] > Karol „Zal” Zalewski - Blog - http://blog.4zal.net/2009/12/

Terry Pratchett na temat religii

2009-12-29, Wtorek 00:42:52 +0100, autor Karol „Zal” Zalewski, licencja LPRCTKC

In my religion, the building of a telescope is the building of a cathedral.

Terry Pratchett, angielski pisarz fantasy i science fiction

Na blogu Adama Brożyńskiego można obejrzeć filmy oraz zapoznać się z tekstami poświęconymi racjonalnemu spojrzeniu na świat. Duża ich część poświęcona jest również ateizmowi, jako zagadnieniu bliskiemu racjonalizmowi. Nie znajdziecie tam jednak wypowiedzi jednego z moich ulubionych zagranicznych pisarzy fantasy, czyli Terrego Pratchetta.

Powyżej dostępne jest oryginalne, czyli anglojęzyczne, nagranie, na które natrafiłem dzięki mojej LP, zawierające wspomnianą odpowiedź Terrego na pytanie „czy wierzysz w Boga, lub bóstwa?”. Zapoznanie się z tym materiałem polecam osobom nie tyle zainteresowanym problematyką wiary, co ceniącym sobie poczucie humoru Pratchetta.

Propozycja kampanii społecznej dot. bezpiecznej komunikacji w Internecie

2009-12-23, Środa 10:42:54 +0100, autor Karol „Zal” Zalewski, licencja LPRCTKC

Mam już serdecznie dosyć pisania i czytania o tym, jakie to finezyjne rozwiązania tworzą europejscy ustawodawcy celem ochrony obywateli, naruszając przy okazji nasze prawo do wolności oraz prywatności. Protestowanie przeciwko takiemu zachowaniu też mija się z celem, gdy duża część społeczeństwa nie czuje się swobodnie poruszając się w tematyce Internetu oraz współczesnych systemów informatycznych. Proponuję rozwiązanie nieco bardziej wyszukane i opierające się o to, co w obecnym świecie odgrywa największą rolę - o wiedzę i dostęp do niej. Stwórzmy kampanię społeczną dot. bezpiecznej i anonimowej komunikacji w Internecie.

Moja koncepcja jest prosta. W ciągu najbliższego czasu chciałbym stworzyć kilka nieskomplikowanych, okraszonych sporą ilością grafiki tekstów skierowanych do użytkowników Windowsa (jednak Linux oraz MacOS też powinny się pojawić) posiadających podstawową wiedzę na temat Internetu oraz oprogramowania komputerowego. Teksty miałyby być przede wszystkim napisane zrozumiałym dla odbiorcy językiem i posiadać objętość pozwalającą na szybkie zapoznanie się z nimi. Proponowane przeze mnie tematy to:

  • bezpieczna poczta elektroniczna - OpenPGP oraz X.509;
  • bezpieczne komunikatory - XMPP, szyfrowanie klient-serwer oraz klient-klient (OpenPGP i Off-the-Record);
  • anonimowość w Internecie - Tor, Freenet oraz GNUnet;
  • szyfrowanie całych dysków - TrueCrypt oraz DM-Crypt;
  • szyfrowanie poszczególnych plików - wsparcie archiwizerów (np. 7-zip) oraz OpenPGP.

Tak powstałe teksty powinny być udostępnione w formie umożliwiającej ich swobodną modyfikację oraz dystrybucję. Marzyłoby mi się opublikowanie ich na stronie w odpowiednio przygotowanej domenie oraz na blogach i serwisach pokroju Dziennika Internautów, Wiadomości24 itp.

Cel kampanii: dostarczyć Zwykłym Użytkownikom praktycznej wiedzy na temat tego, jak chronić swoją prywatność w wirtualnym świecie nie rezygnując z dotychczasowej aktywności. Prace niezbędne do jej przeprowadzenia: stworzenie tekstów oraz ich promocja (nagłośnienie sprawy, umieszczanie tekstów na własnych blogach/serwisach). Opcjonalnie: zrealizowanie centralnego serwisu do składowania tekstów.

Co o tym sądzicie? Czy jest to rozsądne działanie mające szanse na powodzenie?

Przecież ci, którzy nie mają nic na sumieniu, nie mają się czego obawiać...

2009-12-17, Czwartek 19:57:32 +0100, autor Karol „Zal” Zalewski, licencja LPRCTKC

Jest to chyba jeden z najczęściej używanych argumentów w dyskusjach między zwolennikami wszechobecnej inwigilacji, a miłośnikami prywatności, anonimowości i wolności. Moim zdaniem, jest to również jeden z najmniej rozsądnych argumentów. Dlaczego?

Komputer osobisty to jedno z tych narzędzi, które pomimo swojej obecnej popularności, nadal jest narzędziem nietypowym. Zwykłem określać go mianem roweru dla intelektu, który co prawda sam w sobie jest bezużyteczny to jednak w połączeniu ze zwinnym umysłem oraz dostępem do globalnej pajęczyny staje się niesłychanie wartościowy. Komputer jest jednak narzędziem problematycznym głównie z tego względu, iż jest on osobisty. Jeszcze 20-30 lat temu nie stanowiło to żadnego problemu - dostęp do komputerów oraz ich forma prezentowały się zupełnie inaczej. W obecnych czasach nawet użytkownicy sieciowych systemów operacyjnych inaczej spoglądają na swoje narzędzia pracy. W związku z tym, czy komputer oraz to, czego aktualnie część stanowi, czyli Internet, można traktować tak samo, jak inne narzędzia? Kwestię tę poruszymy nieco później, a nim to nastąpi ugryźmy problem prywatności od nieco innej strony.

Dla wielu z nas prywatność jest czymś naturalnym. Zdecydowanie bardziej naturalnym, niż anonimowość, którą trudno osiągnąć w świecie tradycyjnych kontaktów międzyludzkich. Skupmy się jednak na prywatności, do której to prawo gwarantowane jest przez zdecydowaną większość współczesnych państw. Dlaczego zwykliśmy zasłaniać okna? Dlaczego chowamy przedmioty dla nas wartościowe? Dlaczego nie wypowiadamy wszystkich naszych myśli na głos? Dlaczego rzadko chwalimy się naszym życiem intymnym, preferencjami seksualnymi, czy też snami i marzeniami? Jeszcze wiele pytań tego typu mógłbym tutaj zaprezentować. Nie jest to jednak konieczne. Prywatność wynika z potrzeby bezpieczeństwa i niemal każdy z nas widzi, że jej naruszenie w świecie rzeczywistym stanowi ogromną trudność dla potencjalnego inwigilatora. Szczególnie, gdy mowa o próbie inwigilacji większej liczby osób. Z tego też względu można założyć, że prywatność nie tylko wydaje nam się naturalna, ale również taka jest ze względu na to, iż jest to stan, który wymaga mniejszej ilości energii do utrzymania, niż stan przeciwny (tj. stan inwigilacji). Co więcej, przy obecnym stanie techniki nadal istnieje miejsce, którego prywatność możemy ograniczyć jedynie my sami. Mowa o naszych umysłach.

Czasy myślozbrodni minęły już jakiś czas temu. Mam nadzieję, że nigdy już do nich nie powrócimy. Coraz częściej pojawia się jednak problem prywatności w kontekście świata wirtualnego. W przeciwieństwie do świata fizycznego, naruszenie prywatności w Internecie jest zdecydowanie mniej kosztowne, a przy obecnym stanie informatyzacji państwa oraz roli informacji w społeczeństwie jest to działanie bardzo korzystne. Dla kogo? Niemal dla wszystkich. Od przedstawicieli biznesu („co lubi kupować pan Z i jaką reklamę mu podesłać?”), przez znajomych („z kim pan Z kręci?”), aż do aparatu państwowego („czy pan Z uczestniczy w życiu organizacji przestępczych?”). Informacja jest na wyciągnięcie ręki, jej pozyskanie jest tanie, a potencjalne korzyści z jej posiadania wysokie. Trudno zatem przewidywać, aby nikt nie pokusił się o jej zdobycie.

W drugim akapicie niniejszego wpisu wspomniałem o tym, że PC stanowi swego rodzaju przedłużenie intelektu użytkownika. Jest to szczególnie istotne stwierdzenie w kontekście prywatności użytkowników Internetu. Pisałem również o tym, iż umysł jest obecnie jedynym miejscem, do którego bez naszego przyzwolenia inni ludzie nie mają dostępu. Myliłem się. Moja pomyłka wynika z nieuwzględnienia roli i popularności komputerów oraz dostępu do Internetu. Uzyskanie dostępu do naszego prywatnego komputera, do miejsca, w którym to przechowujemy nasze wspomnienia, pomysły, projekty oraz prace, w większości przypadków jest bliskie uzyskaniu dostępu do naszego umysłu. Czy w takim przypadku prawo do obaw mają jedynie ci, którzy mają coś na sumieniu? Czy też również ci, którzy trzymają na nim wartościowe dane, od ujawnienia których zależy ich przyszłość? Wygląda na to, że w momencie zrozumienia tego, jaką rolę w naszym życiu odgrywa obecnie komputer osobisty, łatwo zrozumieć, jak wielkim zagrożeniem dla nas samych jest naruszenie tej sfery prywatności.

Podsumowując, uważam, iż składowanie przez wszelkiego rodzaju dostawców Internetu informacji o działaniach ich użytkowników oraz jakiekolwiek restrykcje związane wykorzystaniem technologii kryptograficznych przez osoby fizyczne stoją w opozycji do prawa każdego z nas do prywatności. Tej znajdującej się najgłębiej i będącej najbardziej wartościową dla osób trzecich. Jej naruszenie może doprowadzić do konieczności stosowania autocenzury (spotykanej już teraz np. w wielu religiach świata). Co więcej, próbę stworzenia Listy Stron Zakazanych, w szczególności pod obecną postacią, pojmuję jako próbę przywrócenia cenzury. Chyba nie muszę wspominać o tym, co sądzę o próbie usprawiedliwienia powyższych działań ochroną praw autorskich, walką z pedofilia itp. chwytającymi za serce argumentami.

Czarne chmury

2009-12-11, Piątek 15:22:47 +0100, autor Karol „Zal” Zalewski, licencja LPRCTKC

Gdybym stwierdził, że Google dziś upadnie niemal każdy by mnie wyśmiał. Gdybym napisał, iż stanie się to w przeciągu 10 lat wzbudziłbym zainteresowanie. Nie myliłbym się jednak, gdybym zauważył, że firma ta z pewnością kiedyś zniknie, a wraz z nią również i jej usługi.

Czy darmowe usługi z chmur rzeczywiście są takie darmowe? Czy informacja może być walutą? Czy chcąc płacić mniej tak naprawdę płacimy więcej? Co z wolnością usługi w aspekcie wolnego oprogramowania i wolnych standardów? Im dłużej zastanawiam się nad rolą oprogramowania funkcjonującego, jako usługa, tym więcej pojawia się pytań. A należy zauważyć, że SaaS to jedynie czubek góry lodowej.

Dysk w kieszeni USB i oszczędzanie energii

2009-12-05, Sobota 11:29:55 +0100, autor Karol „Zal” Zalewski, licencja LPRCTKC

Do mojego najnowszego nabytku, jakim jest terminal HP, dołączyłem ostatnio 2.5" calowy dysk twardy, który ma służyć za sieciową składnicę danych. Sieć jest jednak na tyle mała, iż sam dysk używany jest zaledwie kilka razy dziennie. Logicznym jest, iż w celu minimalizacji zużycia energii oraz hałasu należałoby zastosować odpowiednią politykę zarządzania energią, czyli inną, niż tą domyślną, która brzmi „zawsze włączony”. Cykliczne wyłączanie dysku ma pewien negatywny wpływ na czas życia dysku, ale w tym konkretnym przypadku nie powinien on być znaczący. Co do rozwiązania - niestety, ze względu na zastosowanie USB, typowe podejście, czyli hparm -S, jest nieskuteczne. Można sobie jednak z tym poradzić w inny sposób.

Wystarczy zainteresować się pakietem sg3-utils, a po jego instalacji przeczytać manual polecenia sg_start. Już pobieżne jego przeczytanie i wypróbowanie sg_start --stop /dev/disk/by-uuid/uuid-dysku-usb pozwala zauważyć, że w przypadku dysku USB bez problemu można wykonać „spin-down”. Łatwo się też można domyślić, że kwestię cyklicznego wykonywania tego polecenia i sprawdzania, czy jego wykonanie jest rozsądne można wykonać przy pomocy Crona i właściwego skryptu.

Najlepiej, aby skrypt wykonywał „spin-down” jedynie w przypadku, gdy z danych nie korzysta żaden aktywny proces. Rozwiązaniem jest użycie polecenia fuser. Oto i gotowy kod:

#!/bin/bash

if [ \! "`fuser -c /punkt/montowania/dysku/usb 2>/dev/null`" ] then
  sg_start --stop /dev/disk/by-uuid/uuid-dysku-usb > /dev/null
fi

Teraz wystarczy tylko wykorzystać polecenie crontab -e dla użytkownika root i umieścić tam poniższe linie, aby napisany przez nas skrypt wykonywany był co 10 minut.

# m h  dom mon dow   command
*/10 * * * * /sciezka/do/skryptu

Voilà! Dysk nie powinien już nocami wydawać żadnego dźwięku.

HP Compaq T5520: Cienki klient z GNU/Linuksem na pokładzie

2009-12-02, Środa 01:26:20 +0100, autor Karol „Zal” Zalewski, licencja LPRCTKC

Wstęp

Wszystko zaczęło się od wpisu, który poczyniłem tydzień temu. Zafascynowała mnie koncepcja małego, bezgłośnego, energooszczędnego i taniego komputera, który mógłby pracować w systemie 24/7 i służyć np. za domowy NAS. Terminal HP Compaq T5520 okazał się być łatwo dostępny. Poniżej znajduje się krótki opis tego, czym jest taki terminal i jakie oferuje możliwości.

HP Compaq T5520

Cienki klient HP między popularnym modemem kablowym Motoroli, a routerem Linksysa. Wymiary terminala T5520: około 35 x 10 x 35 centymetrów.

Między bebechami

Na zakupiony przeze mnie model składa się procesor VIA Eden ESP 8000 (rdzeń „Nehamiah” 0,13 µm taktowany 800 MHz, 133 MHz FSB, 64 KiB L2), chipset VIA CLE266, 128 MiB SODIMM (przylutowane do płyty głównej), karta Ethernet 100 Mbit, karta graficzna S3 UniChrome (przywłaszcza sobie 16 MiB z RAM-u) oraz karta muzyczna. Całość dopełniają 4 gniazda USB 2.0, port szeregowy, równoległy, PS/2, VGA, LAN oraz wejście mikrofonowe i wyjście słuchawkowe. Mnie interesowały głównie porty USB, bo i tak większość z pozostałych zostałaby użyta jedynie podczas instalacji systemu operacyjnego. W tym momencie warto od razu odpowiedzieć na pytanie, gdzie taki system można umieścić. Całość dostarczana jest z 64 MB pamięci flash (zawiera ona system Windows CE 5.0) podpiętej przez 2,5" złącze ATA do płyty głównej. Jak łatwo się domyślić, jedną z atrakcji jest możliwość wymienienia jej na 2,5'' dysk twardy z interfejsem ATA - jedyne o czym należy pamiętać to zdobycie odpowiedniej tasiemki IDE (złącza żeńskie-żeńskie). Warto jeszcze wspomnieć, że o ile sam CPU na płycie głównej nie jest zbyt wydajny to całkiem nieźle sprawdza się w przypadku szyfrowania danych cipherem AES ze względu na sprzętowe wsparcie szyfrowania symetrycznego (tzw. VIA Padlock). Przejdźmy teraz do samej kwestii instalacji właściwego systemu operacyjnego.

Instalacja GNU/Linuksa

Pierwsze, co zrobiłem po otrzymaniu sprzętu to jego rozkręcenie oraz wyjęcie na kilka sekund baterii z płyty głównej zasilającej CMOS. W przypadku, gdyby ekran konfiguracji BIOS-u był zabezpieczony hasłem pozwoliłoby mi to na zaoszczędzenie czasu poprzez wcześniejsze usunięcie go w ten sposób. Przy okazji przyjrzałem się wnętrzu urządzenia i sprawdziłem, czy wszystkie kondensatory są w normie. Po złożeniu i podłączeniu peryferiów uruchomiłem terminal trzymając podczas startu klawisz F9 aż do momentu, gdy usłyszałem dźwięk z wbudowanego głośniczka. To oznaczało, że konfiguracja Windowsa CE powróciła do ustawień fabrycznych i będę mógł się z nim nieco pobawić. Zapewniam jednak, że 5 minut w zupełności na to wystarcza. Później pozostało jedynie przejść do konfiguracji BIOS-u i ustawić odpowiednią kolejność bootowania. W moim przypadku koncepcja była prosta.

Nie miałem zamiaru bawić się zbyt długo, dlatego uznałem, że skorzystam z Ubuntu 9.10 Server Edition dostępnego na płycie CD oraz mojego napędu DVD znajdującego się w kieszeni z interfejsem USB. Wbudowany w terminal dysk flash miał posłużyć jako miejsce składowe dla jądra (/boot) oraz GRUB-a, a podpięty przeze mnie 4 GB dysk jako miejsce dla całej reszty systemu (/ oraz swap). Jak pomyślałem tak też zrobiłem. W trakcie instalacji zaliczyłem „freeze”, więc szybko zmieniłem początkowe założenia. Ubuntu zostało wyparte przez Debiana „Lenny” 5.04 w wersji „network install”. I to była właściwa decyzja. Debian kolejny raz uratował mi odwłok. Po długotrwałej instalacji (30 minut? 60?) dorzuciłem jeszcze na pokład serwer SSH i wyłączyłem system. To był czas na przejście w „tryb bezgłowy” i zarządzanie z poziomu innego komputera. Kilka wpisów w domowym DNS-ie i Thor (mitologia nordycka rządzi) był gotowy do działania.

Serwer SSH to nie wszystko. Docelowo terminal ten ma służyć do kilku celów, które spełniać mają serwery: NTP, CUPS, NFS, Samba, czy też webowy interfejs Transmission (klient BitTorrenta). Wszystkie dane, które nie są systemem operacyjnym i jego plikami konfiguracyjnymi muszą być również szyfrowane AES-em. Oznacza to m.in. wykorzystanie dysku 2.5" w kieszeni USB oraz DM-Crypta, który do najmniej zasobożernych rozwiązań nie należy. A jak wygląda kwestia zasobów po czystej instalacji systemu? Brak obciążenia procesora, około 16 MiB pamięci (z pominięciem buforów) pożartej przez system i podstawowe usługi oraz niewielka konsumpcja przestrzeni dyskowej. Jest to indywidualna sprawa, ale warto o niej wspomnieć. System wstaje około minuty licząc od zerwania połączenia SSH po wydaniu polecenia reboot do momentu, kiedy możliwe jest ponowne zalogowanie poprzez SSH. Czas na prawdziwą pracę! Tj. zaraz po upgrade do obecnego wydania testing Debiana, czyli przyszłego „Squeeze”.

Wydajność

To, co miało być głównym przeznaczeniem tego miniserwera to przede wszystkim dostęp do zaszyfrowanego (DM-Crypt, LUKS i cipher AES) dysku z wykorzystaniem NFS. Zacznijmy zatem od samego szyfrowania oraz od tego, jak sprawdza się terminal w takich zastosowaniach. Do testów wykorzystałem polecenie hdparm -t. Na początku zastosowałem to polecenie kilkukrotnie na dysku, który nie został poddany szyfrowaniu:

zal@thor:/media$ sudo hdparm -t /dev/sdb

/dev/sdb:
 Timing buffered disk reads:   94 MB in  3.01 seconds =  31.23 MB/sec

Całkiem niezły wynik, najprawdopodobniej maksymalny możliwy do uzyskania transfer w przypadku wykorzystania USB 2.0. Następnie wykonałem standardowe polecenia cryptsetup mające na celu stworzenie utworzenie i zmapowanie zaszyfrowanej partycji po czym wykonałem na niej test z hdparm. Rezultat jest mało zadowalający:

zal@thor:/media$ sudo hdparm -t /dev/mapper/XXX

/dev/mapper/XXX:
 Timing buffered disk reads:   22 MB in  3.28 seconds =   6.70 MB/sec

A teraz najważniejsze. Ponowiłem ww. operację ładując wcześniej do pamięci moduł padlock-aes dzięki któremu możliwe jest wykorzystanie wsparcia sprzętowego (procesor z rozwiązaniem VIA Padlock) dla szyfrowania przy pomocy ciphera AES. Oto i rezultat:

zal@thor:/media$ sudo hdparm -t /dev/mapper/XXX

/dev/mapper/XXX:
 Timing buffered disk reads:   62 MB in  3.02 seconds =  20.51 MB/sec

Wygląda to zdecydowanie lepiej. Niestety, nie byłem w stanie określić obciążenia procesora w tym momencie. Wygląda jednak na to, że nawet na takim sprzęcie szyfrowanie całego dysku może mieć sens.

Reszta testów (m.in. dot. obciążenia procesora podczas przesyłu danych oraz prędkości przesyłania danych) będzie miała sens dopiero, gdy złożę odpowiednie środowisko testowe. W obecnej chwili uważam, że zbyt duży wpływ na wynik takich badań może mieć router (działający w oparciu o DD-WRT) pośredniczący w przepływie danych oraz kwestia tego, że jeden z komputerów przesyła dane za pośrednictwem sieci bezprzewodowej. Gdyby jednak ktoś chciał przeczytać to, co uzyskałem korzystając z ww. środowiska może to zrobić zaglądając w kod XHTML niniejszego wpisu i szukając najdłuższego komentarza w nim zawartego. Wskazówka, znajduje się on pod niniejszym paragrafem.

Podsumowanie

Niniejszy wpis powstał zaledwie w ciągu kilku godzin od momentu uruchomienia przeze mnie opisywanego terminala. Pomimo tego, że sprzętem jestem zachwycony to należy mieć na uwadze to, że tak krótki okres jest niewystarczający do tego by móc polecić tego cienkiego klienta komukolwiek. Dopiero po miesiącu, czy też dwóch, użytkowania mogą wyjść na jaw jego największe wady, jak i zalety. Obecnie uważam, że sprzęt ten ma naprawdę duży potencjał i może stanowić konkurencję dla samodzielnie składanych, domowych NAS-ów opartych o stare podzespoły. Nie jest demonem prędkości, ale jest tani, cichy i energooszczędny.

Ciąg dalszy zapewne nastąpi w bliżej nieokreślonej przyszłości. Mam zamiar wykonać bardziej precyzyjne i wiarygodne testy dot. wydajności.

Creative Commons: Moja mała, prywatna wojna

2009-12-01, Wtorek 14:13:39 +0100, autor Karol „Zal” Zalewski, licencja LPRCTKC

Zapewne doskonale wiecie, jak wielce pejoratywny wydźwięk ma mój stosunek do wszelkiej maści organizacji zbiorowego zarządzania prawami autorskimi twórców. Uważam je za element bardzo dobrze zorganizowanej przestępczości. Na widok akronimów ZAiKS, STOART, ZPAV itp. moja twarz wykrzywia się okrutnie, a ręce... No dobra, bez przesady, po prostu bardzo ich nie lubię. I mam zamiar nieco im zaszkodzić. A konkretniej - nie pozwolić zarobić na sobie. Jak?

Na samym wstępie warto jednak opisać sytuację, której zaistnienie motywuje mnie do działania. Rodzina moja prowadzi biznes. Mowa tutaj o lokalu gastronomicznym, w którym to w tle słychać dźwięki z radia. Oznacza to m.in. to, iż wszystkie ww. organizacje pobierają w ciągu roku ponad 1500 PLN na rzecz... czegoś, czy kogoś. Czy jest to warte muzyki, która wydobywa się z radia? Nie.

Uważam, że aby skutecznie odpierać zapędy ww. organizacji należałoby skupić się na trzech elementach: prawie, technice oraz społeczeństwie.

Prawo - krótki czas obowiązywania autorskich praw majątkowych (interesujący temat dla zwolenników licencji GPL), czy też niemożność pobierania opłat w imieniu niezarejestrowanych członków z pewnością ograniczyłoby ekonomiczny sens istnienia takich organizacji.

Technika - Internet umożliwia znacznie łatwiejszy kontakt z twórcami oraz dystrybucję ich twórczości. Niech tylko pojawi się jeszcze możliwość indywidualnego podpisania umowy (np. w formie zautomatyzowanej usługi i systemu płatności on-line) z twórcą funkcjonującym w Internecie, a życie stanie się zdecydowanie prostsze.

Społeczeństwo - kampania informacyjna powinna ukazywać wady takich organizacji oraz tego, dlaczego szkodzą społeczeństwu. Niechęć społeczeństwa, dobrze wyrażona, może znacząco utrudnić działanie ww. stowarzyszeniom. Warto też uświadamiać ludzi w zakresie istnienia twórczości dostępnej na licencjach Creative Commons (szczególnie w wersji bez NC), których wykorzystanie uniemożliwia pobieranie opłat przez np. ZAiKS.

Wracając do sedna sprawy, mój pomysł jest bardzo prosty i bazuje na wykorzystaniu owoców wolnej kultury. Innymi słowy - uruchamiam wyszukiwarkę Jamendo i szukam najpopularniejszych albumów z danego miesiąca, których licencja nie wyłącza wykorzystania ich do użytku komercyjnego, a które pasują do klimatu lokalu. Ściągam je, a następnie przygotuję kartkę z informacją o ich twórcach, tytułach, nazwach licencji oraz z informacją na temat tego, gdzie można je ściągnąć. Tak uzbrojony pędzę do lokalu, aby całość wdrożyć w życie.

Jeżeli pomysł wypali to i inne okoliczne lokale zostaną uświadomione o tym, jakie korzyści niesie ze sobą korzystanie z utworów na właściwej licencji. Jedno jest pewne - pierwszy, ani ostatni nie jestem.

Starsze wpisy | Nowsze wpisy