] > Karol „Zal” Zalewski - Blog - http://blog.4zal.net/kategoria/informatyka/programowanie/

Wnętrze burzowej chmury: Ubuntu Netbook Remix i SaaS

2010-02-06, Sobota 15:31:14 +0100, autor Karol „Zal” Zalewski, licencja LPRCTKC

Wygląda na to, że w kolejnej wersji Ubuntu przeznaczonego na netbooki, czyli Ubuntu Netbook Remix 10.4, pojawi się wsparcie dla usługi Google Docs. Co więcej, domyślnie zastąpi ona aplikację OpenOffice.org. I tutaj moim skromnym zdaniem pojawia się problem, który należałoby ugryźć z nieco szerszej perspektywy.

Usługi z chmur (tj. SaaS) to nie tylko popularna obecnie forma udostępniania oprogramowania (konkretniej - jego funkcjonalności), ale również powrót do korzeni informatyki, kiedy to królowały ogromne maszyny typu mainframe oraz terminale umożliwiające komunikację z nimi. Maszyny takie nie tylko udostępniały oprogramowanie i moc obliczeniową użytkownikom, ale również miejsce na ich prywatne dane. Pomimo wprowadzenia pewnej decentralizacji (zamiast mainframe mamy „chmurę”) i formy komunikacji (sieć lokalna wyparta przez sieć globalną) obecne rozwiązania są bardzo podobne do koncepcji sprzed kilku dekad. Co to oznacza? Przede wszystkim to, iż równie aktualne pozostają problemy, które miały miejsce i wtedy.

Ochrona prywatności i odpowiedzialność za dane użytkowników jest chyba najbardziej palącym problemem. Udostępniając komuś nasze prywatne dane musimy mieć pewność tego, iż powierzamy je w dobre ręce. Nie chcemy, aby ktoś nam w nich grzebał, udostępniał osobom trzecim, czy też utracił i nie był zdolny do ich przywrócenia. Oddając nasze dane osobom trzecim zawsze jesteśmy na to narażeni, nawet jeśli warunki korzystania z usługi dają nam pewną ochronę. Dlaczego? Firma nie stanowi bytu oderwanego od rzeczywistości. Często też korzysta z usług innych firm, a sama w sobie operuje w środowisku, które w dużym stopniu jest podatne na działania ze strony państwa. To, co dla nas jest naturalne może wyglądać zupełnie inaczej w państwie po drugiej stronie globu.

Konieczność działania w trybie online to również istotny problem. Usługa to nie to samo, co samodzielnie działając oprogramowanie. W celu jej wykorzystania konieczny jest dostęp do usługodawcy, a urządzenia, szczególnie te mobilne, pomimo i tak znacznej elastyczności w zakresie dostępu do Sieci nadal mogą działać w oderwaniu od niej. Jak wtedy poradzić sobie z dostępem do danych w chmurze oraz usług?

SaaS to również idealna koncepcja dla producentów oprogramowania. Owszem, wymaga to od nich pewnego nakładu pracy poświęconego na administrację zapleczem udostępniającym moc obliczeniową oraz przestrzeń na dane użytkowników, ale... W zamian otrzymują możliwość pełnej kontroli nad tym, kto i w jaki sposób korzysta z ich oprogramowania. Rynek wtórny lub piractwo? Można o nim spokojnie zapomnieć. Natomiast przy odrobinie chęci i korzystając z nieświadomości użytkowników można doprowadzić do stanu, w którym to użytkownicy zostaną uzależnieni od naszych usług. Vendor lock-in. Brzmi nierealnie? A próbowaliście kiedykolwiek dokonać migracji np. z Google Picasa do innej usługi? A co zrobicie, gdy usługodawca zwiększy ceny swoich usług? Pojawia się tutaj również wolnego i otwartego oprogramowania oraz wykorzystania otwartych standardów. Te ostatnie są szczególnie ważne w przypadku próby integracji kilku usług oraz migracji użytkowników między nimi. Jest to zazwyczaj ta funkcjonalność o której nie myśli się zbyt często przed tym, kiedy to staje się naprawdę konieczna. A co do tego ma wolne oprogramowanie? Wyobraźcie sobie teraz, iż chcielibyście samodzielnie zająć się ochroną własnych danych. Chcielibyście postawić serwer danej usługi korzystając z własnego zaplecza informatycznego i... Niestety, taka opcja nie istnieje. Co więcej, usługodawca nawet, gdy korzysta ze zmodyfikowanego oprogramowania na bazie GPL nie jest zobowiązany do tego, aby je udostępnić. Przecież nie dystrybuuje go.

To, o czym wspomniałem to jedynie szczyt góry lodowej. Można byłoby na ten temat napisać znacznie więcej, wskazać zalety SaaS oraz zaproponować rozwiązanie pewnych problemów związanych z usługami. Nie było to jednak moim celem.

Podsumowując, chciałbym zwrócić uwagę na to, iż rozwiązania oparte o zamknięte oprogramowanie oraz SaaS może i nie są złe, ale budzą pewne obawy i należy mieć do nich dystans. Owszem, pozwalają one firmom zamienić koszta stałe, jakim jest zakup oprogramowania, na koszta zmienne i posiadają szereg innych zaleta, ale... Użytkownicy powinni nie tylko myśleć o tym, co jest „tu i teraz”, ale również o przyszłości. Nikt z nas nie chciałby doprowadzić do utraty swoich danych, ich wycieku, czy też niemożności migracji do innego usługodawcy. A takie zagrożenia niesie ze sobą koncepcja SaaS, gdy korzysta się z niej bez wstępnego jej przeanalizowania.

Internetowe seppuku

2010-02-02, Wtorek 10:00:49 +0100, autor Karol „Zal” Zalewski, licencja LPRCTKC

Prosto, łatwo i przyjemnie. Kilka odpowiedzi, jedno kliknięcie i jest. Konto założone. Twórcom wszelkiego rodzaju serwisów internetowych bardzo zależy na tym, aby założenie konta nie przerastało żadnego z potencjalnych użytkowników. Problemy pojawiają się dopiero wtedy, gdy tak założone konto chcielibyśmy usunąć lub przenieść do konkurencyjnego serwisu.

Chyba każdy z nas ma świadomość tego, że usunięcie z Internetu informacji o sobie, gdy już zostały tam pozostawione, jest praktycznie niemożliwe. Moje ostatnie działania miały jednak na celu coś zupełnie innego. Jakiś czas temu postanowiłem ograniczyć moją zależność od kilku firm funkcjonujących obecnie na rynku oraz usunąć konta w serwisach internetowych, z których już od dłuższego czasu nie korzystam. Okazało się to być problematycznym zadaniem i to w obu wymienionych przypadkach.

Czy zastanawialiście się kiedykolwiek, co stanie się z Waszymi danymi po tym, jak kilka z wykorzystywanych przez Was usług zakończy swój żywot? Czy ich twórcy pomyśleli nad tym, aby użytkownik mógł szybko i sprawnie przenieść wszystkie swoje dane do konkurencji? A nawet jeśli, to czy sam charakter usługi nie powoduje tego, iż rozstanie się z nią jest problematyczne? Te i inne pytanie pojawiły się w mojej głowie tuż po tym, jak postanowiłem zrezygnować z usług Google Picasa oraz FeedBurner. I to wcale nie są najmniej przyjazne dla odchodzącego użytkownika produkty.

Migracja danych to tylko pierwszy z dwóch problemów. Drugim z nich jest możliwość usunięcia konta oraz polityka związana z możliwością jego ponownego wykorzystania. Pierwszy element jest dosyć istotny. Nie wiem ilu z Was próbowało kiedykolwiek usunąć swoje konta z popularnych serwisów, ale w wielu przypadkach nie jest to tak proste, jak można byłoby się tego spodziewać. Prosty przycisk „usuń konto” pojawia się często, ale nie zawsze. Użytkownik jest często zmuszony do tego, aby przez pewien okres nie korzystać z konta. Zdarza się też, że w celu usunięcia konta należy wcześniej skontaktować się z obsługą techniczną serwisu, co bywa zaznaczone lub też nie w pomocy dostarczonej przez usługodawcę. Pod tym względem najbardziej zaskoczył mnie serwis My Opera odpowiadający negatywnie na każdą z moich trzech próśb. Oczywiście bez podania przyczyny. Ostatni rodzaj serwisów to taki, których nawet obsługa techniczna sugeruje, że usunięcie konta jest niemożliwe. W przypadku serwisu DeviantArt nawet celowe naruszenie regulaminu skutkuje jedynie zawieszeniem konta.

Załóżmy, że udało nam się usunąć konto. W wielu przypadkach graniczy to z niemożliwością, ale możemy przyjąć, że aktualnie mamy dużo szczęścia. I tutaj pojawia się kolejne pytanie. Czy akurat teraz nie pojawi się złowrogi Mallory, który korzystając z naszego roztargnienia ponownie nie założy konta o takich samych loginach, jak nasze stare? Idealna sytuacja do tego by móc się pod nas podszyć, prawda? Cóż, wiele serwisów nie precyzuje, kiedy po usunięciu konta trafi ono do puli kont dostępnych do rejestracji.

Podsumowując, popełnienie internetowego seppuku nie jest prostą sprawą. Próba jego uskutecznienia może się zakończyć utratą danych i przejęciem tożsamości przez osoby trzecie. Nie wspominając o stresie. Warto zatem jeszcze przed założeniem konta w jakimkolwiek serwisie zastanowić się, czy naprawdę jest ono nam potrzebne i czy ew. przenosiny lub rezygnacja z usługi będą stanowić jakikolwiek problem. Chyba nie muszę wspominać, że największe znaczenie ma to w przypadku SaaS?.

Czarne chmury

2009-12-11, Piątek 15:22:47 +0100, autor Karol „Zal” Zalewski, licencja LPRCTKC

Gdybym stwierdził, że Google dziś upadnie niemal każdy by mnie wyśmiał. Gdybym napisał, iż stanie się to w przeciągu 10 lat wzbudziłbym zainteresowanie. Nie myliłbym się jednak, gdybym zauważył, że firma ta z pewnością kiedyś zniknie, a wraz z nią również i jej usługi.

Czy darmowe usługi z chmur rzeczywiście są takie darmowe? Czy informacja może być walutą? Czy chcąc płacić mniej tak naprawdę płacimy więcej? Co z wolnością usługi w aspekcie wolnego oprogramowania i wolnych standardów? Im dłużej zastanawiam się nad rolą oprogramowania funkcjonującego, jako usługa, tym więcej pojawia się pytań. A należy zauważyć, że SaaS to jedynie czubek góry lodowej.

Miniblog: Przeżycia szczytowe

2009-12-03, Czwartek 01:14:15 +0100, autor Karol „Zal” Zalewski, licencja LPRCTKC

Zapewne znacie ten typ uczucia. Moment, kiedy to po krwawych i zaciętych bojach z arcytrudnym problemem następuje olśnienie. Zmęczenie ustępuje pod naporem dumy oraz radości ze zwycięstwa. Wszystko staje się jasne, logiczne i oczywiste. Trywialny problem i równie banalne rozwiązanie. Ulga.

Tylko dlaczego w moim przypadku ma to miejsce zazwyczaj na dzień przed spodziewanym terminem oddania projektu? Dwa miesiące intelektualnego zatwardzenia i... Cóż, najwyżej ucierpi na tym mój „wolny weekend”.

Trwałe przechowywanie danych

2009-11-14, Sobota 11:19:32 +0100, autor Karol „Zal” Zalewski, licencja LPRCTKC

Już kilka razy zastanawiałem się nad tym, jak uchronić dane od zapomnienia. Wspominałem, iż w tym celu można wykorzystać kilka rozwiązań. Jednym z nich było połączenie trwałego nośnika danych z otwartymi standardami formatów ich zapisu. Dzięki informacjom z newslettera Slashdota wiem już, że zdobycie takiego nośnika - Cranberry's DiamonDisc - to koszt około 35 USD. Można go odtworzyć w standardowym napędzie DVD, wytrzymuje zdecydowanie ponad 300 lat (ponoć do tysiąca), a do nagrania wymaga specjalnej nagrywarki, lub skorzystania z usługi producenta.

Znalezienie otwartych formatów zapisu nie stanowi obecnie większego problemu. Gorzej z zapewnieniem tego, iż za 20-30 lat nadal będą produkowane urządzenia zdolne do odczytu DVD. A bez tego trudno mówić o przydatności takiego trwałego nośnika danych. To zabawne, że w ostatecznym rozrachunku to zawsze koszt utrzymania oprogramowania, czy też sprzętu okazuje się być tym najbardziej zasobożernym elementem cyklu życia.

Wi-Fi: Infrastruktura vs Ad hoc

2009-11-12, Czwartek 19:32:23 +0100, autor Karol „Zal” Zalewski, licencja LPRCTKC

Urządzenia zgodne z grupą standardów 802.11 stają się coraz popularniejsze. O ile kiedyś stanowiły rzadkość, tak teraz zarówno bezprzewodowe karty sieciowe w komputerach, jak i routery bezprzewodowe na biurkach, to standard. To, co mnie jednak zaczęło interesować to sposób, w jaki realizowany jest w nich przesyłanie danych. Scentralizowany tryb infrastruktury oraz zdecentralizowany, oparty na dynamicznym routingu, tryb „ad hoc”. Moje pytanie jest stosunkowo proste - dlaczego współczesne routery bezprzewodowe na rynek SOHO oferują zazwyczaj jedynie tryb infrastruktury? Pytanie szczególnie interesujące, gdy przeanalizuje się wady i zalety trybów „ad hoc” oraz „infrastructure”.

Wi-Fi: Architecture

Przykład sieci Wi-Fi opartej o tryb infrastruktury. Komunikacja między klientem 1 i 2 zachodzi za pośrednictwem Access Pointa. Jeden z klientów nie może się komunikować z siecią - jest poza zasięgiem AP (pomimo obecności w zasięgu innych klientów).

Należy zauważyć, że w najprostszym przypadku sieci bezprzewodowej z wykorzystaniem trybu infrastruktury tworzona jest sieć o topologii gwiazdy. Rozwiązanie to, jak każde inne, ma swoje wady i zalety. Zacznijmy od zalet:

  • łatwa kontrola dostępu do sieci (np. WPA2-Enterprise),
  • ustalone punkty dostępu do sieci,
  • przewidywalny zasięg sieci,
  • niski koszt routingu (nawet w przypadku zastosowania roamingu),
  • niskie zapotrzebowanie na energię oraz moc obliczeniową klientów sieci.

Wszystkie te trzy punkty sprawdzają się w rzeczywistości, o ile w sieci nie pojawi się agresor. Załóżmy jednak, że niewątpliwą zaletą takiej sieci jest właśnie jej ustalona struktura umożliwiająca stosunkowo łatwe zarządzanie nią. A wady?

  • wysoki koszt budowy,
  • niewielki zasięg sieci (ograniczony elementami architektury),
  • ograniczona przepustowość w przypadku połączeń peer-to-peer,
  • zawodność.

Scentralizowany charakter sprawia, że funkcjonowanie takiej sieci jest ściśle związane z prawidłową pracą elementów jej architektury. W przypadku sieci złożonej z jednego AP, jego awaria oznacza awarię całej sieci. Problemem jest również jej wąskie gardło, które objawia się w dwojaki sposób. Po pierwsze, zasięg takiej sieci jest ograniczony przez umiejscowienie elementów architektury. Po drugie, podczas komunikacji między użytkownikami sieci wszystkie dane są przesyłane za pośrednictwem AP. Oznacza to, iż w przypadku jednoczesnej wymiany danych przez kilku użytkowników, prędkość przesyłania może drastycznie spać.

Wi-Fi: Ad hoc

Przykład sieci Wi-Fi opartej o tryb „ad hoc”. Klienci 1 i 2 mogą się ze sobą komunikować pomimo tego, iż są poza zasięgami swoich anten. AP jest tutaj nazwany umownie - jest to urządzenie, które dostarcza takie usługi, jak np. dostęp do Internetu.

Przyjrzyjmy się teraz sieciom tworzonym „ad hoc”. Ich niewątpliwymi zaletami są:

  • niski koszt budowy,
  • zasięg sieci zależny od liczby i rozmieszczenia jej członków,
  • wysoka prędkość komunikacji między sąsiadującymi ze sobą klientami,
  • odporność na awarie.

Zdecentralizowany charakter ww. trybu sprawia, że jest to sieć idealna do zestawiania jej tam, gdzie nie ma elementów infrastruktury. Każdy jej element jest równie ważny i każdy zajmuje się przesyłaniem danych do innych (dynamiczny routing). Dzięki temu pozbywamy się wąskiego gardła jakim są elementy infrastruktury oraz zyskujemy wyższą niezawodność jej działania. Z łatwością można wyobrazić sobie linię złożoną z klientów sieci, w której to osoby znajdujące się na skrajnych jej brzegach nadal są w stanie się ze sobą komunikować. Niestety, takie rozwiązanie ma swoje wady:

  • trudność w ograniczeniu dostępu do sieci,
  • brak możliwości zastosowania rozwiązań pokroju WPA2-Enterprise,
  • narzut związany z działaniem algorytmu routingu dynamicznego,
  • wyższe zapotrzebowanie na moc obliczeniową i energię członków sieci.

Jak widać powyżej, wady sieci „ad hoc” najprawdopodobniej uniemożliwiają stosowania jej w większych organizacjach (np. przedsiębiorstwach posiadających kilkunastu pracowników). A już z pewnością nie jako sieci o stałym charakterze. A co z domami i małymi firmami?

Uważam, że w przypadku małych sieci, których zabezpieczenie oparte jest o WPA, lub WPA2 Personal i filtrowanie MAC-ów, dobrym rozwiązaniem byłoby zastosowanie routera bezprzewodowego pracującego w trybie „ad hoc”. Patrząc z punktu widzenia udostępnianej funkcjonalności i tak byłby on elementem nadrzędnym sieci (DNS, DHCP, dostęp do Internetu itp.), ale dzięki wykorzystaniu „ad hoc” byłyby możliwym poszerzenie zasięgu sieci oraz zwiększenie wydajności komunikacji między jej klientami (w sprzyjających warunkach).

Co ciekawe, nie widziałem na rynku routerów, które umożliwiałyby pracę w trybie innym, niż „infrastructure”. Sugerowane przeze mnie rozwiązanie jest jednak możliwe do realizacji przy pomocy bezprzewodowego routera pracującego w oparciu o oprogramowanie DD-WRT. W najbliższym czasie mam zamiar przetestować moją koncepcję. Nim jednak to się stanie oczekuję na Wasze komentarze i sugestie. Możliwym jest, iż moja niewiedza z zakresu funkcjonowania sieci bezprzewodowych sprawiła, że wysnułem nieprawidłowe wnioski.

Czy praca w trybie „ad hoc” może być dobrym rozwiązaniem w przypadku routerów przeznaczonych na rynek SOHO?

Wynurzenia natury egzystencjalnej

2009-11-10, Wtorek 19:12:47 +0100, autor Karol „Zal” Zalewski, licencja LPRCTKC

Jeżeli przez czas nie daję oznak życia to, albo jestem wyjątkowo zajęty pracą, albo robię coś tak wyjątkowo nierozsądnego, iż nie warto się tym chwalić. Głupio przyznać, że tym razem na powód składa się jedno i drugie.

W końcu robię to, czym od dłuższego czasu chciałem i miałem się zająć. Magisterka, projekt grupowy i co bardziej interesujące projekty uczelniane. Szkoda tylko, że tych, których ciekaw nie jestem jest równie wiele.

Przy okazji, bardzo spodobał mi się jeden z pomysłów promotora polegający na tym, aby w ramach tworzenia środowiska niezbędnego do zrealizowania pracy magisterskiej jedna z jego części, odpowiedzialna za przechowywanie wiedzy, opierała się o któryś z darknetów. Mowa tutaj o takich sieciach, jak np. GNUnet, czy też Freenet. Brzmi to szczególnie interesująco w połączeniu ze środowiskiem agentowym (JADE), a wykorzystanie takiego połączenia byłoby zdecydowanie bardziej zabawne, niż użycie typowego DDBMS-a. „Rozchodzi się jednak o to, żeby te plusy nie przesłoniły nam minusów”. Obawiam się, że w przypadku zastosowania takiego np. Freeneta rozłożyłaby mnie na łopatki próba zaimplementowania wysokopoziomowych funkcji niezbędnych mi do ukończenia całej pracy magisterskiej. Muszę się jeszcze zastanowić nad zaletami oraz wadami tego pomysłu.

Z cyklu totalnych dziwactw - będąc praworęcznym zaczynam posługiwać się lewą ręką tak, jak prawą dotychczas. Zawsze zastanawiałem się, czy jest to trudne do wyuczenia i wdrożenia w życie. W ciągu ostatnich kilku dni nawet mycie zębów jest dla mnie nie lada wyzwaniem. Chociaż nie ukrywam, że jest to interesujące przeżycie - lubię takie eksperymenty.

PS. Szalenie podoba mi się idea systemów rozproszonych bazujących na architekturze peer-to-peer, w szczególności tych służących do rozpowszechniania danych. Zarówno taki BitTorrent, jak i Freenet robią wrażenie (Tor nieco mniejsze) pomimo tego, że nie wszystkie przesyłane przy ich pomocy dane są przeze mnie tolerowane.

JoggerLaunch: Łatwa migracja do WordPressa

2009-09-24, Czwartek 18:51:18 +0200, autor Karol „Zal” Zalewski, licencja LPRCTKC

Tak, jak ostatnio wspominałem, zabrałem się za napisanie prostego narzędzia do migracji z Joggera (wymagany plik XML z eksportem) do WordPressa (wymagany dostęp do bazy danych) w wersji 2.8.*. JoggerLaunch, bo o nim mowa, pozwala obecnie na przeniesienie do WP wszystkich swoich wpisów oraz komentarzy do nich. Niestety, nie obsługuje jeszcze przenoszenia tagów oraz kategorii do jakich należały wpisy. Funkcjonalność ta z pewnością niedługo się pojawi.

Do napisania skryptu wykorzystałem Rubiego. Powodem, dla którego wybrałem ten język jest fakt tego, iż nigdy wcześniej nie miałem z nim do czynienia. Bo czemu nie? Kod wygląda upiornie, ale przetestowałem go na ponad 5 mebibajtowym XML-u i daje poprawne rezultaty.

Gdyby ktoś miał ochotę dorzucić do niego funkcjonalność, lub poprawić kod i efektywność działania to gorąco zapraszam - jest na licencji BSD.

Miniblog: Trzy lata minęły

2009-09-22, Wtorek 00:51:41 +0200, autor Karol „Zal” Zalewski, licencja LPRCTKC

Trzy lata i ponad 900 wpisów. Czyżby to był ten moment, kiedy to powinienem dać sobie spokój z pisaniem?

Tymczasem odświeżam kontakty z Javą, czego efektem jest prosty scrobbler Last.fm dla odtwarzaczy bazujących na RockBoksie - JRockScrobbler (BSD). Czas powrócić do programistycznego przedszkola, bo to, co stworzyłem w ciągu godziny przypomina obecnie stylowe „spaghetti code” bez ładu i składu. Myślę, że warto biorąc pod uwagę moją magisterkę, której rdzeniem mają być aplikacje pisane właśnie w Javie.

Na całe szczęście, Marta wraca dziś do Polski, więc nie spędzę całego dnia na rozmyślaniu o tym, czy będę w stanie w przyszłości zarobić na własne utrzymanie.

Zagospodarowywanie noosfery

2009-09-17, Czwartek 14:19:33 +0200, autor Karol „Zal” Zalewski, licencja LPRCTKC

O jednym z głównych przedstawicieli ruchu Open Source, czyli Ericu Raymondzie słyszało zapewne wielu z Was. Czy to dzięki lekturze eseju „The Cathedral and the Bazaar”, czy też ze względu na jego anarchistyczne1 zapędy. Wspominam o nim z tego względu, iż natknąłem się na kolejny jego esej. Poniżej przykładowy cytat:

Większość ludzi posiada w swoich umysłach oba te modele i rozumieją sposoby interakcji między nimi. Rząd, wojsko i zorganizowane grupy przestępcze to przykłady hierarchii przełożonych, żerujących na szerszej gospodarce wymiany, nazywanej „wolnym rynkiem”. Istnieje jednak trzeci model, zupełnie odmienny od obu pozostałych, o którym mówią raczej tylko antropolodzy: kultura prezentu.

Zagospodarowywanie noosfery”, gdyż tak właśnie został zatytułowany, jest zbiorem przemyśleń mających na celu określenie tego, co tak właściwie jest wartością w kulturze hackerskiej. Ukazuje, iż kultura programistów FLOSS to tzw. „kultura prezentu” opierająca się na niematerialnej walucie, którą można krótko podsumować słowem „prestiż”. Obnaża to, co kryje się za wieloma ideami.

Polecam! Naprawdę warto przeczytać tak, jak i inne prace Raymonda. Szczególnie, że tekst nadal jest aktualny i może być ujmowany w szerszym kontekście. To już nie tylko oprogramowanie FLOSS będące domeną hackerów, ale również świat wolnej kultury oraz blogosfera.

1 Patrz esej „Dlaczego jestem anarchistą”.

W służbie wolności: Ogg Theora i Ogg Vorbis

2009-08-13, Czwartek 13:51:13 +0200, autor Karol „Zal” Zalewski, licencja LPRCTKC

Dla nas, Polaków, patenty na oprogramowanie mogą wydawać się egzotycznym rozwiązaniem. Odległym i dotyczącym w głównej mierze Stanów Zjednoczonych ze względu na fakt stosowania ich m.in. w tym właśnie miejscu. Czy jest to prawda? Oczywiście, że nie. Świat patentów przypomina obecnie czasy zimnej wojny. Czy ciągły wyścig zbrojeń, tworzenie arsenału nuklearnego i doktryna MAD stanowiły zagrożenie tylko i wyłącznie dla Ameryki oraz ZSRR?

Wideo pochodzi z serwisu Mozilli (licencja CC BY-SA 3.0). Zgodnie z moim stanem wiedzy powyższa animacja uruchomi się jedynie w przeglądarkach Firefox w wersji 3.5 oraz nowszych. Stosując znacznik <video> popełniłem również kilka błędów w strukturze dokumentu XHTML+RDFa.

Wspólnota Europejska, która ma zamiar w najbliższej przyszłości utworzyć Unię Europejską, również zastanawiała się nad rozstrzygnięciem kwestii patentów na oprogramowanie. Stanęło na niczym. Obecnie każdy kraj, który zgłosił chęć członkostwa w UE, stosuje własne prawa w tym zakresie. Oznacza to, że w Polsce również mogą się takowe pojawić - zarówno z inicjatywy UE, jak i rządu polskiego. Ale dlaczego o tym piszę?

Już jakiś czas temu wspominałem o wolnych kodekach audio-wideo oraz o kontenerach multimedialnych. Ich wolność polega w głównej mierze na tym, iż ich wykorzystanie nie jest obostrzone istnieniem patentów z nimi związanych. Tak, jak użytkownicy płacą autorowi za licencję dającą możliwość korzystania z danego oprogramowania, tak twórcy oprogramowania płacą posiadaczowi patentu na dane rozwiązanie za licencję umożliwiającą jego implementację. I właśnie ta ostatnia sytuacja ma miejsce np. w przypadku kodeka MP3. O ile wykorzystanie dekodera (np. w odtwarzaczach) jest bezpłatne, tak kodowanie wymaga już stosownych licencji. Dziwne?

Z tego też względu powstały wolne kodeki i ich implementacje. Przykładami mogą być Ogg Vorbis (kodek audio) oraz Ogg Theora (kodek wideo). Całkowicie wolne od patentów. Ich powstanie miało nie tylko wspomóc twórców oprogramowania, ale również ograniczyć wykluczenie technologiczne, które dzięki patentom nie dotyczy już tylko osób, które nie mają dostępu do odpowiedniej wiedzy (np. osoby starsze, kraje Trzeciego Świata itp.). Dyskusja na ich temat rozgorzała na nowo. Głównie za sprawą przeglądarek WWW, HTML-a 5 oraz znacznika <video>.

W skrócie, wszystko rozchodzi się o to, jakie kodeki będą musiały zawierać przeglądarki, aby w prawidłowy sposób obsługiwać HTML-a 5 i zawarty w standardzie znacznik <video>. Obecnie walka rozgrywa się między opatentowanym standardem H.264 (wideo) + MP3 (audio) oraz wolnym Ogg Theora (wideo) + Ogg Vorbis (audio). Opis i przykład działania wspomnianego znacznika można ujrzeć na stronie „Video for Everybody”. Który z kodeków stanie się standardem przyjętym przez konsorcjum W3C? Czy opatentowana technologia ma szanse na zostanie standardem?

Oczywistym jest, że ma szanse. I to całkiem duże bez względu na to, czy serwisy pokroju Dailymotion zaczną korzystać z Ogg, czy też nie. Należałoby zatem zadać kolejne pytanie - czy w ogóle potrzebujemy standardu? Znacznik <img> nie posiada określonej listy wspieranych formatów, a przeglądarki jakoś sobie z nim radzą.

Moim zdaniem standardy są ważne. Szczególnie otwarte/wolne standardy i to w tak newralgicznych miejscach do jakich należą m.in. przeglądarki WWW. Dlaczego ktoś miałby zarabiać na technologii wykorzystywanej w tak masowy sposób, gdy istnieją darmowe rozwiązania? Dlaczego mieliby na tym cierpieć twórcy oprogramowania, a pośrednio jego użytkownicy? Dlaczego twórcy filmów, czy też animacji mieliby zostać ograniczeni?

Scarky, czyli rozrywka dla intelektualistów

2009-08-11, Wtorek 14:33:40 +0200, autor Karol „Zal” Zalewski, licencja LPRCTKC

Scarky.com to nowy serwis (jeszcze w fazie testów), którego autorami są twórcy SPOJ-a - popularnego systemu do przeprowadzania konkursów programistycznych.

Zatem dla kogo został stworzony Scarky? Jest to rozwiązanie przeznaczone dla wszelkiego rodzaju miłośników zagadek, łamigłówek, gier logicznych oraz problemów algorytmicznych. Dzięki Scarkiemu każdy, kto jest tym zainteresowany, jest w stanie stworzyć własną łamigłówkę i umieścić ją na własnej stronie, czy też blogu. Przykład widzicie poniżej.

Przedstawione powyżej zadanie jest niezwykle proste i pochodzi ze SPOJ-a. Idealnie nadaje się na przykład. Planowałem umieścić tutaj zadanie, które polegałoby np. na stworzeniu najkrótszego kodu w BrainFucku (patrz „Literature List”), czy też Whitespace, ale sami rozumiecie, że nie byłby to najlepszy pomysł.

Zachęcam do zabawy!

[EDIT] Ponoć pod IE nie widać widgetu. W takim przypadku proponuję wykorzystać coś, co można nazwać przeglądarką WWW np. Firefoksa, czy też Operę.

Czym jest Free oraz Open Source Software?

2009-08-06, Czwartek 15:23:46 +0200, autor Karol „Zal” Zalewski, licencja LPRCTKC

Wstęp

Odnoszę wrażenie, iż dla wielu osobom pewną trudność stanowi zrozumienie różnić między dwoma bliskimi sobie koncepcjami - Free Software (Wolne Oprogramowanie) oraz Open Source Software (Otwarte Oprogramowanie). Z tego też powodu uznałem, iż udostępnię to, co jakiś czas temu stworzyłem, a co przeznaczone jest dla mniej doświadczonych i obeznanych z tematem użytkowników komputera.

Poniżej znajdziecie odpowiedź na pytania dot. tego, dlaczego powstały ruchy Otwartego i Wolnego Oprogramowania (w skrócie WiOO, lub FOSS) oraz czym się różnią między sobą. Zapraszam do lektury.

Idea Free/Open Source Software

Program komputerowy składa się najczęściej z dwóch części: z kodu programu napisanego w języku wyższego poziomu (bliższego j. naturalnemu) oraz z binariów, czyli kodu maszynowego stworzonego dla konkretnego komputera. Zależność między kodem programu, a jego binarną wersją jest stosunkowo prosta - binarna wersja programu powstaje po kompilacji, czyli przetworzeniu przez kompilator danego języka programowania, kodu programu. Z punktu widzenia użytkownika współczesnych systemów operacyjnych kompilacja to skomplikowany proces, którego nie chcieliby samodzielnie przeprowadzać. Z punktu widzenia programisty binarna wersja programu to czarna skrzynka, której poznanie, wykorzystanie w innym programie, czy też modyfikacja graniczy z niemożliwością. W przypadku posiadania kodu programu możliwe jest jego poznanie jeszcze przed uruchomieniem jego skompilowanej wersji. Natomiast w momencie obcowania z binarną jego wersją o wiele prościej jest uruchomić program, niż analizować kod maszynowy w nim zawarty.

Sytuację tę można porównać do procesu pieczenia ciasta. Kucharz chcąc upiec ciasto (odpowiednik binarnej wersji programu) przygotowuje wcześniej niezbędne składniki oraz przepis (odpowiednik kodu źródłowego). Przepis bezproblemowo może być poddawany zmianom, czy też przekazywany innym kucharzom — będzie on dla nich zrozumiały i stosunkowo prosty do wykonania. Natomiast samo ciasto, chociaż gotowe do zjedzenia, jest zagadką dla kucharza. Dopiero jedząc je jest w stanie określić jego przybliżony skład (np. ilość dodanej mąki), co wymaga od niego doświadczenia i wysokich umiejętności. Próba stwierdzenia, czy zawiera arszenik (odpowiednik złośliwego kodu w oprogramowaniu), mogłaby być problematyczna. Również modyfikacja już upieczonego ciasta jest mocno utrudniona — trudno byłoby zmienić jego nadzienie, czy też aromat.

Historia Free Software, czyli ruchu Wolnego Oprogramowania, rozpoczęła się właściwie z początkiem istnienia komputerów i programistów, których zadaniem było ich oprogramowanie. Pierwsze programy powstawały, jako programy z dostępnym kodem źródłowym i w takiej też formie były rozprowadzane. Użytkownik, chcąc je uruchomić, był zobowiązany do jego skompilowania. Należy jednak pamiętać, iż w tamtych czasach użytkownicy komputerów mieli zazwyczaj znacznie wyższą wiedzę na temat funkcjonowania komputera, niźli współczesny przeciętny użytkownik. Operacja ta nie stanowiła dla niego większego problemu, a on sam mógł dzięki temu samodzielnie usuwać błędy w oprogramowaniu (tzw. bugi), czy też rozwijać je i rozszerzać o interesującą go funkcjonalność. Oprogramowanie z początków istnienia komputerów było wolne (od wolności).

Dopiero w latach 80 ubiegłego wieku pojawiła się tendencja (m.in. za sprawą firmy Microsoft) do „zamykania” oprogramowania. Czynność ta sprowadzała się do udostępniania użytkownikowi jedynie binarnej, czyli skompilowanej, wersji programu oraz zobligowania go do zgodzenia się z licencją. Licencje te zawierały najczęściej obostrzenia i zobowiązania, których musiał przestrzegać użytkownik - zabraniały modyfikacji programu, czy też jego kopiowania i rozpowszechniania. Wtedy też pojawił się, za sprawą hackera Richarda Matthewa Stallmana, ruch Free Software. Propagowanie Wolnego Oprogramowania, czyli takiego, które może być swobodnie kopiowane, modyfikowane i dystrybuowane, stało się celem jego uczestników. Dzięki jego działaniom powstały szeroko stosowane licencje wolnego oprogramowania m.in. GNU Public License.

Pod koniec lat 90 ubiegłego wieku pojawił się odłam ruchu Wolnego Oprogramowania. Mowa o ruchu Open Source, czyli Otwartego Oprogramowania. Ruch ten nie tylko starał się zmniejszyć nacisk na ideologiczny aspekt Wolnego Oprogramowania, ale również zauważył, że z oprogramowaniem z dostępnym kodem źródłowym wiążą się też inne pozytywne aspekty związane m.in. z procesem jego tworzenia oraz skupioną wokół niego społecznością. Pragmatyzm, efektywność i nowe modele biznesowe stały się głównymi elementami ruchu Open Source. Zauważono, że wolne i otwarte oprogramowanie to wolność, nonkonformizm oraz ludzie zmotywowani potrzebą prestiżu, samorozwoju oraz chęcią poznania i stworzenia czegoś nowego.

Z ruchów Free Software oraz Open Source wywodzi się również idea Wolnej Kultury, otwartych standardów i wielu innych, wolnościowych koncepcji.

Porównanie Free Software z Open Source

„Nie zgadzamy się w kwestiach zasadniczych, ale mniej więcej zgadzamy się w praktyce. Tak więc możemy wspólnie pracować i pracujemy wspólnie nad wieloma projektami.”

Richard Matthew Stallman, założyciel Free Software Foundation, o ruchu Open Source

Koncepcje Wolnego i Otwartego Oprogramowania często są ze sobą mylone. Pomimo stosunkowo subtelnych różnic między nimi są one podkreślane zarówno przez zwolenników jednego, jak i drugiego ruchu. Z tego też względu, dla osób mniej zorientowanych, stworzono neutralny termin FOSS, czyli Free/Open Source Software mający się odnosić do całości wolnego i otwartego oprogramowania.

Poniżej znajduje się porównanie dwóch podobnych, ale odmiennych spojrzeń na wolność i otwartość w świecie oprogramowania komputerowego.

Free Software Open Source
  • oprogramowanie Free Software jest równocześnie oprogramowaniem Open Source,
  • prezentuje bardziej radykalne, ideologiczne podejście, niż Open Source,
  • idea i etyka są jego głównymi aspektami,
  • Free Software Foundation oraz Richard Matthew Stallman, jako centrum ruchu.
  • pragmatyzm,
  • nacisk na otwartość kodu, a nie jego wolność,
  • specyficzny model pracy i biznesowy,
  • styl bazarowy ponad styl katedralny,
  • Open Source Initiative, Eric Raymond oraz Linus Torvalds, jako organizacje i osoby utożsamiane z Open Source.

Co ważne, w przypadku Free Software istnieją cztery warunki (składowe wolności), które musi spełniać oprogramowanie, aby być wolnym. Oto i one:

  • wolność do uruchomienia programu w każdym celu (wolność 0),
  • wolność poznania, jak program działa i możliwość jego modyfikacji wedle uznania (wolność 1),
  • wolność do redystrybucji programu (wolność 2),
  • wolność do poprawiania programu i redystrybucji poprawek tak, aby skorzystała na tym cała społeczność (wolność 3).

W przypadku oprogramowania Open Source musi ono spełniać 10 warunków określonych przez Open Source Initiative.

Podsumowanie

To, co zawarłem powyżej jest tylko i wyłącznie mocnym skrótem historii związanej z wolnym oraz otwartym oprogramowaniem. Na temat ten można byłoby jeszcze wiele napisać, ale uważam, że zawarłem tutaj najważniejsze fakty, które powinien znać „świadomy” użytkownik komputera.

Co do samej idei to w moim mniemaniu jedno i drugie podejście jest wartościowe pomimo tego, iż skupiają się na nieco innych aspektach oprogramowania i procesów z nim związanych. Różnice są subtelne, ale warto je znać i świadomie używać pojęć z ruchami tymi związanymi.

Jeżeli ktoś z Was jest mocniej zainteresowany tematyką FOSS to polecam, oprócz zajrzenia na Wikipedię, również lekturę takich esejów i książek, jak np. „Katedra i bazar” Erica Raymonda, „W obronie wolności” Sama Williamsa oraz „Wolna Kultura” autorstwa Lawrence Lessiga. Są one bezpłatnie dostępne w Sieci. Warto się z nimi zapoznać!

„Katedra i bazar” oraz „Dlaczego jestem anarchistą?”

2009-07-28, Wtorek 17:00:15 +0200, autor Karol „Zal” Zalewski, licencja LPRCTKC

W ramach intelektualnej gimnastyki powracam do czytania książek. Terry Pratchett pod postacią najnowszej książki pt. „Łups!” (a w tle „Making money” w oryginale), opowiadania Lema oraz kultowe książki Douglasa Adamsa. Chcę jeszcze znaleźć w bibliotece „Neuromancera” Williama Gibsona, jako pracę na bazie której wykształcił się cyberpunk. Ale nie o tym to ja chciałem napisać.

Eric Raymond to nietypowa postać. Przede wszystkim jest on zwolennikiem otwartego oprogramowania, libertarianinem (a właściwie anarchistą) oraz programistą, którego moglibyśmy nazwać hackerem. To, co mnie natomiast zainspirowało do napisania niniejszego wpisu oraz nadania mu takiego, a nie innego tytułu, to esej pt. „The Cathedral and the Bazaar”. Artykuł na Wikipedii dot. tego tekstu jest dobry. Dlaczego zaś wspominam o samym eseju? Jest ważny. W szczególności dla osób, które chcą poznać przyczyny dla których cały proces związany z tworzeniem oprogramowania Open Source sprawdza się w rzeczywistości. Polecam.

Raymond napisał sporo tekstów, jeden z nich nosi tytuł „Dlaczego jestem anarchistą?”. Jakoś tak się złożyło, że Wiktor Wojtylak (twórca m.in. eseju na Liberalis.pl) podrzucił mi kwartalnik „MindFuck”. Nie wiem, kiedy został wydany, ale dzięki zapisowi „Copyright is a nine letter world”, który się na nim znajduje, sądzę, iż mogę się pokusić o zamieszczenie u mnie na blogu tłumaczenia wspomnianego eseju, który się w nim znalazł.

Dlaczego jestem anarchistą?

„The Rise and the fall of the Third Reich” Williama Shirera to jedna z najbardziej wstrząsających książek, jakie kiedykolwiek napisano. To, co najbardziej w niej przeraża, to nie opisy niewyobrażalnych wręcz zbrodni, lecz następująca obserwacja:

19 sierpnia 1934 roku 95% Niemców uprawnionych do głosowania poszło do urn i 90% z nich (38 milionów) głosowało za oddaniem w ręce Adolfa Hitlera całkowitej władzy nad Niemcami. Tylko 4,25 milionów ludzi głosowało przeciwko przeobrażeniu państwa w reżim totalitarny.

Program Hitlera nie był niczym tajnym, tajemnicy nie stanowiły też środki za pomocą których naziści chcieli go zrealizować. Te 38 milionów osób głosowało za „Main Kampf”, ustawami norymberskimi, odrzuceniem Traktatu Wersalskiego i Nocą Kryształową, a przewaga ich głosów była miażdżąca.

Nie powinno nas dziwić, iż fakt ten umknął uwadze akademickich historyków i politologów. Nikt rozsądny nie podcina wszak gałęzi na której siedzi, zaś dogłębna analiza tego zdarzenia musiałaby doprowadzić do radykalnej krytyki założeń leżących u podstaw nowoczesnych demokracji.

Niemieckie wybory z 1934 roku dobitnie wykazują, iż konstytucyjna demokracja nie jest nie tylko w stanie chronić indywidualnych wolności, ale i zapobiec eksterminacji własnych obywateli. Fakt ten winien być szczególnie znamienny dla obywateli Stanów Zjednoczonych, gdyż konstytucja Republiki Weimarskiej jest niemalże wierną kopią ich własnej ustawy zasadniczej.

Amerykański model konstytucyjnej demokracji został opracowany przez Ojców Założycieli, gdyż wszystkie wcześniejsze próby ograniczenia władzy państwa zawiodły. Werdykt historii jest w tej kwestii jednoznaczny i w stu procentach zgodny ze słynnym dictum Winstona Churchilla - „demokracja jest najgorszą formą rządów... za wyjątkiem wszystkich znanych do tej pory ustrojów”.

Ale konstytucyjna demokracja jakkolwiek stanowi krok na przód, nie chroni ludzi przed ich własną głupotą i krótkowzrocznością. I nie jest to jakaś szczególnie nowatorska konstatacja. Już dwieście lat temu zauważył to Gibbon w swej wiekopomnej rozprawie „Decline and Fall of the Roman Empire”.

Upadek Republiki Weimarskiej stanowi dowód na to, iż demokracja jest systemem niestabilnym i podatnym na wstrząsy. Nowocześni, wykształceni ludzie żyjący w samym sercu Zachodniej Kultury za namową utalentowanego demagoga zrezygnowali ze swych swobód i skazali miliony swych współobywateli na okrutną śmierć.

Świadomość tego faktu rodzi oczywiste pytanie - jeśli konstytucyjna demokracja upadła tak katastrofalnie nisko - to jaki system mógłby ją skutecznie zastąpić?

Od czasów Maxa Webera ludzie wielokrotnie redefiniowali pojęcie państwa, nikomu jednak nie udało się stworzyć równie przekonywującej definicji - państwo to organizacja mająca na danym terytorium monopol na zorganizowaną przemoc. Problem idealnego rządu sprowadza się więc do odpowiedzi na pytanie - kto jest osobą na tyle zaufaną byśmy bez obaw mogli mu powierzyć sprawowanie władzy?

Całe wieki doświadczeń nauczyły nas, iż królowie, księża i autokraci wszelkiej maści nie sprostali naszym standardom, zawiedli nas również przedstawiciele arystokracji i oligarchowie. Jakobiński terror uświadomił nam, iż suwerenny lud nie skrępowany konstytucyjnymi ograniczeniami może być równie niebezpieczny, jak najgorszy nawet tyran.

Okrutna lekcja weimarskiej demokracji wykazała, iż konstytucja jest bezużyteczna. Nie trzeba zresztą odwoływać się do przykładu niemieckiego, by dojść do podobnego wniosku wystarczy przyjrzeć się historii Stanów Zjednoczonych. Każdy uczciwy człowiek przyzna wszak, iż Ojcowie Założyciele nawet w najgorszych snach nie przewidywali, iż ich potomkowie będą zginać kark przed rozdętą ponad miarę biurokracją i padać na kolana przed bezwzględnym poborcą podatkowym. Przykład Niemiec jest jednak o tyle bardziej nośny, iż nawet ci, którzy gotowi są bronić amerykańskiego rządu chylą czoło przed zbrodniami nazistów.

Pytanie, które nasunęło mi się po przeczytaniu książki Shirer’a nie dawało mi spokoju przez całe lata. Zbladły przy nim wszystkie inne problemy polityki - możemy wszak racjonalnie dyskutować na temat uprawnień państwa, chłodno ważyć argumenty za i przeciw jakimś nowym uprawnieniom rządu, nie da się jednak w żaden sposób przejść do porządku dziennego nad możliwością przekształcenia państwa opiekuńczego w morderczą maszynę.

Jeśli nie istnieje żaden instytucjonalny kaftan bezpieczeństwa chroniący przed szaleńcami u władzy, czy odpowiedzią na nasze bolączki nie jest „brak władzy”? Czy musimy całkowicie odrzucić scentralizowaną władzę państwową by zapobiec przyszłym Treblinkom i Oświęcimiom? Oto rada dla anarchistów - jeśli nie możemy całkowicie wyeliminować przemocy z życia społecznego, pozbawmy chociaż przyszłych Hitlerów dostępu do jej zinstytucjonalizowanego ramienia - zorganizowanych armii, państwowego przymusu i instrumentów masowej zagłady.

Amerykańscy Ojcowie Założyciele sądzili, że znaleźli skuteczny sposób na powstrzymanie degeneracji rządów w patologiczne monstra - zapewnij obywatelom powszechny dostęp do broni i wpój im przekonanie, że zbrojny opór wobec tyrańskiej władzy jest ich patriotycznym obowiązkiem. Gdyby Thomas Jefferson żył w dwudziestym wieku nie mógłby się nadziwić, jak to się stało, iż niemieccy Żydzi i Cyganie nie wzniecili rewolty, gdy nazistowski rząd nakazał im oddanie broni - i co istotniejsze - dlaczego inne cywilizowane narody nie dostrzegły w tej konfiskacie zapowiedzi nachodzącego Holocaustu.

Tymczasem rozbrojeni nie mogli skutecznie przeciwstawić się upychaniu ich w pociągach do śmierci. Fatalna niestabilność systemu demokratycznego doprowadziła do zagłady dwunastu milionów ludzi. Ja zaś nie dostrzegam w amerykańskim systemie niczego, co mogłoby zapobiec przyszłemu Holocaustowi. Na moją optykę szczególnie niekorzystnie wpływa fakt wykorzystywania amerykańskich chłopców do rozbrajania ich współobywateli i tym samym pozbawiania ich konstytucyjnej ochrony przed tyrańskim rządem.

Jestem przekonany, iż żadna metoda utrzymywania w ryzach arogancji rządzących nie spełni pokładanych w niej oczekiwań - olbrzymia większość ludzi zbyt łatwo zawierza propagandzie rządu by skutecznie bronić własnych praw.

Właśnie dlatego jestem anarchistą.

Prezentacje w dobrym stylu: LaTeX i Beamer

2009-07-24, Piątek 18:47:57 +0200, autor Karol „Zal” Zalewski, licencja LPRCTKC

Gdyby ciężka praca prowadziła do bogactwa, to najbogatsi byliby niewolnicy.

Jestem leniwy. Skrajnie leniwy. Wszelkiego rodzaju zadań podejmuję się tylko dlatego, iż wiem, że dzięki temu będę mógł być na starość jeszcze bardziej leniwym człowiekiem. Zależy mi na ich prostym, szybkim i precyzyjnym wykonaniu. Ludzie leniwi nie znoszą konieczności poprawy tego, co już raz zrobili. To zajęcie dla osób pracowitych.

Ostatnimi czasy tworzę dziesiątki prezentacji. Zależy mi na tym, aby nie wkładać w ich tworzenie zbyt wiele wysiłku, a przy okazji chcę, aby wyglądałby profesjonalnie. Staram się, aby slajdy były estetyczne, czytelne i wartościowe, a zarazem stanowiły tło tego, co mówię i objaśniam. Ja myślę o treści, a komputer ma się troszczyć o formę. OpenOffice.org Impress jest dobry, ale... mało efektywny. Istnieje jednak lepsze rozwiązanie.

Ile to już razy wspominałem, że uwielbiam TeX-a i wszystko, co jest z nim związane (LaTeX, XeLaTeX itp.)? A o tym, że Beamer (z moim ulubiony stylem) to narzędzie dla najbardziej leniwych prezenterów? Pewnie dziesiątki razy, ale nie zaszkodzi kolejny raz o tym wspomnieć. Może zyska kilku nowych użytkowników.

Polecam Beamera! Świetnie radzi sobie z prezentacjami. W gruncie rzeczy jest to rozwiązanie idealne - szybkie, proste i, co najważniejsze, skuteczne. Na początku wymaga nieco wysiłku, ale ludzie leniwi wiedzą, że początkowy koszt nie jest tak istotny jak późniejszy zysk. To inwestycja.

Starsze wpisy |