Odpowiedź sobie na pytanie - czy mi ufasz? Nie, nie chcę znać Twojej odpowiedzi. Zadam jedynie kolejne pytanie. Dlaczego?
Jedną z kluczowych ról w naszym życiu odgrywa zaufanie. Niektórzy z nas mogą nawet nie zdawać sobie z tego sprawy, w jak wielu aspektach naszego życia pojawia się element zaufania. Wartość pieniądza, przepływ informacji, jakość wykształcenia, ochrona zdrowia, czy też, co najbardziej oczywiste, związki międzyludzkie. Wszystko to, co wymieniłem opiera się na zaufaniu. Zatem, jak określamy, co jest godne zaufania, a co nie?
Odpowiedź na powyższe pytanie zdecydowanie nie jest prosta. Można jednak zaryzykować stwierdzenie, iż każdy z nas posługuje się heurystykami, czyli uproszczonymi metodami wnioskowania. Dzięki nim każdy z nas, w sposób nie wymagający większego wysiłku, jest w stanie określić np. czy blogger jest godny zaufania, czy też nie i czy warto go czytać. Sposobów jest wiele - analiza jednego, napisanego przez niego artykułu, liczby czytelników RSS, komentarzy, czy też opinia autorytetu to niektóre z nich. Są metody gorsze i lepsze, ale najważniejsze jest to, iż każda z nich oszczędza nam sporo czasu oraz wysiłku. Do czego zmierzam?
Zacznijmy od początku, kiedy to użytkownik dokonywał samodzielnej oceny tego, z czym ma do czynienia. Spójrzcie chociażby na świat nauki, który funkcjonował jeszcze na długo przed pojawieniem się Internetu. Na początku, we wczesnych, małych grupach stosunkowo łatwo było określić, kto jest tym „lepszym” i godnym zaufania naukowcem. To było niemal naturalne. Aż do czasu kiedy to zaczęły zanikać bariery komunikacyjne, a liczba publikacji nie pozwalała na czytanie ich wszystkich na bieżąco przez jedną osobę. Potrzebny był filtr, który pozwoliłby na czytanie tylko tego, co jest wartościowe. Pojawiła się potrzeba stworzenia usystematyzowanego mechanizmu rozporządzania oceny jakości (w tym zaufania). Należało zacząć opierać się na opinii innych. Co czytać? Kto należy do naukowej elity? Wiele pytań można było zadawać. Jednak poradzono sobie z tym problemem. Obecnie, w dużym uproszczeniu, przy ocenie naukowców oraz ich dorobku bierze się pod uwagę m.in. liczbę publikacji oraz ich cytowań. Stworzono coś, co możemy nazwać systemem ratingowym. Co więcej, każda organizacja może samodzielnie wybierać listę najbardziej wiarygodnych czasopism naukowych (np. lista filadelfijska) i właśnie na nich bazując wdrożyć powyższy system.
Na podobnym rozwiązaniu (tj. liczba cytowań i ich jakość) opiera się m.in. wyszukiwarka Google. Bez systemu ratingowego byłoby również trudno korzystać np. z serwisów aukcyjnych typu Allegro, czy też E-bay. A popularny Digg, czy też Wykop? Ich zasada działania jest jeszcze prostsza. Użytkownik otrzymuje pewne dane na bazie, których jest w stanie podjąć decyzję. Co łączy te wszystkie systemy? To, iż są one systemami rozproszonymi. I to właśnie w decentralizacji leży ich siła. Czy dany sprzedawca jest godny zaufania? Tak, jest! Świadczy o tym, kilkaset pozytywnych głosów. Zdecydowanie łatwiej jest zaufać kilkuset osobom, niż samodzielnie sprawdzać, czy za wpłacone pieniądze otrzymamy pożądany produkt. Na podobnej zasadzie działa „web of trust”, czyli metoda uwierzytelniania stosowana m.in. w standardzie OpenPGP umożliwiającym stosowanie podpisu elektronicznego. W oparciu o „sieć zaufania” jesteśmy w stanie określić, czy danemu podpisowi elektronicznemu można ufać, czy rzeczywiście został złożony przez osobę, która widnieje w podpisie.
Zupełnie inaczej natomiast wygląda sytuacja w przypadku ściśle zhierarchizowanego kryptosystemu Public Key Infrastructure. Jest on obecnie stosowany w Polsce, a jego siła opiera się w głównej mierze na centrach certyfikacyjnych, które to możemy nazwać swego rodzaju centrami zaufania. To właśnie zaufanie do nich sprawia, iż osobę posługującą się certyfikatem wydanym przez takie centrum uznajemy za prawowitego jego właściciela, a podpis za należący do niej. Co prawda, na świecie istnieje jedno centrum działające na zasadzie „web of trust” (CAcert.org), ale jest to wyjątek. W gruncie rzeczy jest to system scentralizowany. Tylko jedno centrum poświadcza tożsamość osoby składającej podpis. W Polsce, jak i wielu innych krajach, istnieje również pojęcie certyfikatu kwalifikowanego, czyli takiego, który został wydany przez centrum certyfikacyjne zatwierdzone przez państwo. Tylko podpis związany z certyfikatem kwalifikowanym może być uznany za równy tradycyjnemu podpisowi. Jak widzicie, na szczycie hierarchii w PKI stoi najczęściej państwo.
Zauważcie, że w wielu krajach głównym źródłem zaufania jest właśnie państwo. Państwo ma monopol na zaufanie. Dlaczego wierzymy, że lekarz nam nie zaszkodzi? Odpowiedzią jest uczelnia, której działanie byłoby niemożliwe bez wydania odpowiedniego zezwolenia ze strony państwa. To samo ma miejsce w przypadku wszelkiego rodzaju praw jazdy, paszportów oraz dowodów osobistych. Natychmiast pojawia się proste pytanie - a co zrobić, gdy okaże się, że państwo nie jest godne zaufania? Każdy z nas doskonale wie, iż czytając tylko jedną gazetę można być łatwo zmanipulowanym. Również i państwo, dzięki temu, iż tak właściwie jest „źródłem zaufania”, może nadużywać swojej władzy. Pokładanie zaufania tylko w jednym elemencie może być zgubne. W szczególności, gdy jest to element przymusowy.
Jestem ciekaw, czy dałoby się wprowadzić system podobny do „sieci zaufania” właśnie w państwie. Spójrzmy na przykład z lekarzami i ich wykształceniem. Wyobraźcie sobie teraz, iż każdy może założyć uczelnię wyższą i rozpocząć kształcenie lekarzy. Państwo, o ile uczelnia się o to postara, może jednak wydać certyfikat, iż jednostka ta spełnia takie, a nie inne warunki. Oprócz państwa certyfikaty mógłby wydawać każdy np. ja, Ty, czy też Instytut Badań nad Jakością Kształcenia. I tylko od późniejszego pacjenta zależałoby, czy chciałby mieć do czynienia z lekarzem tańszym, lecz posiadającym „gorsze” wykształcenie, czy też droższym. O podobnej sytuacji można byłoby mówić również w przypadku innych zagadnień np. możliwości emisji własnych pieniędzy.
Uważam, że to właśnie użytkownik powinien być tym, który podejmuje decyzję. Systemy ratingowe są potrzebne, ale tylko jako źródło pewnych informacji, do których sam użytkownik siłą rzeczy samodzielnie zgromadzić nie może. To on powinien ocenić, czy są one godne zaufania. I co najważniejsze, powinien mieć dostęp do wielu rozwiązań tak, aby nie musiał polegać na jednym. Dlaczego państwo miałoby to robić za niego?