] > Karol „Zal” Zalewski - Blog - http://blog.4zal.net/kategoria/informatyka/

Miniblog: Pierwszy polski artykuł o komputerach

2010-09-03, Piątek 13:10:12 +0200, autor Karol „Zal” Zalewski, licencja LPRCTKC

Gdyby ktoś miał ochotę zapoznania się z pierwszym polskim artykułem poświęconym ENIAC-owi to polecam do zajrzenia na strony Sekcji Historii Informatyki PTI. Znajduje się tam elektroniczna wersja artykułu z miesięcznika „Problemy” (nr 6 z 1946). Naprawdę warto go przeczytać chociażby po to, aby móc zobaczyć, jak bardzo różniło się spojrzenie ludzi sprzed ponad 60 lat na przyszłość informatyki względem tego, do czego dostęp mamy obecnie.

Bardzo podoba mi się inicjatywa polegająca na próbie skompletowania materiałów dot. historii informatyki. Zarówno tej światowej, jak i krajowej.

Miniblog: Kod Diaspory dostępny już od 15 września

2010-08-27, Piątek 14:05:58 +0200, autor Karol „Zal” Zalewski, licencja LPRCTKC

Na blogu twórców Diaspory pojawiła się informacja, że kod źródłowy projektu zostanie opublikowany już 15 września obecnego roku. Jeżeli ktoś jeszcze nie wiem, czym jest Diaspora to śpieszę donieść, że ma być dla Facebooka tym, czym StatusNet jest dla Twittera. Diaspora to otwarte i projektowane z myślą o prywatności oprogramowanie mające umożliwić tworzenie zdecentralizowanych sieci społecznościowych.

Projekt jest interesujący również z tego względu, iż jest on finansowany ze środków uzbieranych przy pomocy Kickstartera. Czterech developerów nie tylko zebrało z jego wykorzystaniem ponad 200 tysięcy dolarów, ale również zyskali rozgłos i wsparcie ze strony większych projektów.

Miniblog: (No)?life

2010-08-25, Środa 16:52:25 +0200, autor Karol „Zal” Zalewski, licencja LPRCTKC

Pogłoski o mojej śmierci były mocno przesadzone.

Mark Twain

W ciągu ostatnich kilku miesięcy moja aktywność na blogu znaczącą zmalała. Nic w tym dziwnego - po niemal 4 latach pisania (pierwszy wpis opublikowałem 2006-09-23) dotychczasowy pomysł na dziennik miał prawo się znudzić. Nie pomagają tutaj również sprawy, które mam ostatnimi czasy na głowie. Wygląda na to, że albo zmieni się forma bloga, albo umrze on śmiercią naturalną.

Bądź, co bądź, w przerwach między pisaniem pracy magisterskiej postanowiłem powrócić do zajęć, które swego czasu sprawiały mi sporo przyjemności. Dzięki radiu Nectarine przypomniałem sobie o zabawach z Commodore C64 - mam zamiar w dalszym stopniu męczyć GoatTrackera (SID!) oraz VICE. Chociaż wątpię w to, abym mógł się szybko pochwalić efektami - to, że zabawa trackerem sprawia mi przyjemność nie oznacza jeszcze tego, że efekty są miłe dla ucha. Powracam również do czytania fantastyki (tego mi zdecydowanie brakowało), skakania na DDR (zawsze to jakaś forma ruchu) oraz mam nadzieję na to, że znajdę czas na rozegranie kilku partii Magic: The Gathering, pomimo tego, że obecnie mam jedynie standardową talię do 10 edycji. Nie zapominajmy też o gotowaniu - ostatnio eksperymentuję z kuchnią wegetariańską bazującą na świeżych ziołach i muszę przyznać, że jest to bardzo wdzięczne zajęcie.

W ramach anegdotki - wygląda na to, że po prawie 4 latach od momentu rozpoczęcia pierwszego kursu na prawo jazdy dostanę w końcu swoją „licencję na zabijanie”. Trochę czasu musiało upłynąć nim zrozumiałem, że tak właściwie to lubię siedzieć za kierownicą. Chociaż to stwierdzenie nie jest aż tak szczere, jak niechęć do kapryśnej i dostarczającej nieprzyjemnych wrażeń estetycznych komunikacji publicznej.

Miniblog: Android Market i Google Apps

2010-08-17, Wtorek 20:51:33 +0200, autor Karol „Zal” Zalewski, licencja LPRCTKC

Na przenajświętszy Jesion! To zaczyna już być irytujące. Okazuje się, że istnieje jakieś magiczne połączenie między Android Market, a GTalkiem. Jakie? Nie mam pojęcia, ale bez zalogowania się do usługi GTalk każda próba pobrania aplikacji z Marketu kończy się komunikatem „rozpoczęcie pobierania...”, z którego nic nie wynika. A tak się składa, że ostatnio wyłączyłem GTalka w ramach domeny podpiętej pod Google Apps, aby móc skorzystać z innego serwera XMPP.

Rozwiązanie? Zapewne wystarczy utworzyć standardowe konto Google i podpiąć je jako główne. Bez przywrócenia ustawień fabrycznych zapewne się nie obędzie. Ależ to jest nieziemsko denerwujące.

Webowy klient XMPP?

2010-08-15, Niedziela 18:31:17 +0200, autor Karol „Zal” Zalewski, licencja LPRCTKC

Jak już wcześniej planowałem, dziś zrezygnowałem z serwerów XMPP Google (działających w ramach Google Apps) na rzecz Hosted.IM, czyli darmowej usługi oferowanej przez firmę ProcessOne (twórców serwera ejabberd). Największą zaletą Hosted.IM jest to, iż w przeciwieństwie do Google Apps, ich implementacja XMPP trzyma się standardów. Podpinając domenę pod serwery ProcessOne nie trzeba się obawiać o własne zdrowie psychiczne. Jest jednak coś, co w przypadku Google sprawdza się naprawdę nieźle, a czego nie posiada Hosted.IM - webowy klient XMPP.

O webowym GTalku można mówić wiele, ale jedno jest pewne - ratuje skórę tam, gdzie nie ma innej możliwości dostępu do Sieci, niż przeglądarka WWW i dostęp do dwóch portów (80 i 443). W momencie, gdy nie korzystamy z usług Google można skorzystać z popularnych Meebo oraz Imo. Na stronie poświęconej XMPP można znaleźć jeszcze więcej webowych klientów. Ideałem byłoby znalezienie tego typu klienta o otwartym/wolnym kodzie źródłowym.

Stąd też moje pytanie - czy ktoś z Was miał już do czynienia z takimi rozwiązaniami i jest w stanie polecić z czystym sumieniem któryś z nich? Nie musi to być koniecznie rozwiązanie działające po stronie serwera. Hosted.IM obsługuje BOSH (XEP-0124).

HTC Desire: Downgrade Androida 2.2 do 2.1 i rooting

2010-08-05, Czwartek 15:27:33 +0200, autor Karol „Zal” Zalewski, licencja LPRCTKC

Posiadasz smartphone HTC Desire, dokonałeś aktualizacji OTA do Androida 2.2 (HBOOT 0.92.0001) podesłanej przez producenta i teraz nie jesteś w stanie uzyskać dostępu do roota? Istnieje rozwiązanie! Dzięki użytkownikom jednego z chińskich for udało się dokonać downgrade Androida 2.2 do 2.1 (HBOOT 0.80.0000). Po całej operacji wystarczy użyć programu Unrevoked3 celem nadpisania obrazu „recovery” oraz uzyskania dostępu do konta roota, a następnie wgrać zrootowany już ROM Androida 2.2. Oto opis procedury downgrade:

Przygotowanie

  1. Stwórz nową Goldcard (angielski opis tworzenia pod Windowsem - pod Linuksem trzeba na końcu wykorzystać program dd),
  2. Ściągnij PB99IMG.zip (mirror),
  3. Zmień nazwę ściągniętego pliku na PB99IMG.zip i przekopiuj na kartę SD.

Flashowanie

  1. Wyłącz telefon,
  2. Trzymając wciśnięty klawisz Ciszej naciśnij włącznik zasilania,
  3. Poczekaj aż PB99IMG.zip zostanie znaleziony i sprawdzony,
  4. Naciśnij klawisz Głośniej (yes), gdy pojawi się pytanie dot. aktualizacji,
  5. Poczekaj, aż wszystkie punkty zostaną wykonane. NIE WYŁĄCZAJ TELEFONU!
  6. Po wykonaniu flashowania naciśnij klawisz Głośniej (yes), aby zrestartować telefon,
  7. Gotowe.

Źródło: forum XDA-Developers

Dzielenie sekretu

2010-08-02, Poniedziałek 14:45:33 +0200, autor Karol „Zal” Zalewski, licencja LPRCTKC

W ciągu ostatnich kilku dni zrobiło się stosunkowo głośno o rozpoczęciu działania na skalę globalną systemu DNSSEC. Wygląda na to, że w końcu zabezpieczono jeden z najsłabszych elementów Internetu, jakimi były DNS-y. Oczywiście, nie byłoby to możliwe bez wykorzystania osiągnięć kryptografii pod postacią szyfrów symetrycznych oraz asymetrycznych. Pojawia się tutaj jednak jeszcze jeden element, o którym warto wspomnieć. Jest to tzw. dzielenie sekretu. Cała siła systemu DNSSEC tkwi w kluczu głównym. Jego utrata bądź nieautoryzowany dostęp do niego naraziłyby na szwank cały Internet. Prosty backup nie wchodził zatem w grę. Zdecydowano się wykorzystać protokół dzielenia sekretu. Poniżej znajduje się krótki i przystępny opis tej koncepcji.

Postanowiono podzielić klucz na 7 części (rozdano je różnym osobom z całego świata) tak, aby do jego odzyskania wystarczyło 5 dowolnych fragmentów. Odtworzenie klucza przy pomocny mniejszej liczby części, czyli tzw. cieni, miało być niemożliwe do wykonania. Proces ten najłatwiej opisać w oparciu o protokół Blakleya. W uproszczeniu można to przedstawić w następujący sposób. W przestrzeni trójwymiarowej, aby określić położenie konkretnego punktu należy posłużyć się trzema różnymi, nierównoległymi płaszczyznami. Oczywiście, takich płaszczyzn przechodzących przez ten punkt można wygenerować nieskończenie wiele, ale trzeba posiadać, co najmniej trzy by móc go odtworzyć. Nasz sekret to jedna ze współrzędnych tego punktu (np. X). Mniejsza liczba płaszczyzn nie pozwala na odkrycie żadnej wskazówki dot. naszego sekretu (w przypadku przecięcia się dwóch płaszczyzn otrzymujemy prostą). Manipulując liczbą wymiarów, w których znajduje się punkt, manipulujemy również liczbą płaszczyzn wymaganych do jego odtworzenia. Zatem w przypadku DNSSEC wygenerowano 7 płaszczyzn dla każdego punku umieszczonego w przestrzeni pięciowymiarowej. O ile skorzystano z protokołu Blakleya.

Powyższe podejście jest stosunkowo prymitywne, nieodporne na oszustwa (spróbujcie podłożyć fałszywą płaszczyznę i określić, która z nich jest oszustwem nie znając prawidłowego punktu), ale zapewnia pożądaną nadmiarowość i większe bezpieczeństwo, niż próba podzielenia sekretu na części w sposób intuicyjny (np. hasło „sekret” dzielimy na trzy fragmenty - „se----”, „--kr--” i „----et”). Istnieją protokoły umożliwiające wykrywanie oszustwa (a nawet konkretnych oszustów) oraz np. określenie maksymalnej liczby cieni wymaganych do odtworzenia pierwotnej wiadomości. Możliwe jest także tworzenie bardziej skomplikowanych rozwiązań, kiedy to poszczególni posiadacze cieni mają różną wagę „głosu” (np. dwóch generałów lub dwudziestu oficerów wystarcza do odtworzenia sekretu). Cała koncepcja z punktu widzenia teorii informacji ma swoje ograniczenia, ale jest wykorzystywana w praktyce np. do tworzenia kopii kluczy prywatnych OpenGPG. Ja sam interesuję się nią ze względu na możliwość wykorzystania jej przy tworzeniu bezpiecznych, niezawodnych i zdecentralizowanych baz danych np. dla systemów agentowych.

Osobom zainteresowanym tą tematyką polecam zajrzenie do publikacji autorstwa Bruce Schneiera (np. do bardzo popularnej jego książki pt. „Kryptografia dla praktyków”). Dobrym punktem wyjścia jest również anglojęzyczna Wikipedia.

Doktor Strangedesire, czyli jak przestałem się martwić i pokochałem Androida

2010-07-29, Czwartek 13:12:36 +0200, autor Karol „Zal” Zalewski, licencja LPRCTKC

Jak już wspomniałem kilka dni temu udało mi się ostatnio zakupić smartphone HTC Desire z Androidem 2.1 i HTC Sense UI na pokładzie (specyfikacja dostępna na stronach producenta). Z początku trudno było mi jednoznacznie stwierdzić, czy jestem zadowolony z zakupu. Obecnie, po kilku dniach korzystania, jestem w stanie zweryfikować moje poglądy. Oto i krótka oraz zdecydowanie subiektywna recenzja tego telefonu. Zapraszam do lektury.

Myślę, że każdy, kto zastanawia się nad kupnem HTC Desire powinien najpierw przeczytać artykuł na Engadget.com. Znajdziecie tam m.in. kompletny opis zawartości pudełka, podzespołów telefonu oraz oprogramowania. W ogólności, autor recenzji pomimo dostrzeżenia kilku wad tego telefonu nadal jest pod jego wrażeniem. Ja również jestem i zgadzam się z nim, co do wymienionych przez niego zalet, ale... Poniżej znajduje się spis elementów, którym przyjrzałbym się jeszcze raz kupując ten sprzęt. Oto i on:

  • bateria - Desire nie jest przeznaczony dla osób przyzwyczajonych do tego, że telefon służy po prostu do dzwonienia. Owszem, Desire może służyć za telefon. Jednak znacznie lepiej radzi sobie w roli lampki nocnej będąc na stałe przyczepionym do ładowarki. Żywotność tego telefonu na w pełni naładowanej baterii oraz przy wyłączonych modułach pokroju WiFi to circa 30h. Przy intensywnej zabawie wartość ta spada do około 12h. Zdecydowanie odbiega to od ponad 300h w trybie czuwania zadeklarowanych przez producenta. Chyba, że nigdy nie udało mi się osiągnąć stanu czuwania.
  • optyczny trackball - nie tylko manipulator, ale również czujnik ruchu. Jest futurystyczny i robi dobre wrażenie. Przynajmniej do czasu, kiedy to zajdzie potrzeba jego intensywnego wykorzystania. Niestety, zupełnie nie sprawdza się w tej roli. Trudno go wyczuć palcami, co oznacza, że wymaga skupienia ze strony wzroku. Co więcej, trudno się nim sprawnie posługiwać - nierzadko otrzymujemy ruch kursora w kierunku obróconym o 90° względem oczekiwanego. Jeżeli ktoś oczekiwał, że wykorzysta swoją nową zabawkę do gry to srodze się zawiedzie.
  • klawiatura ekranowa - kwestia gustu, ale jeżeli ktoś ma ochotę wykorzystywać telefon w roli konsoli do gier lub przenośnego Linuksa to radzę zastanowić się nad telefonami wyposażonymi w sprzętową klawiaturę. Jeżeli już podjęliśmy decyzję o klawiaturze ekranowej to należy zauważyć, iż jej działanie w dużej mierze zależy od oprogramowania służącego do jego obsługi, a o tym wspomnę już za chwilę.
  • HTC Sense UI - ta nakładka na interfejs użytkownika robi wrażenie. Wszystko staje się kolorowe, błyszczące i animowane, a do tego udostępnia kilka aplikacji umożliwiających łatwą integrację z Twitterem, Facebookiem itp. serwisami. Również i klawiatura ekranowa za jej sprawą nabiera zupełnie nowego charakteru. Szkoda tylko, że jest niedopracowana, a konieczność jej integracji z systemem opóźnia wydanie przez HTC aktualizacji Androida do wersji 2.2.
  • Android 2.1 - śmiga. Cały system dostaje czkawki tylko i wyłącznie w momencie, gdy instaluję równocześnie kilka aplikacji z Android Market lub korzystam z aplikacji dostarczonych w ramach HTC Sense. Należy też zaznaczyć, że aktualizacja systemu do wersji 2.2 byłaby wskazana chociażby ze względu na możliwość instalacji aplikacji na karcie SD. Wierzcie mi, że wewnętrzna pamięć telefonu jest zbyt mała na to, aby pomieścić wszystkie użyteczne aplikacje z Android Market.
  • producent (HTC) - nie liczcie na to, że coś od niego uzyskacie. HTC już kilka razy pokazało, co sądzi o swoich klientach opóźniając wydanie lub nigdy nie wydając aktualizacji oprogramowania dla swoich telefonów. Kupując sprzęt tego producenta warto mieć na uwadze to, że trzeba liczyć na społeczność, gdy chce się mieć aktualny system. Na całe szczęście, pomimo stosowania pewnych zabezpieczeń chyba jeszcze żadne z nich nie okazało się na tyle silne, aby uniemożliwić instalację systemów udostępnionych przez niezależnych dostawców.
  • Google - pierwszy zarzut pod adresem Google to brak dostępu do płatnej części Android Market. Telefon z Androidem na pokładzie bez aplikacji z Android Market jest namiastką tego, czym może się stać i dobrze, że zachowano przynajmniej dostęp do jego części. Co prawda do płatnej części można się dostać uzyskując dostęp do roota (tzw. „rootowanie” systemu) oraz instalując stosowne oprogramowanie (np. MarketAccess), ale... To nie jest miłe zagranie ze strony Google. Można też mieć zarzut do sposobu w jaki funkcjonuje integracja telefonu z kontem w systemie Google. Synchronizacja kontaktów z Google Contacts bywa irytująca, szczególnie po „usprawnieniu” jej przez HTC Sense.

Podsumowując, HTC Desire to dobry smartphone. Szczególnie, jeżeli nie przeszkadza nam czas działania na baterii oraz wątpliwe wsparcie ze strony producenta. Idealnie nadaje się do buszowania w Internecie, czy też nawigacji (wbudowany GPS, magnetometr oraz akcelerometry). Co więcej, jako urządzenie bardzo podobne pod względem specyfikacji do Nexus One można oczekiwać, że długo będzie wspierane przez twórców niezależnych dystrybucji Androida, a samo wgrywanie nowego oprogramowania pozostanie trywialne (dzięki unrevoked oraz ROM Manager). Trzeba być jednak świadomym tego, że nie jest to urządzenie idealne. Pomimo drzemiącej w nim mocy (układ Snapdragon taktowany zegarem o częstotliwości 1GHz ze zintegrowanym akceleratorem 3D) pozostanie ona najprawdopodobniej niewykorzystana.

[EDIT] Brak wsparcia dla Javy ME też bywa bolesny, a multitouch ograniczony do wykrywania odległości między dwoma palcami irytujący.

Google Contacts, GTalk i pseudozabezpieczenia

2010-07-21, Środa 11:18:02 +0200, autor Karol „Zal” Zalewski, licencja LPRCTKC

Wczoraj postanowiłem zrobić porządek w moich kontaktach egzystujących w usłudze Google Contacts. W miejscu tym znajdowała się książka kontaktowa z telefonu (osobna zakładka), roster XMPP (kontakty z automagicznymi przełącznikami „obecny w GTalk”) oraz dużo kontaktowego miszmaszu, który nazbierał się przez kilka lat. Pomysł był prosty, zrobię backup kontaktów telefonicznych (poprzez webowy interfejs Google Contacts) oraz rostera XMPP (konsola XML w kliencie XMPP) i zacznę się bawić na wszystkie możliwe sposoby, a na koniec przywrócę wszystko z kopii zapasowych. Jak pomyślałem tak też zrobiłem. Jednak, gdy przyszedł moment przywracania wszystkiego z backupów pojawił się problem. Każda próba przywrócenia rostera na GTalku kończyła się następującym błędem:

Over maximum subscriptions per day

Z planowanych 100 kontaktów udało mi się wcisnąć na listę około 20. Miarka się przebrała. GTalk to jeden z gorszych hostingów XMPP. Źle reaguje na prośby o subskrypcję, często zrywa połączenia S2S, wykorzystuje niestandardowe rozwiązania, integracja z pocztą irytuje (pojawiające się „chat z ...” w interfejsie webowym GMaila) i jeszcze do tego istnieją pseudozabezpieczenia, które użytkownik sam musi odkryć (powyższe + antyflood). Zalety? Integracja z Google Apps for Your Domain, webowy klient XMPP z poziomu interfejsu webowego poczty oraz niski koszt utrzymania (usługa darmowa).

Tymczasowo podpiąłem domenę tmp.4zal.net pod serwery z Hosted.im. Jak tylko Marta wróci z Syberii również i główną domenę przenoszę na coś bardziej sensownego.

Miniblog: HTC Desire

2010-07-20, Wtorek 01:48:34 +0200, autor Karol „Zal” Zalewski, licencja LPRCTKC

Nienawidzę wszelkiego rodzaju automagicznych rozwiązań, których sposób działania nie jest wytłumaczony użytkownikowi. Taka była moja pierwsza myśl po zapoznaniu się z nową zabawką, czyli smartphonem HTC Desire. W skrócie - Android 2.1 z nakładką HTC Sense, procesor o częstotliwości 1GHz i 576MiB pamięci operacyjnej. Niemalże kopia Nexus One, w Internecie znajdziecie mnóstwo pozytywnych recenzji. I nikt nie wspomniał, że jest to jedno z najbardziej irytujących urządzeń. Owszem, robi wrażenie. Aż założyłem sobie konto na FaceBooku. Wszystko się świeci, migocze i porusza. Cieszy oko. Jednakże, jeżeli czyjeś życie nie kręci się tylko i wyłącznie wokół Twittera, Facebooka oraz Google to zaczyna się pojawiać mnóstwo rys na obrazie tego telefonu "idealnego". Jeżeli to faktycznie jest "iPhone killer" to współczuję nabywcom produktów Apple.

W ogólności jestem zadowolony z zakupu. Inaczej nie napisałbym tego tekstu pod Androidem. Ale... Uważam, że standardowy zestaw oprogramowania oraz sposób jego działania składa się na wizję telefonu zabawki, a nie biznesowego palmtopa z opcją wykonywania połączeń. Pod tym względem już nawet leciwa Nokia E51 wypada zdecydowanie lepiej.

Bentō, czyli co łączy legendarne Thinkpady z Japonią?

2010-07-15, Czwartek 17:18:49 +0200, autor Karol „Zal” Zalewski, licencja LPRCTKC

Jak na geeka przystało nie tylko interesuję się informatyką, fantastyką oraz elektronicznymi gadżetami, ale również przejawiam ciągoty do wszystkiego, co związane z Japonią. Co prawda na wycieczki do Japonii, czy też dłuższy w niej pobyt, wciąż mnie jeszcze nie stać, ale już od jakiegoś czasu „sprowadzam” ją sobie do domu. W jaki sposób? To proste. Uwielbiam gotować, a dania kuchni japońskiej nie tylko świetnie smakują, ale również dają się stosunkowo łatwo przystosować do moich wegetariańskich upodobań. To taka wycieczka do Japonii bez wychodzenia z domu (i trochę bardziej multimedialna, niż zabawa z Google Maps). Co więcej, Japończycy przywiązują ogromną wagę do estetyki. Przygotowane jedzenie cieszy nie tylko podniebienie, ale również wzrok. I tutaj właśnie chciałbym wspomnieć o bentō.

Bentō (jap. 弁当) to coś, co można nazwać japońskim odpowiednikiem naszego śniadania zabieranego przez nas do pracy, czy też szkoły. Jednakże w przeciwieństwie do naszego rodzimego posiłku, jak to często bywa w przypadku Japończyków, jest to już element tradycji posiadający kilkusetletnią historię. Tak, jak wspomniałem, Japończycy wysoko cenią estetykę i również w tym przypadku można to dostrzec. Bentō nie tylko świetnie wygląda (w Internecie można znaleźć mnóstwo zdjęć, co ciekawszych arcydzieł), ale najczęściej znajduje się również w ozdobnym pudełku. I w tym oto właśnie miejscu dochodzimy do meritum. Chyba mało kto przypuszczał, że masywny, dobrze zaprojektowany i solidnie wykonany Thinkpad (czołg pośród laptopów) wygląd swój zawdzięcza shōkadō bentō, czyli tradycyjnemu, drewnianemu i lakierowanemu na czarno pudełku na bentō.

Moim skromnym zdaniem Richard Sapper, Kazuhiko Yamazaki oraz Tom Hardy świetnie się spisali projektując w 1992 roku pierwszego IBM Thinkpada. Czerń z elementami czerwieni oraz kwadratowy wygląd do tej pory są znakami rozpoznawczym Thinkpadów. Chociaż z pewnością nie cieszą się one taką popularnością pod względem wyglądu, jak białe, obłe i przyjazne produkty Apple. Bądź, co bądź, kupując Thinkpada zdobyłem rzecz, która w niezwykły sposób powiązana jest z Japonią i kolejny raz zaoszczędziłem na wycieczkach do Japonii oraz noclegach w kapsułowych hotelach.

Studia, studia i...

2010-07-14, Środa 14:21:58 +0200, autor Karol „Zal” Zalewski, licencja LPRCTKC

Żarty na bok, jak powiedział król Dezmod, gdy wśród uczty goście nagle zaczęli sinieć i umierać.

„Pani Jeziora”, Andrzej Sapkowski

Wygląda na to, że moje studiowanie powoli dobiega końca. Na informatyce uzyskałem już tzw. absolutorium, czyli zaliczyłem wszystkie egzaminy i pozostaje mi jedynie złożyć oraz obronić pracę dyplomową. Niestety, prace nad tą ostatnią jeszcze trwają, co odbija się na mojej aktywności w każdej innej sferze życia. Muszę jednak przyznać, że odetchnąłem z ulgą, gdy grzebanie się w systemach agentowych, darknetach (FreeNet jest naprawdę interesujący) i systemach replikacji baz danych zaczęło mi przynosić satysfakcję. Mam nadzieję, że system skończę do połowy sierpnia, a samą pracę będę mógł złożyć pod koniec września. Bądź, co bądź, piwo z rektorem (mamy świetnego rektora) już wypiłem. A i już jedną publikację naukową mam na koncie.

Na zarządzaniu sytuacja wygląda stabilnie. Do końca studiów pozostał mi jeszcze jeden semestr, a na dzień dzisiejszy nie mam żadnych zaległości. Dodatkowo załapałem się na całkiem interesujący temat pracy magisterskiej tj. „Critical analysis of Open Source projects management tools with case studies”, a moim promotorem został prof. Edward Szczerbicki. Zacznę ją męczyć, jak już tylko uporam się z magisterką na ETI.

W ramach anegdotki wspomnę, że niedawno zapisałem się na kurs prawa jazdy. Będzie to już drugi raz w moim życiu. Najwyraźniej moja niechęć do jazdy samochodem w roli kierowcy powoli słabnie.

Tutaj pojawia się kolejne pytanie - co dalej? Pozwólcie, że akurat na to pytanie odpowiem zarówno sobie, jak i Wam, nieco później. Dobrze, że przynajmniej Marta, która aktualnie jest w drodze na Syberię (okolice obwodu irkuckiego), ma już sprecyzowane plany na przyszłość.

Manifest kryptoanarchistyczny: „Od kuszy do kryptografii, czyli psucie państwu szyków przy pomocy techniki”

2010-07-06, Wtorek 12:50:16 +0200, autor Karol „Zal” Zalewski, licencja LPRCTKC

Już dwa razy zdarzyło mi się odwoływać do tekstów opublikowanych w MindFucku, czyli nieregularniku anarchistycznym. Za pierwszym razem umieściłem u siebie tekst Erica Raymonda (osoby znanej z zaangażowania w ruch Open Source) „Dlaczego jestem anarchistą?”, natomiast w drugim przypadku był to opis „Zabójczej Loterii Narodowej” (ang. dead pool) Jamesa Daltona Bella. Ja co prawda anarchistą nie jestem (może kryptoanarchistą) pomimo tego, iż libertarianizm ociera się o pewne formy anarchizmu, ale uważam, że niektóre teksty anarchistyczne są bardzo interesujące. Oto i kolejny z nich znaleziony w drugim numerze MindFucka, tym razem manifest kryptoanarchistyczny autorstwa Chucka Hammilla. Przypominam, że cały esej (również jego tłumaczenie autorstwa Jacka Sierpińskiego) jest dostępny na licencji „rób, na co tylko masz ochotę”, a tam, gdzie jest to możliwe, należy do domeny publicznej. I jeszcze jedna mała uwaga - oryginalny tekst został napisany w 1989 roku.

Od kuszy do kryptografii, czyli psucie państwu szyków przy pomocy techniki

O tej maksymie – przysłowiu – powszechnie przypisywanej Eskimosom zapewne słyszeliśmy wszyscy; lecz o ile prawdopodobnie nie będziemy sprzeczać się z mówiącym to, o tyle możemy odbierać ją jako zwyczajny frazes, który niczego już nas nie nauczy i być może jesteśmy już zmęczeni jej wysłuchiwaniem. Dlatego powtórzę to teraz:

Jeśli dasz człowiekowi rybę, to nakarmisz go na jeden dzień. Ale jeśli nauczysz człowieka, jak łowić ryby, to nakarmisz go na całe życie.

Prawdopodobnie postrzegałeś ten cytat w kontekście opozycji „workfare” do „welfare”; mianowicie, jeśli chce się naprawdę pomóc komuś w potrzebie, powinno się go nauczyć, jak ma zarabiać na środki swojego utrzymania, a nie, jak po prostu o nie żebrać. I jest to oczywiście prawda, choćby dlatego, że jeśli będzie on głodny następnym razem, to w pobliżu może nie być nikogo, kto chciałby czy nawet mógłby dać mu rybę, podczas gdy dysponując informacją, jak łowić ryby, jest on całkowicie niezależny.

Twierdzę jednak, że wyczerpuje to jedynie pierwszą warstwę zawartości tego cytatu i zmarnowałbym nasz czas cytując go po raz kolejny, jeśli nie było tam nic więcej do zebrania. Zresztą wydaje się on mieć niemal kryptoaltruistyczny wydźwięk, sugerując jak gdyby, że powinniśmy układać nasze sprawy tak, by zwiększać korzyści głodnych żebraków, jakich możemy napotkać.

Ale zauważmy: przypuśćmy, że ten Eskimos nie wie, jak łowić ryby, ale wie, jak polować na morsy. Ty zaś podróżując przez kraj morsów bywasz często głodny, bo nie masz pojęcia, jak chwytać te przeklęte stworzenia i być może zjadły ci one wiele ryb, które mógłbyś złapać. Przypuśćmy teraz, że decydujecie się wymienić informacjami, wymieniając wiedzę o łowieniu ryb na wiedzę o polowaniu na morsy. Pierwszą rzeczą, jaką obserwujemy jest to, że tego rodzaju transakcja kategorycznie i niedwuznacznie obala marksistowskie założenie, że każdy handel musi mieć „zwycięzcę” i „przegrywającego” – ideę, że jeśli jedna osoba zyskuje, musi to koniecznie zachodzić „kosztem” innej osoby, która traci. Rzecz jasna w tym scenariuszu taki przypadek nie zachodzi. Każda ze stron zyskała coś, czego nie miała przedtem i nie została przy tym w jakikolwiek sposób uszczuplona w swym stanie posiadania. Gdy przychodzi do wymiany informacji (a nie przedmiotów materialnych), życie nie jest już dłużej grą o sumie zerowej. Jest to niezwykle doniosłe. „Prawo malejących zysków”, „pierwsze i drugie prawo termodynamiki” – wszystkie te „prawa”, które w innych kontekstach ograniczają nasze możliwości – nie krępują nas więcej! Jest to anarchia nowego i podniecającego rodzaju!

Rozważmy inną możliwość: przypuśćmy, że ten głodny Eskimos nigdy nie nauczył się łowić ryb, bo władca jego plemienia uznał łowienie za nielegalne. Mówi on nam, że ponieważ ryba zawiera niebezpieczne małe ości, a czasami szpiczaste kolce, jego władcy zarządzili, że konsumpcja, a nawet posiadanie ryb jest zbyt ryzykowne dla ludzkiego zdrowia, aby było dozwolone – nawet dla dobrze poinformowanych, chętnych dorosłych osób. Być może jest tak dlatego, że ciała obywateli uważane są za własność plemienną i co za tym idzie funkcją władcy jest karanie tych, którzy niewłaściwie troszczą się o ten majątek. Albo może jest tak dlatego, że jego władca wspaniałomyślnie rozszerza na kompetentne dorosłe osoby „korzyści” przewidziane dla dzieci i umysłowo chorych: pełnoczasowy, wszechogarniający nadzór – tak, by nie musieli się oni kłopotać dokonywaniem wyborów zachowań uważanych za fizycznie ryzykowne lub moralnie „nieprzyzwoite”. W każdym razie patrzysz zdumiony, gdy twój eskimoski informator opowiada, że prawo to traktowane jest tak poważnie, iż jego przyjaciel został niedawno uwięziony na wiele lat za zbrodnię „posiadania dziewięciu uncji pstrąga, z zamiarem sprzedaży”.

Możesz teraz dojść do wniosku, że społeczeństwo tak groteskowo opresyjne, że narzuca tego rodzaju prawa jest po prostu afrontem dla godności wszystkich ludzkich istot. Możesz pójść dalej i zdecydować się poświęcić część swojego czasu na psucie szyków tyranowi. (Twój motyw może być „altruistyczny”, w rodzaju pragnienia wyzwolenia uciskanych, lub „egoistyczny”, w rodzaju chęci dowiedzenia, że możesz przeciwstawić się uciskającemu, lub – bardzo możliwe – może być on kombinacją tych lub innych powodów).

Ale skoro nie masz ochoty zostać męczennikiem swojej „sprawy”, nie będziesz montował kampanii wojskowej czy nawet próbował przemycić łodzi ryb. Jednak technika – w szczególności technika informacyjna – może zwielokrotnić twoją skuteczność dosłownie sto razy. Mówię „dosłownie”, bo za ułamek wysiłku (i właściwie bez ryzyka) towarzyszącego przemycaniu stu ryb, możesz całkiem łatwo wyprodukować sto kserokopii instrukcji łowienia ryb. Jeśli rząd, jak we współczesnej Ameryce, pozwala przynajmniej otwarcie dyskutować o rzeczach, których robienie jest zabronione, powinno to wystarczyć. Ale jeśli rząd próbuje zlikwidować również przepływ informacji, to będziesz musiał podjąć trochę większy wysiłek i być może napisać swoją instrukcję łowienia ryb w zaszyfrowanej formie na dyskietce lub zagrzebać ją w niewykonywalnej części kodu gry komputerowej. Odbiorca (skoro tylko zna sekret) może łatwo wyciągnąć informację ze swego komputera, ale żaden nieproszony plemienny szpicel nie dowie się niczego.

Technika – w szczególności komputerowa – dostawała często niezasłużone szturchańce od miłośników wolności. Mamy skłonność myśleć o 1984 Orwella czy o Brazil Terry’ego Gilliama, czy o wykrywaczach ciał utrzymujących niewolników-obywateli Berlina Wschodniego po ich stronie granicy, czy o wyszukanych urządzeniach używanych przez Nixona do szkodzenia ludziom ze swej „listy wrogów”. Albo przyznajemy, że za cenę biletu na Concorde możemy lecieć z dwukrotną prędkością dźwięku, ale tylko wówczas, gdy przejdziemy najpierw przed magnetometrem obsługiwanym przez rządowego policjanta, pozwalając mu nas przeszukać i obmacać nasze bagaże, jeśli urządzenie zapiszczy.

Ale takie nastawienie umysłu jest poważnym błędem! Zanim zaczęto używać elektrycznych pastuchów, rządy torturowały swych więźniów kijami i gumowymi wężami. Zanim do szpiegowania zaczęto używać lasery, rządy używały lornetek i ludzi czytających z ruchu warg. Chociaż rząd w oczywisty sposób używa techniki w celach ucisku, zło tkwi nie w narzędziach, lecz w tych, którzy je dzierżą.

W rzeczywistości technika stanowi jedną z najbardziej obiecujących dróg odebrania naszej wolności tym, którzy ją ukradli. Ze swej natury faworyzuje ona bystrego (który potrafi ją użyć) nad tępym (który nie potrafi). Faworyzuje ona elastycznego (który szybko dojrzy zalety nowego) nad ospałym (który trzyma się wypróbowanych metod). A czy są lepsze słowa do opisania jakiejkolwiek rządowej biurokracji niż „tępa” i „ospała”?

Jednym z najjaskrawszych, klasycznych triumfów techniki nad tyranią był wynalazek „broni osobistej” – przenośnej kuszy. Dysponując nią, niewyćwiczony wieśniak mógł łatwo i śmiertelnie trafić w cel z pięćdziesięciu metrów – nawet jeśli ten cel był konnym, opancerzonym rycerzem. (Inaczej niż długi łuk, który był niewątpliwie potężniejszy i mógł wystrzelić w danym czasie więcej strzał, kusza nie wymagała żadnych specjalnych ćwiczeń. Podczas gdy łuk wymagał dla osiągnięcia jakiegokolwiek stopnia celności opanowania wzrokowej, dotykowej i mięśniowej koordynacji, dzierżyciel kuszy mógł po prostu położyć broń na ramię, nacelować ostrze strzały i mieć uzasadnione podstawy pewności trafienia w cel).

Co więcej, skoro jedynymi konnymi rycerzami odwiedzającymi naszego przeciętnego wieśniaka byli rządowi żołnierze i poborcy podatków, użyteczność tego urządzenia była oczywista. Pospólstwo mogło się z nim bronić nie tylko przed sobą nawzajem, ale i przeciw swoim rządowym panom. Był to średniowieczny odpowiednik pocisku przeciwpancernego i co za tym idzie królowie oraz księża (średniowieczny odpowiednik Biura ds. Alkoholu, Tytoniu i Kusz) grozili za jego bezprawne posiadanie odpowiednio śmiercią i ekskomuniką.

Wracając do teraźniejszości, komputer osobisty (z uruchomionym na nim systemem szyfrującym z kluczem publicznym) przedstawia sobą odpowiednik przeskoku kwantowego – w dziedzinie broni defensywnej. Taka technika może być używana nie tylko do ochrony posiadanych przez kogoś wrażliwych danych, ale też do wymieniania przez dwie obce sobie osoby informacji przez niezabezpieczony kanał komunikacyjny – na przykład podsłuchiwaną linię telefoniczną czy nawet radio – bez jakiegokolwiek wcześniejszego spotkania w celu wymiany kluczy do szyfru.

Dysponując komputerem za pięćset dolarów możesz stworzyć szyfr, którego wart setki milionów dolarów Cray X-MP nie złamie w rok. Za parę lat powinno być ekonomicznie wykonalne szyfrowanie w podobny sposób także komunikatów głosowych; wkrótce potem pełnokolorowych, cyfrowo przetworzonych obrazów video. Technika odeśle podsłuch do lamusa! Ogólniej mówiąc, zniszczy ona całkowicie rządową kontrolę nad przepływem informacji!

Najbardziej obiecującym z tych kryptograficznych schematów wydaje się być algorytm RSA, nazwany tak od Rivesta, Shamira i Adelmana, którzy go wspólnie stworzyli. W formalnym wyprowadzeniu zawiera on trochę umiarkowanie trudnej matematyki (liczby pierwsze, modulo, „małe twierdzenie Fermata”), ale jego istotą jest to, że jeśli dany jest iloczyn dwóch bardzo wielkich liczb pierwszych, otrzymanie ich z jego analizy jest obliczeniowo niewykonalne. „Obliczeniowo niewykonalne” znaczy, że jeśli każdy czynnik ma około 200 cyfr, to najpotężniejszy istniejący komputer będzie potrzebował ponad wiek na rozłożenie ich 400-cyfrowego iloczynu.

Zamieniając czyjąś wiadomość na „liczbę” (nawet stosując coś tak prostego, jak A=01, B=02, …, Z=26) i wykonując na niej odpowiednie przekształcenie, uzyskuje się nową liczbę, która jest zaszyfrowanym przekazem. Odbiorca wykonuje następnie na tej liczbie podobne przekształcenie w celu odtworzenia pierwotnej wiadomości.

Tym, co czyni to przełomowym odkryciem i ze względu na co nazywa się to szyfrem z kluczem publicznym jest fakt, że mogę jawnie opublikować dwa liczbowe parametry, które pozwolą każdemu wysłać do mnie zaszyfrowaną wiadomość, utrzymując równocześnie w tajemnicy trzeci parametr, tak, że nikt poza mną nie może rozszyfrować takiego przekazu. Wyeliminowany został krok stanowiący uprzednio trudność (wymienianie kluczy szyfrujących z inną osobą). W ten sposób ludzie, dla których fizyczne spotkanie jest niemożliwe, niekorzystne lub niebezpieczne mogą łatwo wymieniać zaszyfrowane wiadomości – każda strona wybiera i rozpowszechnia swoje dwa publiczne parametry, utrzymując równocześnie w tajemnicy trzecie.

Inną korzyścią tego systemu jest pojęcie „podpisu cyfrowego”, umożliwiające identyfikację źródła danego przekazu. Dokonując dodatkowego kroku szyfrującego przy pomocy mojego tajnego parametru i wymagając od odbiorcy dokonania przy rozszyfrowaniu dodatkowego działania przy użyciu moich publicznych parametrów – mogę dowieść, że otrzymany przez niego przekaz nie mógł być wysłany przez nikogo innego prócz mnie! Tak, że nie tylko mamy łatwe zabezpieczenie transmisji przekazu przez anonimowy, niezabezpieczony kanał komunikacyjny, ale również możemy pozytywnie zidentyfikować nadawcę takiej wiadomości!

Oczywiście są to dokładnie te troski, które dziś dręczą w kwestii komputerów osobistych Związek Radziecki. Z jednej strony przyznają oni, że uczniowie amerykańscy dorastają w tej chwili dysponując komputerami będącymi rzeczą tak pospolitą, jak suwaki logarytmiczne – nawet bardziej, bo komputery mogą robić wiele rzeczy interesujących i instruujących 3-4-latki. I są to ci sami uczniowie, którzy za jedno pokolenie staną naprzeciw swych sowieckich odpowiedników. Trzymanie się z tyłu musi być dla Sowietów tak samobójczym krokiem, jak kontynuowanie nauki szermierki, gdy przeciwnicy produkują karabiny. Z drugiej strony komputer, czymkolwiek jeszcze może być, jest także niezwykle skuteczną maszyną kopiującą – dyskietka za 25 centów zawiera z górą 50000 słów tekstu i może być powielona w parę minut.

Jakby samo to nie byłoby wystarczającym zagrożeniem, komputer tworzący kopie może jeszcze szyfrować dane w sposób, który jest prawie nie do złamania. Pamiętajmy, że w społeczeństwie sowieckim nie są znane publicznie dostępne kserokopiarki (stosunkowo mała liczba istniejących maszyn jest kontrolowana intensywniej niż w USA pistolety maszynowe).

Dzisiejsi polityczni „konserwatyści” twierdzą, że nie powinniśmy sprzedawać Sowietom komputerów osobistych, bo mogą użyć je do celów militarnych. „Liberałowie” utrzymują, że powinniśmy im je sprzedawać w interesie wolnego handlu i współpracy – i jeśli nie będziemy tego robić, to zrobi to jakiś inny kraj.

Jako wolnościowy cyberpunk twierdzę, że powinniśmy dać je Sowietom za darmo i, jeśli będzie to konieczne, zrobić je dla nich – i, jeśli to nie wystarczy, być może powinniśmy załadować je do Blackbirda SR-71 i zrzucić je o północy nad Moskwą. Płacąc oczywiście z prywatnej subskrypcji, nie z przymusowego opodatkowania…

Przyznaję, że nie jest to stanowisko, które uzyskałoby duże poparcie wśród członków konwencjonalnego lewicowo-prawicowego politycznego spektrum, ale mówiąc słowami jednej z postaci Illuminatusa, jesteśmy politycznymi nieeuklidesowcami: najkrótsza odległość do danego celu nie musi wyglądać jak coś, co większość ludzi uważa za “linię prostą”. Łamanie totalitarnym rządom monopolu na informację jest równoznaczne z łamaniem kręgosłupa ich zdolności uciskania. Komputeryzacja powiększa wolność każdego mężczyzny, kobiety i dziecka na tej planecie – i zrobi to bez jawnego czy ukrytego otwierania ognia!

Przyznajemy, że historię kształtowali ludzie o nazwiskach takich, jak Waszyngton, Lincoln, …, Stalin, Nixon, Marcos, Duvalier, Noriega i tym podobnych. Ale powinniśmy przyznać, że kształtowali ją także ludzie o nazwiskach Edison, Curie, Marconi, DeForest i Wozniak. I to drugie kształtowanie było co najmniej tak samo skuteczne, i nawet w przybliżeniu nie tak krwawe.

W swej książce How I Found Freedom in an Unfree World, Harry Browne czyni znaczące spostrzeżenie, że prawdopodobieństwo sukcesu jakiegokolwiek przedsięwzięcia jest odwrotnie proporcjonalne do liczby ludzi, których trzeba przekonać w celu jego dokonania. Tak, ze o ile przekonanie rządu, by skończył z praktyką cenzury i podsłuchiwania może być niemożliwe, o tyle zatrudnienie techniki szyfrującej do skończenia z tym samemu jest zadaniem trywialnym.

Patrząc dookoła, natychmiast widać nasuwające się dodatkowe zastosowania technarchii do rozwiązywania tego, co inaczej byłoby problemem politycznym: Saudyjczyk pragnący cieszyć się psychoaktywnym narkotykiem alkoholem zrobiłby mądrzej ucząc się chemicznego procesu fermentacji i destylacji, niż zużywając czas na nakłanianie swoich władców do zmiany islamskiego prawa. Niemiec ze Wschodu, który wolałby być Niemcem z Zachodu postąpiłby lepiej studiując aerodynamikę szybowców czy balonów, niż prosząc lub żebrząc o wizę wyjazdową.

Nie bez powodu rewolwer kalibru .45 nazywano na Dzikim Zachodzie „zrównywaczem”. Stwarzał on najdrobniejszej dziewczynie z rewii możliwość obrony przed najbardziej krzepkim i brutalnym kowbojem. (Niektórzy mówią, że ruch na rzecz “kontroli broni” zrodził się, gdy okazało się, ze pozwala jej to także odeprzeć napaść rządowego szeryfa, ale to już inna historia). Komputer osobisty jest dziś „zrównywaczem” nie w dziedzinie brutalnej siły, ale przetwarzania informacji i idei.

Jak tylko nanotechnologia dostarczy urządzeń peryferyjnych, jakakolwiek rzecz złożona z jakichkolwiek substancji będzie mogła być zbudowana w czyimkolwiek garażu, jak tylko ta rzecz i te substancje zostaną wymodelowane matematycznie. W rezultacie rząd nie będzie mógł dłużej ogłaszać rzeczy i substancji za nielegalne – i będzie musiał znów wejść w jedyną uprawnioną rolę, jaką kiedykolwiek odgrywał: rolę tego, kto chroni obywateli przed innymi, którzy ich atakują. Tygrys zostanie wsadzony do klatki, na dobre i złe!

Co za tym idzie, gdy następnym razem będziesz patrzeć na tych, którzy będą chcieli być twoimi „wodzami” ze zdziwieniem i poczuciem zniewagi, i myśleć: „Dobrze, jeśli 51% tego narodu, 51% tego stanu i 51% tego miasta musi zmądrzeć, zanim będę wolny, to równie dobrze każdy mógłby podciąć mi moje pieprzone gardło i zostawić mnie na pastwę losu!” – uznasz, że sytuacja nie jest całkiem ponura. Technika – w szczególności technika komputerowa – może pomóc ci uczynić się jednostronnie wolnym!

Wchodzimy w ostatnią dekadę tego, co Timothy Leary nazwał Ryczącym Dwudziestym Stuleciem i każdy jej dzień ukazuje nam coraz bardziej oczywistość prawdy zawartej w jego zachęcie: „If you’re wise… digitize”.

Miniblog: Śmierć w Internecie

2010-06-29, Wtorek 00:18:30 +0200, autor Karol „Zal” Zalewski, licencja LPRCTKC

Internet pojawił się w Polsce 17 sierpnia 1991 roku. W okolicach 1995 roku zainteresowanie nim wzrosło na tyle, iż zaczął być wykorzystywany również poza murami polskich uczelni. Zapewne przez te ~15 lat wielu Polaków korzystających z Internetu miało okazję do tego, aby umrzeć. Ciekaw jestem, jak wiele pozostałości po nich można znaleźć w Sieci. Posty pozostawione na grupach dyskusyjnych i forach, listy oraz wszelkiego rodzaju strony internetowe włącznie z tymi dostępnymi poprzez serwisy społecznościowe. W erze tanich dysków twardych i wszechobecnych portali zachęcających do udostępniania danych czas życia informacji może być całkiem interesującym zagadnieniem. Czy to, co stworzyłem obecnie przetrwa przez kolejne 20-30 lat? Czy moje dzieci będą miały możliwość zapoznania się z tym, co napisałem za młodu? A może w Sieci będę istniał znacznie dłużej, niż w rzeczywistym świecie? Jedno jest pewne - obecnie coraz trudniej jest utrzymać kontrolę nad własnymi danymi.

Marzy mi się prawdziwie rozproszony Internet. Internet, w którym to wyłączenie naszego osobistego komputera będzie skutkowało czymś na kształt cyfrowej śmierci. Świat, w którym to każdy z nas będzie miał swoją własną część serwisu społecznościowego u siebie. Scentralizowany Twitter zostanie zastąpiony StatusNetem, a Facebook będzie się musiał liczyć z Diasporą. Jeden ruch ręki i znikamy z wirtualnej rzeczywistości. Przynajmniej w większym stopniu, niż ma to miejsce obecnie.

Miniblog: Cytaty w kontekście prac inżynierskich i magisterskich

2010-06-21, Poniedziałek 20:52:57 +0200, autor Karol „Zal” Zalewski, licencja LPRCTKC

Sam nie wiem, co o tym myśleć, jak powiedział król Dezmod, gdy przyłapano go na oszukiwaniu w karty.

Źródło: „Pani Jeziora”, Andrzej Sapkowski

To naprawdę miłe, gdy jest się cytowanym lub gdy nasza praca jest powielana. Trudno mi jest jednak określić, co czuję po znalezieniu pracy inżynierskiej pt. „Przegląd metod sztucznej inteligencji w ekstrakcji danych”. Okazuje się, że zostałem zacytowany w tejże oto pracy, co potwierdza bibliografia w niej zawarta, jedna z sekcji („Narzędzia Data Mining”) oraz samo źródło, czyli mój wpis na blogu o tytule „Eksploracja danych w wolnym wydaniu”. Oczywiście, nie mam nic przeciwko cytowaniu mnie, czy też wykorzystywaniu fragmentów moich prac w innych tekstach. Licencja „rób, na co tylko masz ochotę”, z której korzystam, daje tutaj naprawdę szerokie pole do popisu. Zastanawia mnie jednak, czy tego typu prace (tj. inżynierskie i magisterskie) powinny opierać się o tak niepewne zasoby, jak np. wpisy na blogach osób nie związanych z opisywanym projektem.

Zabawna sprawa, nie sądzicie? Ja sam w tego typu pracach staram się unikać źródeł wtórnych. Uważam również, iż więcej prac magisterskich/inżynierskich powinno być publikowanych w Internecie. Jest to rozwiązanie tanie, umożliwiające dostęp do wiedzy szerszej grupie odbiorców oraz pozytywnie wpływające na jakość publikowanych prac. Może zmniejszyłoby to liczbę prac cytujących Wikipedię.

Starsze wpisy |