okres jest niewystarczający do tego by móc polecić tego cienkiego klienta komukolwiek. Dopiero po miesiącu, czy też dwóch, użytkowania mogą wyjść na jaw jego największe wady, jak i zalety. Obecnie uważam, że sprzęt ten ma naprawdę duży potencjał i może stanowić konkurencję dla samodzielnie składanych, domowych NAS-ów opartych o stare podzespoły. Nie jest demonem prędkości, ale jest tani, cichy i energooszczędny.

Ciąg dalszy zapewne nastąpi w bliżej nieokreślonej przyszłości. Mam zamiar wykonać bardziej precyzyjne i wiarygodne testy dot. wydajności.

Zabójcza Loteria Narodowa

2009-11-30, Poniedziałek 20:35:07 +0100, autor Karol „Zal” Zalewski, licencja LPRCTKC

Poniżej prezentuję krótki fragment drugiego numeru MindFuck dot. serii esejów Jamesa Daltona Bella pt. „Polityka zabójstw”.

Przedstawił w nich plan, w którym ludzie przy pomocy mechanizmu gwarantującego całkowitą anonimowość zakładaliby się o to, kiedy umrze jakiś państwowy oficjel. Osoba, która prawidłowo odgadnie datę jego śmierci, zbiera całą sumę zakładów, którą dzięki właściwościom cyfrowej gotówki mogłaby odebrać nie narażając się na zdemaskowanie. Jak nietrudno zauważyć system ten był tak pomyślany, by największe szanse na zwycięstwo miał ten, kto przyczyni się do śmierci danej osoby.

Anarchistą nie jestem, ale pomysł uważam za uroczy. Nad ewentualnymi skutkami wprowadzenia takiego systemu wolałbym się nie rozwodzić. Powiedzmy, że bardziej eleganckim zachowaniem jest pozostawienie go w sferze idei.

Anonimowość w Sieci: Tor, Privoxy i Ubuntu 9.10

2009-11-20, Piątek 20:56:48 +0100, autor Karol „Zal” Zalewski, licencja LPRCTKC

Jako, iż ostatnio zrobiło się głośno o projekcie Tor, a w repozytorium Ubuntu znaleźć go nie można (jedynie GNUnet trafił do repo) poniżej znajduje się krótka informacja dot. tego, jak uruchomić Tora i powiązać go z Privoxy pod Ubuntu 9.10.

Można to uczynić w dwojaki sposób. Pierwszym z nich jest samodzielna kompilacja Tora ze źródeł. Drugi, który zostanie przeze mnie opisany, wymaga skorzystania ze skompilowanej już wersji Tora z repozytorium twórców projektu. Wystarczy dodać do /etc/apt/sources.list poniższą linię:

deb http://deb.torproject.org/torproject.org karmic main

Później należy wydać polecenia, które pozwolą na instalację Tora i Privoxy z dodanego przed chwilą repozytorium:

gpg --keyserver keys.gnupg.net --recv 886DDD89
gpg --export A3C4F0F979CAA22CDBA8F512EE8CBC9E886DDD89 | sudo apt-key add -
sudo aptitude update
sudo aptitude install privoxy tor tor-geoipdb torbutton-extension

Od teraz Tor oraz Privoxy będą usługami uruchamianymi wraz ze startem systemu, co można sprawdzić obserwując zawartość katalogu /etc/rc2.d/. Kolejnym krokiem jest wykorzystanie naszego ulubionego edytora w celu otwarcia /etc/privoxy/config (należy pamiętać o uprawnieniach administratora) i dodania na sam koniec pliku następującej linii (kropka na końcu jest ważna):

forward-socks4a / localhost:9050 .

Od teraz Privoxy będzie wykorzystywał Tora do komunikowania się ze światem zewnętrznym. Na sam koniec wystarczy jeszcze włączyć w przeglądarce opcję korzystania z proxy HTTP o następującej lokalizacji - adres localhost, port 8118. W przypadku Firefoksa polecam instalację Torbutton do szybkiej zmiany ww. ustawień oraz w celu zapewnienia wyższej anonimowości. Poprawność działania całości można sprawdzić odwiedzając stronę wykrywającą połączenia wykonywane za pośrednictwem Tora.

Połączenie Tora z Privoxy sprawdza się tam, gdzie zależy nam na zachowaniu resztek anonimowości. Na przykład podczas zostawiania komentarzy na blogach z polskiej platformy blogowej Blox. Należy jednak mieć świadomość tego, że nie jest to rozwiązanie idealne i może się nie sprawdzać w przypadku, gdy komuś naprawdę zależy na odkryciu naszej tożsamości. Co więcej, zachowanie anonimowości zależy również od kilku innych czynników takich, jak np. włączona obsługa JavaScriptu w przeglądarce, ciasteczek itp.

Podstawowa konfiguracja Tora umożliwia nam korzystanie z sieci utworzonej z funkcjonujących już przekaźników, ale nie powoduje dołączenia do niej jako kolejny przekaźnik. Oznacza to, że tylko użytkownicy naszego komputera są w stanie wykorzystywać go w roli bramy do anonimowego Internetu. Do konfiguracji Tora można wykorzystać aplikację Vidalia posiadającą graficzny interfejs, lub skorzystać z edytora tekstowego i pliku konfiguracyjnego.

Wynurzenia natury egzystencjalnej

2009-11-10, Wtorek 19:12:47 +0100, autor Karol „Zal” Zalewski, licencja LPRCTKC

Jeżeli przez czas nie daję oznak życia to, albo jestem wyjątkowo zajęty pracą, albo robię coś tak wyjątkowo nierozsądnego, iż nie warto się tym chwalić. Głupio przyznać, że tym razem na powód składa się jedno i drugie.

W końcu robię to, czym od dłuższego czasu chciałem i miałem się zająć. Magisterka, projekt grupowy i co bardziej interesujące projekty uczelniane. Szkoda tylko, że tych, których ciekaw nie jestem jest równie wiele.

Przy okazji, bardzo spodobał mi się jeden z pomysłów promotora polegający na tym, aby w ramach tworzenia środowiska niezbędnego do zrealizowania pracy magisterskiej jedna z jego części, odpowiedzialna za przechowywanie wiedzy, opierała się o któryś z darknetów. Mowa tutaj o takich sieciach, jak np. GNUnet, czy też Freenet. Brzmi to szczególnie interesująco w połączeniu ze środowiskiem agentowym (JADE), a wykorzystanie takiego połączenia byłoby zdecydowanie bardziej zabawne, niż użycie typowego DDBMS-a. „Rozchodzi się jednak o to, żeby te plusy nie przesłoniły nam minusów”. Obawiam się, że w przypadku zastosowania takiego np. Freeneta rozłożyłaby mnie na łopatki próba zaimplementowania wysokopoziomowych funkcji niezbędnych mi do ukończenia całej pracy magisterskiej. Muszę się jeszcze zastanowić nad zaletami oraz wadami tego pomysłu.

Z cyklu totalnych dziwactw - będąc praworęcznym zaczynam posługiwać się lewą ręką tak, jak prawą dotychczas. Zawsze zastanawiałem się, czy jest to trudne do wyuczenia i wdrożenia w życie. W ciągu ostatnich kilku dni nawet mycie zębów jest dla mnie nie lada wyzwaniem. Chociaż nie ukrywam, że jest to interesujące przeżycie - lubię takie eksperymenty.

PS. Szalenie podoba mi się idea systemów rozproszonych bazujących na architekturze peer-to-peer, w szczególności tych służących do rozpowszechniania danych. Zarówno taki BitTorrent, jak i Freenet robią wrażenie (Tor nieco mniejsze) pomimo tego, że nie wszystkie przesyłane przy ich pomocy dane są przeze mnie tolerowane.

Miniblog: Cytat dnia

2009-10-24, Sobota 20:15:00 +0200, autor Karol „Zal” Zalewski, licencja LPRCTKC

Wyobraźmy sobie poważny atak terrorystyczny w Nowym Jorku - jakie rodzaje ograniczeń nakładanych zwykle na działania policji będą z jej działań usunięte w związku z tym faktem?

„Kryptografia dla praktyków”, Bruce Schneier

Mogłem się powstrzymać, ale nie chciałem. Oryginał książki jest z roku 1996, a tłumaczenie z 2002. Znalezione w rozdziale poświęconym polityce powierzania kluczy oraz zagrożeniom z tym związanym (głównie ze strony państwa).

Starsze wpisy |