] > Karol „Zal” Zalewski - Blog - http://blog.4zal.net/kategoria/informatyka/hardware/

Miniblog: (No)?life

2010-08-25, Środa 16:52:25 +0200, autor Karol „Zal” Zalewski, licencja LPRCTKC

Pogłoski o mojej śmierci były mocno przesadzone.

Mark Twain

W ciągu ostatnich kilku miesięcy moja aktywność na blogu znaczącą zmalała. Nic w tym dziwnego - po niemal 4 latach pisania (pierwszy wpis opublikowałem 2006-09-23) dotychczasowy pomysł na dziennik miał prawo się znudzić. Nie pomagają tutaj również sprawy, które mam ostatnimi czasy na głowie. Wygląda na to, że albo zmieni się forma bloga, albo umrze on śmiercią naturalną.

Bądź, co bądź, w przerwach między pisaniem pracy magisterskiej postanowiłem powrócić do zajęć, które swego czasu sprawiały mi sporo przyjemności. Dzięki radiu Nectarine przypomniałem sobie o zabawach z Commodore C64 - mam zamiar w dalszym stopniu męczyć GoatTrackera (SID!) oraz VICE. Chociaż wątpię w to, abym mógł się szybko pochwalić efektami - to, że zabawa trackerem sprawia mi przyjemność nie oznacza jeszcze tego, że efekty są miłe dla ucha. Powracam również do czytania fantastyki (tego mi zdecydowanie brakowało), skakania na DDR (zawsze to jakaś forma ruchu) oraz mam nadzieję na to, że znajdę czas na rozegranie kilku partii Magic: The Gathering, pomimo tego, że obecnie mam jedynie standardową talię do 10 edycji. Nie zapominajmy też o gotowaniu - ostatnio eksperymentuję z kuchnią wegetariańską bazującą na świeżych ziołach i muszę przyznać, że jest to bardzo wdzięczne zajęcie.

W ramach anegdotki - wygląda na to, że po prawie 4 latach od momentu rozpoczęcia pierwszego kursu na prawo jazdy dostanę w końcu swoją „licencję na zabijanie”. Trochę czasu musiało upłynąć nim zrozumiałem, że tak właściwie to lubię siedzieć za kierownicą. Chociaż to stwierdzenie nie jest aż tak szczere, jak niechęć do kapryśnej i dostarczającej nieprzyjemnych wrażeń estetycznych komunikacji publicznej.

Miniblog: Android Market i Google Apps

2010-08-17, Wtorek 20:51:33 +0200, autor Karol „Zal” Zalewski, licencja LPRCTKC

Na przenajświętszy Jesion! To zaczyna już być irytujące. Okazuje się, że istnieje jakieś magiczne połączenie między Android Market, a GTalkiem. Jakie? Nie mam pojęcia, ale bez zalogowania się do usługi GTalk każda próba pobrania aplikacji z Marketu kończy się komunikatem „rozpoczęcie pobierania...”, z którego nic nie wynika. A tak się składa, że ostatnio wyłączyłem GTalka w ramach domeny podpiętej pod Google Apps, aby móc skorzystać z innego serwera XMPP.

Rozwiązanie? Zapewne wystarczy utworzyć standardowe konto Google i podpiąć je jako główne. Bez przywrócenia ustawień fabrycznych zapewne się nie obędzie. Ależ to jest nieziemsko denerwujące.

HTC Desire: Downgrade Androida 2.2 do 2.1 i rooting

2010-08-05, Czwartek 15:27:33 +0200, autor Karol „Zal” Zalewski, licencja LPRCTKC

Posiadasz smartphone HTC Desire, dokonałeś aktualizacji OTA do Androida 2.2 (HBOOT 0.92.0001) podesłanej przez producenta i teraz nie jesteś w stanie uzyskać dostępu do roota? Istnieje rozwiązanie! Dzięki użytkownikom jednego z chińskich for udało się dokonać downgrade Androida 2.2 do 2.1 (HBOOT 0.80.0000). Po całej operacji wystarczy użyć programu Unrevoked3 celem nadpisania obrazu „recovery” oraz uzyskania dostępu do konta roota, a następnie wgrać zrootowany już ROM Androida 2.2. Oto opis procedury downgrade:

Przygotowanie

  1. Stwórz nową Goldcard (angielski opis tworzenia pod Windowsem - pod Linuksem trzeba na końcu wykorzystać program dd),
  2. Ściągnij PB99IMG.zip (mirror),
  3. Zmień nazwę ściągniętego pliku na PB99IMG.zip i przekopiuj na kartę SD.

Flashowanie

  1. Wyłącz telefon,
  2. Trzymając wciśnięty klawisz Ciszej naciśnij włącznik zasilania,
  3. Poczekaj aż PB99IMG.zip zostanie znaleziony i sprawdzony,
  4. Naciśnij klawisz Głośniej (yes), gdy pojawi się pytanie dot. aktualizacji,
  5. Poczekaj, aż wszystkie punkty zostaną wykonane. NIE WYŁĄCZAJ TELEFONU!
  6. Po wykonaniu flashowania naciśnij klawisz Głośniej (yes), aby zrestartować telefon,
  7. Gotowe.

Źródło: forum XDA-Developers

Doktor Strangedesire, czyli jak przestałem się martwić i pokochałem Androida

2010-07-29, Czwartek 13:12:36 +0200, autor Karol „Zal” Zalewski, licencja LPRCTKC

Jak już wspomniałem kilka dni temu udało mi się ostatnio zakupić smartphone HTC Desire z Androidem 2.1 i HTC Sense UI na pokładzie (specyfikacja dostępna na stronach producenta). Z początku trudno było mi jednoznacznie stwierdzić, czy jestem zadowolony z zakupu. Obecnie, po kilku dniach korzystania, jestem w stanie zweryfikować moje poglądy. Oto i krótka oraz zdecydowanie subiektywna recenzja tego telefonu. Zapraszam do lektury.

Myślę, że każdy, kto zastanawia się nad kupnem HTC Desire powinien najpierw przeczytać artykuł na Engadget.com. Znajdziecie tam m.in. kompletny opis zawartości pudełka, podzespołów telefonu oraz oprogramowania. W ogólności, autor recenzji pomimo dostrzeżenia kilku wad tego telefonu nadal jest pod jego wrażeniem. Ja również jestem i zgadzam się z nim, co do wymienionych przez niego zalet, ale... Poniżej znajduje się spis elementów, którym przyjrzałbym się jeszcze raz kupując ten sprzęt. Oto i on:

  • bateria - Desire nie jest przeznaczony dla osób przyzwyczajonych do tego, że telefon służy po prostu do dzwonienia. Owszem, Desire może służyć za telefon. Jednak znacznie lepiej radzi sobie w roli lampki nocnej będąc na stałe przyczepionym do ładowarki. Żywotność tego telefonu na w pełni naładowanej baterii oraz przy wyłączonych modułach pokroju WiFi to circa 30h. Przy intensywnej zabawie wartość ta spada do około 12h. Zdecydowanie odbiega to od ponad 300h w trybie czuwania zadeklarowanych przez producenta. Chyba, że nigdy nie udało mi się osiągnąć stanu czuwania.
  • optyczny trackball - nie tylko manipulator, ale również czujnik ruchu. Jest futurystyczny i robi dobre wrażenie. Przynajmniej do czasu, kiedy to zajdzie potrzeba jego intensywnego wykorzystania. Niestety, zupełnie nie sprawdza się w tej roli. Trudno go wyczuć palcami, co oznacza, że wymaga skupienia ze strony wzroku. Co więcej, trudno się nim sprawnie posługiwać - nierzadko otrzymujemy ruch kursora w kierunku obróconym o 90° względem oczekiwanego. Jeżeli ktoś oczekiwał, że wykorzysta swoją nową zabawkę do gry to srodze się zawiedzie.
  • klawiatura ekranowa - kwestia gustu, ale jeżeli ktoś ma ochotę wykorzystywać telefon w roli konsoli do gier lub przenośnego Linuksa to radzę zastanowić się nad telefonami wyposażonymi w sprzętową klawiaturę. Jeżeli już podjęliśmy decyzję o klawiaturze ekranowej to należy zauważyć, iż jej działanie w dużej mierze zależy od oprogramowania służącego do jego obsługi, a o tym wspomnę już za chwilę.
  • HTC Sense UI - ta nakładka na interfejs użytkownika robi wrażenie. Wszystko staje się kolorowe, błyszczące i animowane, a do tego udostępnia kilka aplikacji umożliwiających łatwą integrację z Twitterem, Facebookiem itp. serwisami. Również i klawiatura ekranowa za jej sprawą nabiera zupełnie nowego charakteru. Szkoda tylko, że jest niedopracowana, a konieczność jej integracji z systemem opóźnia wydanie przez HTC aktualizacji Androida do wersji 2.2.
  • Android 2.1 - śmiga. Cały system dostaje czkawki tylko i wyłącznie w momencie, gdy instaluję równocześnie kilka aplikacji z Android Market lub korzystam z aplikacji dostarczonych w ramach HTC Sense. Należy też zaznaczyć, że aktualizacja systemu do wersji 2.2 byłaby wskazana chociażby ze względu na możliwość instalacji aplikacji na karcie SD. Wierzcie mi, że wewnętrzna pamięć telefonu jest zbyt mała na to, aby pomieścić wszystkie użyteczne aplikacje z Android Market.
  • producent (HTC) - nie liczcie na to, że coś od niego uzyskacie. HTC już kilka razy pokazało, co sądzi o swoich klientach opóźniając wydanie lub nigdy nie wydając aktualizacji oprogramowania dla swoich telefonów. Kupując sprzęt tego producenta warto mieć na uwadze to, że trzeba liczyć na społeczność, gdy chce się mieć aktualny system. Na całe szczęście, pomimo stosowania pewnych zabezpieczeń chyba jeszcze żadne z nich nie okazało się na tyle silne, aby uniemożliwić instalację systemów udostępnionych przez niezależnych dostawców.
  • Google - pierwszy zarzut pod adresem Google to brak dostępu do płatnej części Android Market. Telefon z Androidem na pokładzie bez aplikacji z Android Market jest namiastką tego, czym może się stać i dobrze, że zachowano przynajmniej dostęp do jego części. Co prawda do płatnej części można się dostać uzyskując dostęp do roota (tzw. „rootowanie” systemu) oraz instalując stosowne oprogramowanie (np. MarketAccess), ale... To nie jest miłe zagranie ze strony Google. Można też mieć zarzut do sposobu w jaki funkcjonuje integracja telefonu z kontem w systemie Google. Synchronizacja kontaktów z Google Contacts bywa irytująca, szczególnie po „usprawnieniu” jej przez HTC Sense.

Podsumowując, HTC Desire to dobry smartphone. Szczególnie, jeżeli nie przeszkadza nam czas działania na baterii oraz wątpliwe wsparcie ze strony producenta. Idealnie nadaje się do buszowania w Internecie, czy też nawigacji (wbudowany GPS, magnetometr oraz akcelerometry). Co więcej, jako urządzenie bardzo podobne pod względem specyfikacji do Nexus One można oczekiwać, że długo będzie wspierane przez twórców niezależnych dystrybucji Androida, a samo wgrywanie nowego oprogramowania pozostanie trywialne (dzięki unrevoked oraz ROM Manager). Trzeba być jednak świadomym tego, że nie jest to urządzenie idealne. Pomimo drzemiącej w nim mocy (układ Snapdragon taktowany zegarem o częstotliwości 1GHz ze zintegrowanym akceleratorem 3D) pozostanie ona najprawdopodobniej niewykorzystana.

[EDIT] Brak wsparcia dla Javy ME też bywa bolesny, a multitouch ograniczony do wykrywania odległości między dwoma palcami irytujący.

Miniblog: HTC Desire

2010-07-20, Wtorek 01:48:34 +0200, autor Karol „Zal” Zalewski, licencja LPRCTKC

Nienawidzę wszelkiego rodzaju automagicznych rozwiązań, których sposób działania nie jest wytłumaczony użytkownikowi. Taka była moja pierwsza myśl po zapoznaniu się z nową zabawką, czyli smartphonem HTC Desire. W skrócie - Android 2.1 z nakładką HTC Sense, procesor o częstotliwości 1GHz i 576MiB pamięci operacyjnej. Niemalże kopia Nexus One, w Internecie znajdziecie mnóstwo pozytywnych recenzji. I nikt nie wspomniał, że jest to jedno z najbardziej irytujących urządzeń. Owszem, robi wrażenie. Aż założyłem sobie konto na FaceBooku. Wszystko się świeci, migocze i porusza. Cieszy oko. Jednakże, jeżeli czyjeś życie nie kręci się tylko i wyłącznie wokół Twittera, Facebooka oraz Google to zaczyna się pojawiać mnóstwo rys na obrazie tego telefonu "idealnego". Jeżeli to faktycznie jest "iPhone killer" to współczuję nabywcom produktów Apple.

W ogólności jestem zadowolony z zakupu. Inaczej nie napisałbym tego tekstu pod Androidem. Ale... Uważam, że standardowy zestaw oprogramowania oraz sposób jego działania składa się na wizję telefonu zabawki, a nie biznesowego palmtopa z opcją wykonywania połączeń. Pod tym względem już nawet leciwa Nokia E51 wypada zdecydowanie lepiej.

Bentō, czyli co łączy legendarne Thinkpady z Japonią?

2010-07-15, Czwartek 17:18:49 +0200, autor Karol „Zal” Zalewski, licencja LPRCTKC

Jak na geeka przystało nie tylko interesuję się informatyką, fantastyką oraz elektronicznymi gadżetami, ale również przejawiam ciągoty do wszystkiego, co związane z Japonią. Co prawda na wycieczki do Japonii, czy też dłuższy w niej pobyt, wciąż mnie jeszcze nie stać, ale już od jakiegoś czasu „sprowadzam” ją sobie do domu. W jaki sposób? To proste. Uwielbiam gotować, a dania kuchni japońskiej nie tylko świetnie smakują, ale również dają się stosunkowo łatwo przystosować do moich wegetariańskich upodobań. To taka wycieczka do Japonii bez wychodzenia z domu (i trochę bardziej multimedialna, niż zabawa z Google Maps). Co więcej, Japończycy przywiązują ogromną wagę do estetyki. Przygotowane jedzenie cieszy nie tylko podniebienie, ale również wzrok. I tutaj właśnie chciałbym wspomnieć o bentō.

Bentō (jap. 弁当) to coś, co można nazwać japońskim odpowiednikiem naszego śniadania zabieranego przez nas do pracy, czy też szkoły. Jednakże w przeciwieństwie do naszego rodzimego posiłku, jak to często bywa w przypadku Japończyków, jest to już element tradycji posiadający kilkusetletnią historię. Tak, jak wspomniałem, Japończycy wysoko cenią estetykę i również w tym przypadku można to dostrzec. Bentō nie tylko świetnie wygląda (w Internecie można znaleźć mnóstwo zdjęć, co ciekawszych arcydzieł), ale najczęściej znajduje się również w ozdobnym pudełku. I w tym oto właśnie miejscu dochodzimy do meritum. Chyba mało kto przypuszczał, że masywny, dobrze zaprojektowany i solidnie wykonany Thinkpad (czołg pośród laptopów) wygląd swój zawdzięcza shōkadō bentō, czyli tradycyjnemu, drewnianemu i lakierowanemu na czarno pudełku na bentō.

Moim skromnym zdaniem Richard Sapper, Kazuhiko Yamazaki oraz Tom Hardy świetnie się spisali projektując w 1992 roku pierwszego IBM Thinkpada. Czerń z elementami czerwieni oraz kwadratowy wygląd do tej pory są znakami rozpoznawczym Thinkpadów. Chociaż z pewnością nie cieszą się one taką popularnością pod względem wyglądu, jak białe, obłe i przyjazne produkty Apple. Bądź, co bądź, kupując Thinkpada zdobyłem rzecz, która w niezwykły sposób powiązana jest z Japonią i kolejny raz zaoszczędziłem na wycieczkach do Japonii oraz noclegach w kapsułowych hotelach.

Międzynarodowy Dzień Przeciwko DRM

2010-05-04, Wtorek 07:25:09 +0200, autor Karol „Zal” Zalewski, licencja LPRCTKC

To już dziś, 4 maja został ogłoszony przez Free Software Foundation Dniem Przeciwko DRM, czyli cyfrowemu zarządzaniu prawami. Czym jest DRM? DRM to:

...oparty o mechanizmy kryptograficzne lub inne metody ukrywania treści system zabezpieczeń mający przeciwdziałać używaniu danych w formacie elektronicznym w sposób sprzeczny z wolą ich wydawcy.

Źródło: „Digital rights management”, Wikipedia

Co oznacza DRM dla nas, użytkowników? Przede wszystkim naruszenie naszych praw. Oto skutki stosowania DRM przez producentów oprogramowania oraz wydawców muzyki, filmów, książek itp.:

  • mechaniczna kontrola (np. konieczność stałego połączenia z Internetem i inne utrudnienia) dostępu do treści, którą posiadasz,
  • ograniczanie przywilejów (np. prawa do wykonania backupu) każdego z nas,
  • konieczność zakupu urządzeń, które sprzętowo wspierają DRM,
  • i wiele innych.

Powiedź stop systemom DRM, które ograniczają Twoją wolność!

Telefon z Symbianem i drukowanie na drukarce CUPS

2010-05-03, Poniedziałek 00:26:56 +0200, autor Karol „Zal” Zalewski, licencja LPRCTKC

Jedna z moich ostatnich zabawek (telefon Nokia E51) umożliwia drukowanie notatek, kalendarzy, SMS-ów itp. korzystając z drukarek sieciowych. Robi to stosując HP JetDirect lub protokół LPR. Oznacza to, iż aby możliwym było drukowanie z wykorzystaniem drukarki udostępnianej na serwerze z CUPS-em należy tak go skonfigurować, aby zachowywał się, jak LPD.

W tym celu, pod Linuksem (w moim przypadku jest to Debian), należy dodać do /etc/inetd.conf (plik konfiguracyjny super serwera) następującą linię:

printer stream tcp nowait lp /usr/lib/cups/daemon/cups-lpd cups-lpd -o job-sheets=none,none

Po zapisaniu pliku wystarczy zrestartować inetd (pod Debianem: /etc/init.d/openbsd-inetd restart). Konfigurując drukarkę w telefonie komórkowym podajemy adres IP lub nazwę hosta serwera oraz nazwę drukarki w systemie CUPS. Przykładowo, dostęp do drukarki z poziomu CUPS-a uzyskuję dzięki adresowi:

http://thor.ipv4.4zal.net:631/printers/Officejet_Pro_K550

Oznacza to, że w nazwie hosta wpiszę thor.ipv4.4zal.net, zaś w przypadku kolejki użyję Officejet_Pro_K550. Jeżeli dodatkowo jest to drukarka firmy HP to mogę użyć w komórce sterownika o nazwie HP Mobile Printing. Wydruki będą ładniejsze, a polskie znaki diakrytyczne nie będą sprawiać żadnych problemów.

Efektem ubocznym takiej konfiguracji CUPS-a jest to, iż od teraz każdy, kto posiada informacje o serwerze oraz wykorzystywanej kolejce będzie w stanie drukować na niej bez potrzeby dokonywania uwierzytelniania i autoryzacji.

Miniblog: QoS i VPN

2010-02-03, Środa 22:04:45 +0100, autor Karol „Zal” Zalewski, licencja LPRCTKC

Zdarza mi się jeszcze czasem rozmawiać przez telefony VoIP z wykorzystaniem mocno obciążonych łącz asymetrycznych oraz braku QoS. Zdigitalizowany głos i przerwy w połączeniu niesamowicie irytują zarówno mnie, jak i osobę po drugiej stronie. Zawsze wtedy zastanawiam się, co sprawia, że używa się jeszcze routerów, które nie posiadają możliwości nadawania wyższego priorytetu szczególnie istotnym usługom.

W przypadku VPN-a sprawa jest nieco mniej oczywista, ale korzyści z serwera/klienta po stronie routera dostrzega chyba każdy, kto miał okazję pracować zdalnie lub bywać z komputerem poza domem. Niby prosta sprawa, wystarczy trochę mocy obliczeniowej i wykorzystać OpenVPN, ale tylko nieliczne urządzenia udostępniają taką możliwość jeżeli mowa o rynku SOHO. W gruncie rzeczy rozwiązanie tego problemu sprowadza się do zakupu drogiego urządzenia, lub takiego, które będzie w stanie udźwignąć OpenWRT, DD-WRT itp.

Przecież ci, którzy nie mają nic na sumieniu, nie mają się czego obawiać...

2009-12-17, Czwartek 19:57:32 +0100, autor Karol „Zal” Zalewski, licencja LPRCTKC

Jest to chyba jeden z najczęściej używanych argumentów w dyskusjach między zwolennikami wszechobecnej inwigilacji, a miłośnikami prywatności, anonimowości i wolności. Moim zdaniem, jest to również jeden z najmniej rozsądnych argumentów. Dlaczego?

Komputer osobisty to jedno z tych narzędzi, które pomimo swojej obecnej popularności, nadal jest narzędziem nietypowym. Zwykłem określać go mianem roweru dla intelektu, który co prawda sam w sobie jest bezużyteczny to jednak w połączeniu ze zwinnym umysłem oraz dostępem do globalnej pajęczyny staje się niesłychanie wartościowy. Komputer jest jednak narzędziem problematycznym głównie z tego względu, iż jest on osobisty. Jeszcze 20-30 lat temu nie stanowiło to żadnego problemu - dostęp do komputerów oraz ich forma prezentowały się zupełnie inaczej. W obecnych czasach nawet użytkownicy sieciowych systemów operacyjnych inaczej spoglądają na swoje narzędzia pracy. W związku z tym, czy komputer oraz to, czego aktualnie część stanowi, czyli Internet, można traktować tak samo, jak inne narzędzia? Kwestię tę poruszymy nieco później, a nim to nastąpi ugryźmy problem prywatności od nieco innej strony.

Dla wielu z nas prywatność jest czymś naturalnym. Zdecydowanie bardziej naturalnym, niż anonimowość, którą trudno osiągnąć w świecie tradycyjnych kontaktów międzyludzkich. Skupmy się jednak na prywatności, do której to prawo gwarantowane jest przez zdecydowaną większość współczesnych państw. Dlaczego zwykliśmy zasłaniać okna? Dlaczego chowamy przedmioty dla nas wartościowe? Dlaczego nie wypowiadamy wszystkich naszych myśli na głos? Dlaczego rzadko chwalimy się naszym życiem intymnym, preferencjami seksualnymi, czy też snami i marzeniami? Jeszcze wiele pytań tego typu mógłbym tutaj zaprezentować. Nie jest to jednak konieczne. Prywatność wynika z potrzeby bezpieczeństwa i niemal każdy z nas widzi, że jej naruszenie w świecie rzeczywistym stanowi ogromną trudność dla potencjalnego inwigilatora. Szczególnie, gdy mowa o próbie inwigilacji większej liczby osób. Z tego też względu można założyć, że prywatność nie tylko wydaje nam się naturalna, ale również taka jest ze względu na to, iż jest to stan, który wymaga mniejszej ilości energii do utrzymania, niż stan przeciwny (tj. stan inwigilacji). Co więcej, przy obecnym stanie techniki nadal istnieje miejsce, którego prywatność możemy ograniczyć jedynie my sami. Mowa o naszych umysłach.

Czasy myślozbrodni minęły już jakiś czas temu. Mam nadzieję, że nigdy już do nich nie powrócimy. Coraz częściej pojawia się jednak problem prywatności w kontekście świata wirtualnego. W przeciwieństwie do świata fizycznego, naruszenie prywatności w Internecie jest zdecydowanie mniej kosztowne, a przy obecnym stanie informatyzacji państwa oraz roli informacji w społeczeństwie jest to działanie bardzo korzystne. Dla kogo? Niemal dla wszystkich. Od przedstawicieli biznesu („co lubi kupować pan Z i jaką reklamę mu podesłać?”), przez znajomych („z kim pan Z kręci?”), aż do aparatu państwowego („czy pan Z uczestniczy w życiu organizacji przestępczych?”). Informacja jest na wyciągnięcie ręki, jej pozyskanie jest tanie, a potencjalne korzyści z jej posiadania wysokie. Trudno zatem przewidywać, aby nikt nie pokusił się o jej zdobycie.

W drugim akapicie niniejszego wpisu wspomniałem o tym, że PC stanowi swego rodzaju przedłużenie intelektu użytkownika. Jest to szczególnie istotne stwierdzenie w kontekście prywatności użytkowników Internetu. Pisałem również o tym, iż umysł jest obecnie jedynym miejscem, do którego bez naszego przyzwolenia inni ludzie nie mają dostępu. Myliłem się. Moja pomyłka wynika z nieuwzględnienia roli i popularności komputerów oraz dostępu do Internetu. Uzyskanie dostępu do naszego prywatnego komputera, do miejsca, w którym to przechowujemy nasze wspomnienia, pomysły, projekty oraz prace, w większości przypadków jest bliskie uzyskaniu dostępu do naszego umysłu. Czy w takim przypadku prawo do obaw mają jedynie ci, którzy mają coś na sumieniu? Czy też również ci, którzy trzymają na nim wartościowe dane, od ujawnienia których zależy ich przyszłość? Wygląda na to, że w momencie zrozumienia tego, jaką rolę w naszym życiu odgrywa obecnie komputer osobisty, łatwo zrozumieć, jak wielkim zagrożeniem dla nas samych jest naruszenie tej sfery prywatności.

Podsumowując, uważam, iż składowanie przez wszelkiego rodzaju dostawców Internetu informacji o działaniach ich użytkowników oraz jakiekolwiek restrykcje związane wykorzystaniem technologii kryptograficznych przez osoby fizyczne stoją w opozycji do prawa każdego z nas do prywatności. Tej znajdującej się najgłębiej i będącej najbardziej wartościową dla osób trzecich. Jej naruszenie może doprowadzić do konieczności stosowania autocenzury (spotykanej już teraz np. w wielu religiach świata). Co więcej, próbę stworzenia Listy Stron Zakazanych, w szczególności pod obecną postacią, pojmuję jako próbę przywrócenia cenzury. Chyba nie muszę wspominać o tym, co sądzę o próbie usprawiedliwienia powyższych działań ochroną praw autorskich, walką z pedofilia itp. chwytającymi za serce argumentami.

Dysk w kieszeni USB i oszczędzanie energii

2009-12-05, Sobota 11:29:55 +0100, autor Karol „Zal” Zalewski, licencja LPRCTKC

Do mojego najnowszego nabytku, jakim jest terminal HP, dołączyłem ostatnio 2.5" calowy dysk twardy, który ma służyć za sieciową składnicę danych. Sieć jest jednak na tyle mała, iż sam dysk używany jest zaledwie kilka razy dziennie. Logicznym jest, iż w celu minimalizacji zużycia energii oraz hałasu należałoby zastosować odpowiednią politykę zarządzania energią, czyli inną, niż tą domyślną, która brzmi „zawsze włączony”. Cykliczne wyłączanie dysku ma pewien negatywny wpływ na czas życia dysku, ale w tym konkretnym przypadku nie powinien on być znaczący. Co do rozwiązania - niestety, ze względu na zastosowanie USB, typowe podejście, czyli hparm -S, jest nieskuteczne. Można sobie jednak z tym poradzić w inny sposób.

Wystarczy zainteresować się pakietem sg3-utils, a po jego instalacji przeczytać manual polecenia sg_start. Już pobieżne jego przeczytanie i wypróbowanie sg_start --stop /dev/disk/by-uuid/uuid-dysku-usb pozwala zauważyć, że w przypadku dysku USB bez problemu można wykonać „spin-down”. Łatwo się też można domyślić, że kwestię cyklicznego wykonywania tego polecenia i sprawdzania, czy jego wykonanie jest rozsądne można wykonać przy pomocy Crona i właściwego skryptu.

Najlepiej, aby skrypt wykonywał „spin-down” jedynie w przypadku, gdy z danych nie korzysta żaden aktywny proces. Rozwiązaniem jest użycie polecenia fuser. Oto i gotowy kod:

#!/bin/bash

if [ \! "`fuser -c /punkt/montowania/dysku/usb 2>/dev/null`" ] then
  sg_start --stop /dev/disk/by-uuid/uuid-dysku-usb > /dev/null
fi

Teraz wystarczy tylko wykorzystać polecenie crontab -e dla użytkownika root i umieścić tam poniższe linie, aby napisany przez nas skrypt wykonywany był co 10 minut.

# m h  dom mon dow   command
*/10 * * * * /sciezka/do/skryptu

Voilà! Dysk nie powinien już nocami wydawać żadnego dźwięku.

Miniblog: Sprzętowe wsparcie dla AES-a

2009-12-03, Czwartek 11:36:36 +0100, autor Karol „Zal” Zalewski, licencja LPRCTKC

To zabawne, iż obecnie istnieją jedynie dwie firmy tworzące procesory zgodne z x86 ze sprzętowym wsparciem dla szyfrowania AES-em. Mowa o AMD i produkowanym, ale nie rozwijanym już Geode oraz o VIA i ich procesorach z PadLock Security Engine. Co ciekawe, tylko ta ostatnia dostarcza również sprzętowy generator losowy oraz narzędzia do szybkiego generowania skrótów SHA-1 i SHA-256.

Czyżby to był aż tak nieopłacalne?

HP Compaq T5520: Cienki klient z GNU/Linuksem na pokładzie

2009-12-02, Środa 01:26:20 +0100, autor Karol „Zal” Zalewski, licencja LPRCTKC

Wstęp

Wszystko zaczęło się od wpisu, który poczyniłem tydzień temu. Zafascynowała mnie koncepcja małego, bezgłośnego, energooszczędnego i taniego komputera, który mógłby pracować w systemie 24/7 i służyć np. za domowy NAS. Terminal HP Compaq T5520 okazał się być łatwo dostępny. Poniżej znajduje się krótki opis tego, czym jest taki terminal i jakie oferuje możliwości.

HP Compaq T5520

Cienki klient HP między popularnym modemem kablowym Motoroli, a routerem Linksysa. Wymiary terminala T5520: około 35 x 10 x 35 centymetrów.

Między bebechami

Na zakupiony przeze mnie model składa się procesor VIA Eden ESP 8000 (rdzeń „Nehamiah” 0,13 µm taktowany 800 MHz, 133 MHz FSB, 64 KiB L2), chipset VIA CLE266, 128 MiB SODIMM (przylutowane do płyty głównej), karta Ethernet 100 Mbit, karta graficzna S3 UniChrome (przywłaszcza sobie 16 MiB z RAM-u) oraz karta muzyczna. Całość dopełniają 4 gniazda USB 2.0, port szeregowy, równoległy, PS/2, VGA, LAN oraz wejście mikrofonowe i wyjście słuchawkowe. Mnie interesowały głównie porty USB, bo i tak większość z pozostałych zostałaby użyta jedynie podczas instalacji systemu operacyjnego. W tym momencie warto od razu odpowiedzieć na pytanie, gdzie taki system można umieścić. Całość dostarczana jest z 64 MB pamięci flash (zawiera ona system Windows CE 5.0) podpiętej przez 2,5" złącze ATA do płyty głównej. Jak łatwo się domyślić, jedną z atrakcji jest możliwość wymienienia jej na 2,5'' dysk twardy z interfejsem ATA - jedyne o czym należy pamiętać to zdobycie odpowiedniej tasiemki IDE (złącza żeńskie-żeńskie). Warto jeszcze wspomnieć, że o ile sam CPU na płycie głównej nie jest zbyt wydajny to całkiem nieźle sprawdza się w przypadku szyfrowania danych cipherem AES ze względu na sprzętowe wsparcie szyfrowania symetrycznego (tzw. VIA Padlock). Przejdźmy teraz do samej kwestii instalacji właściwego systemu operacyjnego.

Instalacja GNU/Linuksa

Pierwsze, co zrobiłem po otrzymaniu sprzętu to jego rozkręcenie oraz wyjęcie na kilka sekund baterii z płyty głównej zasilającej CMOS. W przypadku, gdyby ekran konfiguracji BIOS-u był zabezpieczony hasłem pozwoliłoby mi to na zaoszczędzenie czasu poprzez wcześniejsze usunięcie go w ten sposób. Przy okazji przyjrzałem się wnętrzu urządzenia i sprawdziłem, czy wszystkie kondensatory są w normie. Po złożeniu i podłączeniu peryferiów uruchomiłem terminal trzymając podczas startu klawisz F9 aż do momentu, gdy usłyszałem dźwięk z wbudowanego głośniczka. To oznaczało, że konfiguracja Windowsa CE powróciła do ustawień fabrycznych i będę mógł się z nim nieco pobawić. Zapewniam jednak, że 5 minut w zupełności na to wystarcza. Później pozostało jedynie przejść do konfiguracji BIOS-u i ustawić odpowiednią kolejność bootowania. W moim przypadku koncepcja była prosta.

Nie miałem zamiaru bawić się zbyt długo, dlatego uznałem, że skorzystam z Ubuntu 9.10 Server Edition dostępnego na płycie CD oraz mojego napędu DVD znajdującego się w kieszeni z interfejsem USB. Wbudowany w terminal dysk flash miał posłużyć jako miejsce składowe dla jądra (/boot) oraz GRUB-a, a podpięty przeze mnie 4 GB dysk jako miejsce dla całej reszty systemu (/ oraz swap). Jak pomyślałem tak też zrobiłem. W trakcie instalacji zaliczyłem „freeze”, więc szybko zmieniłem początkowe założenia. Ubuntu zostało wyparte przez Debiana „Lenny” 5.04 w wersji „network install”. I to była właściwa decyzja. Debian kolejny raz uratował mi odwłok. Po długotrwałej instalacji (30 minut? 60?) dorzuciłem jeszcze na pokład serwer SSH i wyłączyłem system. To był czas na przejście w „tryb bezgłowy” i zarządzanie z poziomu innego komputera. Kilka wpisów w domowym DNS-ie i Thor (mitologia nordycka rządzi) był gotowy do działania.

Serwer SSH to nie wszystko. Docelowo terminal ten ma służyć do kilku celów, które spełniać mają serwery: NTP, CUPS, NFS, Samba, czy też webowy interfejs Transmission (klient BitTorrenta). Wszystkie dane, które nie są systemem operacyjnym i jego plikami konfiguracyjnymi muszą być również szyfrowane AES-em. Oznacza to m.in. wykorzystanie dysku 2.5" w kieszeni USB oraz DM-Crypta, który do najmniej zasobożernych rozwiązań nie należy. A jak wygląda kwestia zasobów po czystej instalacji systemu? Brak obciążenia procesora, około 16 MiB pamięci (z pominięciem buforów) pożartej przez system i podstawowe usługi oraz niewielka konsumpcja przestrzeni dyskowej. Jest to indywidualna sprawa, ale warto o niej wspomnieć. System wstaje około minuty licząc od zerwania połączenia SSH po wydaniu polecenia reboot do momentu, kiedy możliwe jest ponowne zalogowanie poprzez SSH. Czas na prawdziwą pracę! Tj. zaraz po upgrade do obecnego wydania testing Debiana, czyli przyszłego „Squeeze”.

Wydajność

To, co miało być głównym przeznaczeniem tego miniserwera to przede wszystkim dostęp do zaszyfrowanego (DM-Crypt, LUKS i cipher AES) dysku z wykorzystaniem NFS. Zacznijmy zatem od samego szyfrowania oraz od tego, jak sprawdza się terminal w takich zastosowaniach. Do testów wykorzystałem polecenie hdparm -t. Na początku zastosowałem to polecenie kilkukrotnie na dysku, który nie został poddany szyfrowaniu:

zal@thor:/media$ sudo hdparm -t /dev/sdb

/dev/sdb:
 Timing buffered disk reads:   94 MB in  3.01 seconds =  31.23 MB/sec

Całkiem niezły wynik, najprawdopodobniej maksymalny możliwy do uzyskania transfer w przypadku wykorzystania USB 2.0. Następnie wykonałem standardowe polecenia cryptsetup mające na celu stworzenie utworzenie i zmapowanie zaszyfrowanej partycji po czym wykonałem na niej test z hdparm. Rezultat jest mało zadowalający:

zal@thor:/media$ sudo hdparm -t /dev/mapper/XXX

/dev/mapper/XXX:
 Timing buffered disk reads:   22 MB in  3.28 seconds =   6.70 MB/sec

A teraz najważniejsze. Ponowiłem ww. operację ładując wcześniej do pamięci moduł padlock-aes dzięki któremu możliwe jest wykorzystanie wsparcia sprzętowego (procesor z rozwiązaniem VIA Padlock) dla szyfrowania przy pomocy ciphera AES. Oto i rezultat:

zal@thor:/media$ sudo hdparm -t /dev/mapper/XXX

/dev/mapper/XXX:
 Timing buffered disk reads:   62 MB in  3.02 seconds =  20.51 MB/sec

Wygląda to zdecydowanie lepiej. Niestety, nie byłem w stanie określić obciążenia procesora w tym momencie. Wygląda jednak na to, że nawet na takim sprzęcie szyfrowanie całego dysku może mieć sens.

Reszta testów (m.in. dot. obciążenia procesora podczas przesyłu danych oraz prędkości przesyłania danych) będzie miała sens dopiero, gdy złożę odpowiednie środowisko testowe. W obecnej chwili uważam, że zbyt duży wpływ na wynik takich badań może mieć router (działający w oparciu o DD-WRT) pośredniczący w przepływie danych oraz kwestia tego, że jeden z komputerów przesyła dane za pośrednictwem sieci bezprzewodowej. Gdyby jednak ktoś chciał przeczytać to, co uzyskałem korzystając z ww. środowiska może to zrobić zaglądając w kod XHTML niniejszego wpisu i szukając najdłuższego komentarza w nim zawartego. Wskazówka, znajduje się on pod niniejszym paragrafem.

Podsumowanie

Niniejszy wpis powstał zaledwie w ciągu kilku godzin od momentu uruchomienia przeze mnie opisywanego terminala. Pomimo tego, że sprzętem jestem zachwycony to należy mieć na uwadze to, że tak krótki okres jest niewystarczający do tego by móc polecić tego cienkiego klienta komukolwiek. Dopiero po miesiącu, czy też dwóch, użytkowania mogą wyjść na jaw jego największe wady, jak i zalety. Obecnie uważam, że sprzęt ten ma naprawdę duży potencjał i może stanowić konkurencję dla samodzielnie składanych, domowych NAS-ów opartych o stare podzespoły. Nie jest demonem prędkości, ale jest tani, cichy i energooszczędny.

Ciąg dalszy zapewne nastąpi w bliżej nieokreślonej przyszłości. Mam zamiar wykonać bardziej precyzyjne i wiarygodne testy dot. wydajności.

Za X! Pocałujcie w dupę nas!

2009-11-30, Poniedziałek 19:17:43 +0100, autor Karol „Zal” Zalewski, licencja LPRCTKC

Tytuł niniejszego wpisu to oczywiście fragment piosenki zespołu Kabanos - „Za X”. Idealnie oddaje moje uczucia względem organizacji zbiorowego zarządzania prawami autorskimi twórców. Dlaczego?

Obecnie firmy płacą 3% ceny detalicznej (Prawo Autorskie z 4 lutego 1994 roku, rozdział 3, oddział 2, artykuł 20) od każdego sprzedanego odtwarzacza MP3, czystej płyty CD lub DVD, kopiarki i dysku twardego. Od każdego ww. nośnika. Bez względu na to, czy mam zamiar nagrać na takiej płycie zdjęcia z rodzinnego wyjazdu, muzykę na licencji Creative Commons, czy też po prostu będę tam trzymać moje prywatne dane oraz system operacyjny. Ostatnio zrobiło się również głośno o tym, iż organizacje pokroju ZAiKS-u chciałyby, aby taką opłatą obłożyć również na telefony komórkowe oraz aparaty fotograficzne. Szukając dłużej można również dotrzeć do podobnych pomysłów dot. dostępu do Internetu.

W tym miejscu należałoby zadać kilka pytań. Po pierwsze - kto i dlaczego zgodził się na to, aby wprowadzić opłatę dot. czystych nośników? Po drugie - co zyskał na tym przeciętny odbiorca? Po trzecie - co zyskuję ja, jako twórca? Moim skromnym zdaniem jest to działanie ze strony organizacji zbiorowego zarządzania prawami autorskimi twórców, które wcale nie odbywa się z korzyścią dla twórców, lecz służy samym organizacjom pokroju ZAiKS-u. Świadczy o tym także to, iż pobierają one również opłaty w imieniu twórców niezrzeszonych.

Jestem ciekaw, jak wiele jeszcze muszą zażądać ww. organizacje by natrafić na zdecydowany opór. Cieszę się jedynie, że Internet coraz skuteczniej przybliża twórców do odbiorców sprawiając, że z czasem będąc znikać kolejne elementy żerujące zarówno na jednych, jak i drugich.

Miniblog: Cienki klient od HP

2009-11-25, Środa 12:50:09 +0100, autor Karol „Zal” Zalewski, licencja LPRCTKC

Dzięki jednemu z joggerowych wpisów zacząłem chorować na HP Compaq T5520. Posiada pasywne chłodzenie, niewielkie rozmiary, jest energooszczędny, a i jego cena w sklepach internetowych plasuje się w okolicach 180 PLN wraz z dostawą. Do tego Linux, CUPS, Samba/NFS i proste usługi pokroju serwera WWW.

Kolejny raz nie mogę się powstrzymać, aby zakupić zabawkę w okresie największych wydatków. Wrr.

Starsze wpisy |