] > Karol „Zal” Zalewski - Blog - http://blog.4zal.net/kategoria/informatyka/

PayPal

2010-03-08, Poniedziałek 22:09:15 +0100, autor Karol „Zal” Zalewski, licencja LPRCTKC

Właściciele PayPala już kilka razy pokazali nam, że w głębokim poważaniu mają klienta. Dowodem tego jest kilkukrotna blokada kont należących m.in. do Wikileaks oraz Cryptome. Jest to szczególnie interesujące, gdy weźmie się pod uwagę charakter działalności ww. serwisów - specjalizują się one w publikacji wszelkiego rodzaju dokumentów, które z pewnych względów nie powinny ujrzeć światła dziennego.

Pieniądze nie są tylko i wyłącznie wyznacznikiem wartości. Pieniądze reprezentują również zaufanie, czego świadoma jest każda instytucja aspirująca do bycia bankiem. Ja już straciłem zaufanie do PayPala i nie zamierzam im powierzać żadnych moich pieniędzy bez względu na to, czy to, co robią jest zgodne ze stosowanymi przez nich umowami. Co więcej, chcę także, aby inni dowiedzieli się o tym, jakie praktyki stosuje PayPal. Nawet grosz staje się bronią, gdy posługują się nim miliony osób.

Publikacje naukowe

2010-03-04, Czwartek 00:33:55 +0100, autor Karol „Zal” Zalewski, licencja LPRCTKC

Czy homoseksualność jest zaraźliwa? Czy dziecko, które zostanie adoptowane przez homoseksualną parę również stanie się homoseksualne? Podejrzewam, że zadanie tych dwóch pytań byłoby wystarczające do tego, aby móc rozpętać tutaj małą wojnę domową. A już na pewno wygenerować kilkaset komentarzy. Całość dodatkowo mogłaby być podsycana licznymi artykułami z gazet zawierającymi wypowiedzi wszelkiego rodzaju specjalistów w danej, albo i innej, dziedzinie. A wystarczy jedynie...

Wystarczy jedynie zajrzeć do zbioru artykułów naukowych i sprawdzić, czy ktoś już nie prowadził badań w danym zakresie. Aby było łatwiej można skorzystać z wyszukiwarek pokroju Google Scholar. Wykorzystamy tę ostatnią oraz słowa kluczowe: „homosexual”, „parents” oraz „children”. Wyniki wyszukiwania są interesujące, również dla innych, lecz podobnych słów kluczowych. Co więcej, są jednoznaczne - z przedstawionych abstraktów prac, pisanych głównie w oparciu o badania jakościowe, wynika, że homoseksualność nie jest czymś zaraźliwym.

Proste rozwiązanie problemu? Z pewnością przyjemne. Nie jest jednak pozbawione wad. Z punktu widzenia laika, jakim ja sam jestem, istnieją co najmniej dwie takowe. Pierwsza - najczęściej bez problemu można znaleźć abstrakt opisujący zawartość (m.in. wyniki) artykułu, ale znalezienie pełnej treści stanowi duży kłopot. Bez wykupionego, np. przez naszą „alma mater”, dostępu do bazy artykułów uzyskanie go w sposób darmowy może być niemożliwe. Drugą, równie poważną wadą, jest konieczność samodzielnej oceny wiarygodności źródła. Każda z publikacji przed wydaniem przechodzi przez kilku recenzentów, ale wypadałoby jeszcze być zdolnym do samodzielnej ich oceny. A tutaj czynników, które należy brać pod uwagę, może być całkiem sporo. Nie zmienia to jednak faktu, że świat byłby o wiele prostszy, gdyby częściej odnoszono się do takich źródeł.

Podsumowując, uważam, iż warto czasem samodzielnie poszukać wiedzy u samego źródła, niż opierać się na tym, co możemy usłyszeć w mediach. Te ostatnie najczęściej spłycają i przeinaczają wszystko, co przez nie przechodzi.

Miniblog: Źródła wtórne i pierwotne

2010-02-25, Czwartek 17:35:47 +0100, autor Karol „Zal” Zalewski, licencja LPRCTKC

Wiem, że nie jest to dla wielu z nas wygodne, ale w trakcie czytania dowolnie wybranego artykułu warto zwrócić uwagę na jeden bardzo ważny element - źródła. Szczególnie, gdy mowa o tekstach odnoszących się do obcojęzycznych prac. Z jednej strony źródło może być mało wiarygodne, szczególnie, gdy ktoś odnosi się do brukowców. Z drugiej zaś strony drobny błąd przy tłumaczeniu tekstu może zaważyć na jego wydźwięku.

Oczywista oczywistość, ale rzadko stosowana w praktyce. Szczególnie, gdy mamy do czynienia z łańcuszkiem artykułów odnoszącym się do źródeł wtórnych, a nie jednego pierwotnego. Przykład? Proszę bardzo - „Używasz Open Source? Jesteś piratem!” z LinuxNews.pl. Brr...

Miniblog: Odcinanie od Sieci

2010-02-06, Sobota 20:57:50 +0100, autor Karol „Zal” Zalewski, licencja LPRCTKC

Swego czasu głośno było o Pakiecie Telekomunikacyjnym oraz Francji, w której to wprowadzono politykę trzech ostrzeżeń kończących się odcięciem od Internetu. Natomiast niewielu wie, iż takie działania - z tą różnicą, że bez żadnych ostrzeżeń, sądu itp. - prowadzi się m.in. w akademickiej sieci komputerowej w akademikach PG.

Wystarczył mail jednej z organizacji do osób zajmujących się administracją sieci, aby kolega Wielki Owiec został pozbawiony dostępu do Internetu na 3 miesiące. Co więcej, kolejna wpadka oznaczałaby odcięcie na cały okres studiów. Urocze, prawda?

Wnętrze burzowej chmury: Ubuntu Netbook Remix i SaaS

2010-02-06, Sobota 15:31:14 +0100, autor Karol „Zal” Zalewski, licencja LPRCTKC

Wygląda na to, że w kolejnej wersji Ubuntu przeznaczonego na netbooki, czyli Ubuntu Netbook Remix 10.4, pojawi się wsparcie dla usługi Google Docs. Co więcej, domyślnie zastąpi ona aplikację OpenOffice.org. I tutaj moim skromnym zdaniem pojawia się problem, który należałoby ugryźć z nieco szerszej perspektywy.

Usługi z chmur (tj. SaaS) to nie tylko popularna obecnie forma udostępniania oprogramowania (konkretniej - jego funkcjonalności), ale również powrót do korzeni informatyki, kiedy to królowały ogromne maszyny typu mainframe oraz terminale umożliwiające komunikację z nimi. Maszyny takie nie tylko udostępniały oprogramowanie i moc obliczeniową użytkownikom, ale również miejsce na ich prywatne dane. Pomimo wprowadzenia pewnej decentralizacji (zamiast mainframe mamy „chmurę”) i formy komunikacji (sieć lokalna wyparta przez sieć globalną) obecne rozwiązania są bardzo podobne do koncepcji sprzed kilku dekad. Co to oznacza? Przede wszystkim to, iż równie aktualne pozostają problemy, które miały miejsce i wtedy.

Ochrona prywatności i odpowiedzialność za dane użytkowników jest chyba najbardziej palącym problemem. Udostępniając komuś nasze prywatne dane musimy mieć pewność tego, iż powierzamy je w dobre ręce. Nie chcemy, aby ktoś nam w nich grzebał, udostępniał osobom trzecim, czy też utracił i nie był zdolny do ich przywrócenia. Oddając nasze dane osobom trzecim zawsze jesteśmy na to narażeni, nawet jeśli warunki korzystania z usługi dają nam pewną ochronę. Dlaczego? Firma nie stanowi bytu oderwanego od rzeczywistości. Często też korzysta z usług innych firm, a sama w sobie operuje w środowisku, które w dużym stopniu jest podatne na działania ze strony państwa. To, co dla nas jest naturalne może wyglądać zupełnie inaczej w państwie po drugiej stronie globu.

Konieczność działania w trybie online to również istotny problem. Usługa to nie to samo, co samodzielnie działając oprogramowanie. W celu jej wykorzystania konieczny jest dostęp do usługodawcy, a urządzenia, szczególnie te mobilne, pomimo i tak znacznej elastyczności w zakresie dostępu do Sieci nadal mogą działać w oderwaniu od niej. Jak wtedy poradzić sobie z dostępem do danych w chmurze oraz usług?

SaaS to również idealna koncepcja dla producentów oprogramowania. Owszem, wymaga to od nich pewnego nakładu pracy poświęconego na administrację zapleczem udostępniającym moc obliczeniową oraz przestrzeń na dane użytkowników, ale... W zamian otrzymują możliwość pełnej kontroli nad tym, kto i w jaki sposób korzysta z ich oprogramowania. Rynek wtórny lub piractwo? Można o nim spokojnie zapomnieć. Natomiast przy odrobinie chęci i korzystając z nieświadomości użytkowników można doprowadzić do stanu, w którym to użytkownicy zostaną uzależnieni od naszych usług. Vendor lock-in. Brzmi nierealnie? A próbowaliście kiedykolwiek dokonać migracji np. z Google Picasa do innej usługi? A co zrobicie, gdy usługodawca zwiększy ceny swoich usług? Pojawia się tutaj również wolnego i otwartego oprogramowania oraz wykorzystania otwartych standardów. Te ostatnie są szczególnie ważne w przypadku próby integracji kilku usług oraz migracji użytkowników między nimi. Jest to zazwyczaj ta funkcjonalność o której nie myśli się zbyt często przed tym, kiedy to staje się naprawdę konieczna. A co do tego ma wolne oprogramowanie? Wyobraźcie sobie teraz, iż chcielibyście samodzielnie zająć się ochroną własnych danych. Chcielibyście postawić serwer danej usługi korzystając z własnego zaplecza informatycznego i... Niestety, taka opcja nie istnieje. Co więcej, usługodawca nawet, gdy korzysta ze zmodyfikowanego oprogramowania na bazie GPL nie jest zobowiązany do tego, aby je udostępnić. Przecież nie dystrybuuje go.

To, o czym wspomniałem to jedynie szczyt góry lodowej. Można byłoby na ten temat napisać znacznie więcej, wskazać zalety SaaS oraz zaproponować rozwiązanie pewnych problemów związanych z usługami. Nie było to jednak moim celem.

Podsumowując, chciałbym zwrócić uwagę na to, iż rozwiązania oparte o zamknięte oprogramowanie oraz SaaS może i nie są złe, ale budzą pewne obawy i należy mieć do nich dystans. Owszem, pozwalają one firmom zamienić koszta stałe, jakim jest zakup oprogramowania, na koszta zmienne i posiadają szereg innych zaleta, ale... Użytkownicy powinni nie tylko myśleć o tym, co jest „tu i teraz”, ale również o przyszłości. Nikt z nas nie chciałby doprowadzić do utraty swoich danych, ich wycieku, czy też niemożności migracji do innego usługodawcy. A takie zagrożenia niesie ze sobą koncepcja SaaS, gdy korzysta się z niej bez wstępnego jej przeanalizowania.

Po debacie dot. RSiUN

2010-02-06, Sobota 01:32:47 +0100, autor Karol „Zal” Zalewski, licencja LPRCTKC

Przyznaję, że samą debatę premiera z internautami i blogerami oglądałem z zapartym tchem. Co prawda mam wiele wątpliwości dot. tego, czy na dłuższą metę przyniesie ona pozytywne skutki, ale tak, czy inaczej uważam ją za sukces. Dlaczego? W trakcie jej trwania zadano kilka naprawdę interesujących pytań i wypowiedziano sporo bardzo ważnych, w kontekście przyszłych wydarzeń, stwierdzeń.

Przede wszystkim warto wspomnieć o Jakubie Śpiewaku z organizacji Kidprotect.pl, który w swoich kilku wypowiedziach w przystępny i bardzo plastyczny sposób wyjaśnił, dlaczego wprowadzenie RSiUN w żaden sposób nie przyczyni się do ochrony dzieci przed amatorami pornografii dziecięcej. Co więcej, wzmianka o niej jedynie odciąga uwagę od rzeczywistego problemu i daje argument za tym, aby przeciwników projektu ustawy hazardowej nazywać zwolennikami pedofilii. „Zamykanie oczek” jeszcze nikomu nie pomogło. Podejrzewam, że dla wielu osób takie słowa z ust prezesa oraz założyciela fundacji zajmującej się ochroną dzieci i młodzieży przed m.in. przemocą seksualną mogły być szokiem.

Pod koniec debaty premier skarżył się, że nie wskazano konkretnych argumentów. Odnoszę wrażenie, że zupełnie zapomniał on o wypowiedzi Marka Hołyńskiego, prezesa Polskiego Towarzystwa Informatycznego. Prezes PTI wskazał na to, jak nieefektywnym narzędziem do osiągnięcia nakreślonego przez rząd celu jest wprowadzenie RSiUN. Kosztowne, nieskuteczne i łatwe do wykorzystania w celach niezgodnych z intencjami Ustawodawcy. Cieszę się, że osoba reprezentująca PTI wyraziła to w sposób tak dosadny, a jednocześnie zaproponowała wsparcie merytoryczne w przypadku przyszłej próby wypracowania rozwiązania problemu przestępczości w Internecie. Przesłanie jest proste - zabrakło konsultacji z profesjonalistami. I nawet odniesienia premiera Tuska do sytuacji w Australii (to był strzał w stopę) oraz Niemczech nie stanowiły dobrego argumentu, dlaczego takowe się nie odbyły.

Na uwagę zasługują również wypowiedzi dr Tomasza Barbaszewskiego z Fundacji Wolnego i Otwartego Oprogramowania. Nieco bardziej emocjonalne i zabarwione idealizmem, niż słowa reszty uczestników debaty, ale świetnie oddające istotę problemu, jakim jest zapewnienie swobody wypowiedzi internautom.

Celowo na sam koniec zostawiłem wzmiankę o Jarosławie Lipszycu oraz Piotrze „VaGli” Waglowskim. Dlaczego? Każdy z nich poruszył wiele problemów, niekiedy tak bardzo ważnych, jak np. przejrzystość procesu stanowienia prawa, czy też dostęp do dokumentów generowanych przez państwo. Każdy z nich robi naprawdę wiele dla społeczności skupionej wokół Internetu. Problemem okazała się być jednak forma ich wypowiedzi, która dla wielu z odbiorców była stosunkowo nieprzyjazna, a w efekcie doprowadziła ona do niezrozumienia tego, co chcieli oni przekazać. A szkoda. Zupełnie na marginesie, podczas debaty Jarosław pracował na świetnym sprzęcie - Panasonic Toughbook robi wrażenie.

W trakcie debaty pojawiło się też kilka mniej lub bardziej interesujących pytań. O ile o tych pierwszych nie mam zamiaru wspominać to warto wymienić co najmniej dwa należące do tej drugiej kategorii. Podczas dyskusji premier Donald Tusk wspomniał, iż ustawa hazardowa ma w założeniu uniemożliwić wykorzystanie komputera, jako „jednorękiego bandyty”. Reakcja na te słowa była stosunkowo szybka - zapytano, czy tyczy się to również takich tworów, jak np. Forex, który jest międzynarodowym rynkiem walutowym, a którego działanie w ogromnym stopniu oparte jest na hazardzie. Kolejne ważne pytanie, tym razem zadane przez przedstawiciela Blackout Polska, a które pozostało bez odpowiedzi - kim są eksperci, którzy przyczynili się do powstania projektu ustawy w obecnym jej brzmieniu?

Jakie jest moje zdanie na temat całego wydarzenia? Jestem sceptycznie do niego nastawiony, optymizm nie byłby uzasadniony. Samo przeprowadzenie debaty było ważne, a czy wpłynie na losy indeksu stron zakazanych to się jeszcze okaże. W planach jest kolejne spotkanie, które odbędzie się za tydzień lub dwa. Mam nadzieję, że do tego czasu sytuacja wyklaruje się na tyle, iż dojdzie do wstępnego porozumienia, które nie będzie polegać tylko i wyłącznie na tymczasowym przerwaniu prac nad wprowadzeniem RSiUN w życie.

Miniblog: Debata premiera z internautami i blogerami

2010-02-05, Piątek 14:12:34 +0100, autor Karol „Zal” Zalewski, licencja LPRCTKC

Na żywo, od 1400 - można oglądać m.in. na stronie Kancelarii Prezesa Rady Ministrów lub Onet.tv.

Miniblog: Policyjne backdoory

2010-02-05, Piątek 02:22:53 +0100, autor Karol „Zal” Zalewski, licencja LPRCTKC

Och! Wygląda na to, że nie tylko polska Policja wpadła na pomysł instalowania policyjnych backdoorów w popularnych serwisach internetowych. Amerykanie również uznali to za interesujące rozwiązanie i jeżeli wziąć pod uwagę ostatni trend dot. funkcjonowania prawa w Internecie to zaraz i połowa Europy je wdroży. EFF już teraz ma pełne ręce roboty.

Mam tylko nadzieję, że tym razem znajdą sobie nieco porządniejsze argumenty, niż nagła moda na pedofilię, czy też wszechobecne gwałty na prawach wydaw... autorskich. Nie sądzicie, że to nieco niepokojące, iż w przeciągu ostatniego roku co najmniej połowa świata uznała, że jednym z najbardziej palących problemów jest pozorna anonimowość i swoboda wypowiedzi w Internecie?

Miniblog: QoS i VPN

2010-02-03, Środa 22:04:45 +0100, autor Karol „Zal” Zalewski, licencja LPRCTKC

Zdarza mi się jeszcze czasem rozmawiać przez telefony VoIP z wykorzystaniem mocno obciążonych łącz asymetrycznych oraz braku QoS. Zdigitalizowany głos i przerwy w połączeniu niesamowicie irytują zarówno mnie, jak i osobę po drugiej stronie. Zawsze wtedy zastanawiam się, co sprawia, że używa się jeszcze routerów, które nie posiadają możliwości nadawania wyższego priorytetu szczególnie istotnym usługom.

W przypadku VPN-a sprawa jest nieco mniej oczywista, ale korzyści z serwera/klienta po stronie routera dostrzega chyba każdy, kto miał okazję pracować zdalnie lub bywać z komputerem poza domem. Niby prosta sprawa, wystarczy trochę mocy obliczeniowej i wykorzystać OpenVPN, ale tylko nieliczne urządzenia udostępniają taką możliwość jeżeli mowa o rynku SOHO. W gruncie rzeczy rozwiązanie tego problemu sprowadza się do zakupu drogiego urządzenia, lub takiego, które będzie w stanie udźwignąć OpenWRT, DD-WRT itp.

Miniblog: Neutralność technologiczna

2010-02-02, Wtorek 14:57:19 +0100, autor Karol „Zal” Zalewski, licencja LPRCTKC

Wojna to pokój
Wolność to niewola
Ignorancja to siła

„Rok 1984”, George Orwell

To tak właściwie dosyć zabawne, że „neutralność technologiczna” w polskim wydaniu to cecha objawiająca się zakazem dyskryminacji kogokolwiek, czyli m.in. rozwiązań całkowicie uzależniających odbiorcę od pojedynczego dostawcy. Po co komu otwarte standardy? To jedno ze spostrzeżeń, które nasuwa się po lekturze artykułów dot. informatyzacji ZUS-u czy też przetargu MSZ.

Tęsknię za ignorancją.

Internetowe seppuku

2010-02-02, Wtorek 10:00:49 +0100, autor Karol „Zal” Zalewski, licencja LPRCTKC

Prosto, łatwo i przyjemnie. Kilka odpowiedzi, jedno kliknięcie i jest. Konto założone. Twórcom wszelkiego rodzaju serwisów internetowych bardzo zależy na tym, aby założenie konta nie przerastało żadnego z potencjalnych użytkowników. Problemy pojawiają się dopiero wtedy, gdy tak założone konto chcielibyśmy usunąć lub przenieść do konkurencyjnego serwisu.

Chyba każdy z nas ma świadomość tego, że usunięcie z Internetu informacji o sobie, gdy już zostały tam pozostawione, jest praktycznie niemożliwe. Moje ostatnie działania miały jednak na celu coś zupełnie innego. Jakiś czas temu postanowiłem ograniczyć moją zależność od kilku firm funkcjonujących obecnie na rynku oraz usunąć konta w serwisach internetowych, z których już od dłuższego czasu nie korzystam. Okazało się to być problematycznym zadaniem i to w obu wymienionych przypadkach.

Czy zastanawialiście się kiedykolwiek, co stanie się z Waszymi danymi po tym, jak kilka z wykorzystywanych przez Was usług zakończy swój żywot? Czy ich twórcy pomyśleli nad tym, aby użytkownik mógł szybko i sprawnie przenieść wszystkie swoje dane do konkurencji? A nawet jeśli, to czy sam charakter usługi nie powoduje tego, iż rozstanie się z nią jest problematyczne? Te i inne pytanie pojawiły się w mojej głowie tuż po tym, jak postanowiłem zrezygnować z usług Google Picasa oraz FeedBurner. I to wcale nie są najmniej przyjazne dla odchodzącego użytkownika produkty.

Migracja danych to tylko pierwszy z dwóch problemów. Drugim z nich jest możliwość usunięcia konta oraz polityka związana z możliwością jego ponownego wykorzystania. Pierwszy element jest dosyć istotny. Nie wiem ilu z Was próbowało kiedykolwiek usunąć swoje konta z popularnych serwisów, ale w wielu przypadkach nie jest to tak proste, jak można byłoby się tego spodziewać. Prosty przycisk „usuń konto” pojawia się często, ale nie zawsze. Użytkownik jest często zmuszony do tego, aby przez pewien okres nie korzystać z konta. Zdarza się też, że w celu usunięcia konta należy wcześniej skontaktować się z obsługą techniczną serwisu, co bywa zaznaczone lub też nie w pomocy dostarczonej przez usługodawcę. Pod tym względem najbardziej zaskoczył mnie serwis My Opera odpowiadający negatywnie na każdą z moich trzech próśb. Oczywiście bez podania przyczyny. Ostatni rodzaj serwisów to taki, których nawet obsługa techniczna sugeruje, że usunięcie konta jest niemożliwe. W przypadku serwisu DeviantArt nawet celowe naruszenie regulaminu skutkuje jedynie zawieszeniem konta.

Załóżmy, że udało nam się usunąć konto. W wielu przypadkach graniczy to z niemożliwością, ale możemy przyjąć, że aktualnie mamy dużo szczęścia. I tutaj pojawia się kolejne pytanie. Czy akurat teraz nie pojawi się złowrogi Mallory, który korzystając z naszego roztargnienia ponownie nie założy konta o takich samych loginach, jak nasze stare? Idealna sytuacja do tego by móc się pod nas podszyć, prawda? Cóż, wiele serwisów nie precyzuje, kiedy po usunięciu konta trafi ono do puli kont dostępnych do rejestracji.

Podsumowując, popełnienie internetowego seppuku nie jest prostą sprawą. Próba jego uskutecznienia może się zakończyć utratą danych i przejęciem tożsamości przez osoby trzecie. Nie wspominając o stresie. Warto zatem jeszcze przed założeniem konta w jakimkolwiek serwisie zastanowić się, czy naprawdę jest ono nam potrzebne i czy ew. przenosiny lub rezygnacja z usługi będą stanowić jakikolwiek problem. Chyba nie muszę wspominać, że największe znaczenie ma to w przypadku SaaS?.

Dziennik, czy blog?

2010-01-29, Piątek 06:15:12 +0100, autor Karol „Zal” Zalewski, licencja LPRCTKC

Już od dłuższego czasu myślałem o czymś, co połączyłoby przyjemność płynącą z pisania papierowego dziennika i możliwości oferowane przez jego internetowy odpowiednik. Nie wszystko, o czym myślimy i co chcielibyśmy utrwalić nadaje się do publikacji w Internecie. Ja osobiście nie lubię też przeglądania stosów kartek, gdy pojawi się potrzeba odnalezienia pewnych informacji z przeszłości. Okazuje się, że rozwiązaniem mojego problemu jest RedNotebook - program napisany w Pythonie, dystrybuowany na licencji GPL i przeznaczony właśnie do prowadzenia dziennika w trybie offline.

RedNotebook nie przytłacza nadmiarem funkcji. Kalendarz, kategorie, tagi, wyszukiwarka i pole do edycji wpisów. Całość dopełnia możliwość eksportu dziennika do HTML-a, LaTeX-a czy też bezpośrednio do PDF-a oraz obsługa prostego systemu znaczników. To wszystko, co w nim znajdziemy.

Bez względu na to, jak się RedNotebook sprawdzi, powoli przekonuję się do tradycyjnych, papierowych rozwiązań. To oczywiste, że żaden terminarz nie dorówna pod względem funkcjonalności współczesnemu PDA. Jednakże żaden palmtop nie będzie w takim samym stopniu tani, niezawodny oraz dostępny, jak ołówek, gumka i plik kartek. Jest to nie tylko doskonale widoczna różnica, ale również taka, która jest w stanie zaważyć na podjęciu decyzji dot. wykorzystania tradycyjnego podejścia w życiu codziennym.

Miniblog: Bruce Schneier a konflikt na linii Google-Chiny

2010-01-27, Środa 15:36:33 +0100, autor Karol „Zal” Zalewski, licencja LPRCTKC

In the aftermath of Google's announcement, some members of Congress are reviving a bill banning U.S. tech companies from working with governments that digitally spy on their citizens. Presumably, those legislators don't understand that their own government is on the list.

Bruce Schneier, amerykański kryptograf i specjalista z zakresu bezpieczeństwa teleinformatycznego.

Cytat pochodzi z artykuł datowanego na 23 stycznia i opublikowanego na stronach CNN. Uważam, że warto zapoznać się całą jego treścią. Bruce tak, jak ma to w zwyczaju, spokojnie i rozsądnie opisuje, jakie zagrożenia niesie ze sobą istnienie systemów służących do inwigilacji elektronicznej całych państw. Co więcej, nie pisze jedynie o tym, co może się stać, lecz także o tym, co już się stało i dlaczego miało to miejsce.

Miniblog: Wymagania techniczne

2010-01-25, Poniedziałek 22:59:58 +0100, autor Karol „Zal” Zalewski, licencja LPRCTKC

Jeden ze znajomych podesłał mi link do filmu dokumentalnego znajdującego się na stronach TVP.pl. Ale to nie film przykuł moją uwagę, a podane wymagania techniczne:

System operacyjny: Legalna wersja Windows XP/SP2, 2003, Vista oraz odtwarzacz Windows Media Player v10 (wraz z zalecanymi aktualizacjami) lub v11

Pomijając to, że film oglądam na „legalnym” Debianie, zastanawiam się, jaki jest sens podawania tego typu informacji w podanej wyżej formie? To tak, jakby podkreślać, że odbiorca filmu powinien być żywy w trakcie jego oglądania. Na wszelkie bóstwa - czyżby TVP również chciało uzyskać Złote Blachy od Koalicji Antypirackiej?

Miniblog: Fonty

2010-01-23, Sobota 00:42:40 +0100, autor Karol „Zal” Zalewski, licencja LPRCTKC

Już jakiś czas temu próbowałem ugryźć typografię, ale... Ujmijmy to jasno i zwięźle - zupełnie mi to nie wyszło. Przynajmniej od strony tworzenia fontów. Udało mi się jednak wyrobić własne zdanie na temat estetyki kilku fontów dostępnych na wolnych licencjach.

Od jakiegoś czasu do pisania anglojęzycznych dokumentów najczęściej wykorzystuję Gentium Basic, a w przypadku polskojęzycznych Charis SIL (fonty szeryfowe). Do całej reszty stosuję bezszeryfowy DejaVu Sans oraz DejaVu Sans Mono o stałej szerokości. Mam słabość do Gentium. Szkoda tylko, że na ekranie nie wygląda tak samo dobrze, jak na papierze.

W ramach eksperymentu od dziś na blogu stosuję DejaVu Sans (z fallbackiem do Ariala) oraz DejaVu Sans Mono (w przypadku braku - Courier New). Mam nadzieję, że ułatwi to odbiór tym osobom, które nie korzystają z czytników RSS/Atom.

[EDIT] Niestety, problemy z czytelnością pod Windowsem wykorzystującym ClearType sprawiły, że zastosowałem nieco inne rozwiązane.

Starsze wpisy |