] > Karol „Zal” Zalewski - Blog - http://blog.4zal.net/2009/08/

Zielone usta całują mnie

2009-08-31, Poniedziałek 01:48:07 +0200, autor Karol „Zal” Zalewski, licencja LPRCTKC

Tytuł niniejszego wpisu to oczywiście fragment utworu „Zielone usta” Republiki (tekst autorstwa Grzegorza Ciechowskiego), który nawiązuje do marihuany. Nim jednak przejdę do tematu z tym z narkotykiem związanym chciałbym wspomnieć alkoholu, którego sprzedaż w Polsce jest dozwolona i ma się dobrze. Jak to możliwe, iż tak niebezpieczna „używka”, jakim jest alkohol, znajduje się w sprzedaży?

Alkohol to problem. Nie dla wszystkich, ale dla wielu okazuje się być substancją, która kształtuje ich życie. Wie o tym każdy, kto miał alkoholika w najbliższej rodzinie, lub sam nim jest. Alkohol uzależnia fizycznie i psychicznie. Jego przedawkowanie może doprowadzić do śmierci. Ale... Na litrze 40% wódki państwo zarabia około 20 złotych (sama akcyza). To chyba wystarczająca odpowiedź na pytanie, dlaczego wódka jest i będzie sprzedawana. Pomijając znaczenie kulturowe alkoholu oraz całą część gospodarki z nim związaną.

Czy rozwiązaniem problemu byłoby wprowadzenie całkowitego zakazu handlu narkotykami (w tym i alkoholem) na terenie Polski? Oczywiście, że nie. Wystarczy spojrzeć na to, co działo się w Stanach Zjednoczonych po wprowadzeniu prohibicji. Popyt na papierosy, alkohol, czy też marihuanę będzie istniał bez względu na to, czy istnieją zakazy, czy też nie. Zakaz handlu odbije się to tylko i wyłącznie na cenie oraz jakości tych produktów. Dowód? Gram suszu marihuanowego kosztuje obecnie w okolicach 25 złotych. Chętnych do zakupu nie brakuje, a jego dostępność jest stosunkowo wysoka. Zapewniam również, iż marihuana nie jest rośliną trudniejszą, czy też kosztowniejszą w uprawie, niż tytoń. Co więcej, koszt produkcji opakowania dwudziestu papierosów wynosi obecnie około 2 złotych - reszta ich ceny to podatki, czyli akcyza i VAT. Możemy zatem założyć, iż koszt wyprodukowania jednego grama suszu konopi indyjskich jest niższy, niż koszty wyprodukowania paczki papierosów. Co chcę przez to pokazać? To, że na wszelkich zakazach najwięcej zyskują wszelkiego rodzaju organizacje przestępcze, a najwięcej tracą sami odbiorcy (wysoka cena i niska jakość). Państwo też na tym traci - nie tylko nie zarabia na obrocie towarami (podatek, a nawet akcyza), ale też ponosi koszta związane ze ściganiem zarówno użytkowników, jak i producentów nielegalnych produktów.

Biorąc pod uwagę powyższe argumenty jestem zdecydowanym zwolennikiem legalizacji wszelkich substancji, które zaliczamy do grona narkotyków. Legalizacja wyszłaby na zdrowie nie tylko odbiorcom, ale i producentom. Człowiek wolny powinien mieć możliwość zażywania wszystkiego na co ma ochotę bez potrzeby obawiania się państwa. Jeżeli chce wdychać opary rtęci to nikt mu w tym nie powinien przeszkadzać. Musi się jednak liczyć z tym, iż odpowiedzialność nie jest czymś od czego może uciec. Obecna sytuacja sprzyja organizacjom przestępczym. Sądzę, iż wielu zwolenników delegalizacji po prostu nie jest tego świadomych.

Polska to kraj absurdów, w którym to istnieje jedynie złudzenie wolności. Człowiek pracuje przez pół roku dla państwa i może narkotyzować się jedynie przy pomocy legalnych narkotyków, na których państwo zarabia. Nie ma prawa do tego, aby wypalić jointa - za samo posiadanie marihuany może trafić do więzienia. Wyobrażacie sobie? To tak, jakby karano za sam fakt posiadania penisa, bo przecież może on posłużyć do gwałtu. Jakby tego było mało - nadal nie ma mowy o sterylizacji, czy też eutanazji na życzenie. Wolność wyznania? Oczywiście, ale w szkole od religii katolickiej nie uciekniesz. Preferencje seksualne? Niech tylko będą zgodne z tym, co napisano w Wielkiej Księdze. Wolność ponad wszystko!

OggPlayer: SanDisk Sansa c250 v1 + Rockbox

2009-08-26, Środa 14:52:20 +0200, autor Karol „Zal” Zalewski, licencja LPRCTKC

Wczoraj doszedł do mnie pocztą odtwarzacz multimedialny, o którym jakiś czas temu wspominałem. Nad samym jego wyglądem oraz funkcjonalnością w wersji standard nie będę się rozwodzić. Wystarczy powiedzieć, że pomimo tego, iż jest to wersja „refurbished” to wygląda on naprawdę nieźle ze względu na fabrycznie wymienioną obudowę. Całość posiada 2 gigabajty wbudowanej pamięci oraz czytnik na karty microSD (do 2 GB przy standardowym firmware). Koszt? Poniżej 100 złotych przy zakupie na Allegro. Jak zamienić go w odtwarzacz bazujący na wolnym oprogramowaniu?

SanDisk Sansa c250 2GB v1 + Rockbox

Standardowy firmware nie pozwala na zbyt wiele. Na pewno nie potrafi odtwarzać plików skompresowanych przy pomocy kodeków Ogg Vorbis, lub Ogg FLAC. Nie radzi sobie również z kartami microSD większymi, niż 2 GB. Aby to zmienić wystarczy zainstalować Rockboksa (na licencji GPL) przy pomocy łatwej w obsłudze aplikacji. Składa się on z dwóch elementów - bootloadera oraz właściwego firmware. Dzięki zastosowaniu bootloadera oraz dzięki temu, że zarówno oryginalny firmware, jak i bootloader nie są nadpisywane, zawsze można do nich powrócić (np. gdyby Rockbox nie spełniał oczekiwań). A jakie korzyści płyną z zastosowania Rockboksa?

Zalet jest naprawdę wiele, ale nas interesuje przede wszystkim to, iż po instalacji Rockboksa nasz odtwarzacz będzie w stanie odtwarzać m.in. pliki zakodowane przy pomocy Ogg Vorbis. W ten sposób zyskujemy „Ogg playera”! Co więcej, firmware ten pozwala na obsługę kart microSDHC przez co nie jesteśmy ograniczeni tylko i wyłącznie do kart o pojemności 2 GB. Za około 65 złotych (stan na dzień obecny) jesteśmy w stanie rozszerzyć pojemność odtwarzacza o 8 GB, czyli za niecałe 160 złotych otrzymujemy odtwarzacz o pojemności 10 GB i potrafiący odtwarzać ogromną liczbę formatów. Miło, prawda?

W moim przypadku wskazana okazała się być ręczna instalacja ze względu na trudności z dostępem do Internetu. Jednakże nawet ta czynność okazała się być niezwykle prosta ze względu na istnienie przystępnie napisanej dokumentacji (ponad 170 stron, z czego tylko sześć o instalacji). Już po niespełna 3 minutach Rockbox odtwarzał Vorbisa i FLAC-e Machinae Supremacy.

Czy warto? Sądzę, że warto. Jest to chyba najtańszy i najłatwiejszy sposób na zdobycie odtwarzacza o ogromnej pojemności zdolnego do odtwarzania nie tylko MP3, ale również Ogg Vorbis. Oczywiście, Rockbox posiada swoje wady np. problem z ładowaniem baterii w niektórych modelach odtwarzaczy, czy też mało intuicyjny interfejs i mnogość opcji wymagająca wcześniejszego zapoznania się z nimi. Trzeba jednak nadmienić, iż Rockbox jest aktywnie rozwijany już od ponad 8 lat i można liczyć na to, iż pojawiające się błędy będą szybko usuwane.

Stepmania

2009-08-25, Wtorek 23:07:17 +0200, autor Karol „Zal” Zalewski, licencja LPRCTKC

Zaszalałem. Kupiłem ostatnio jedną z (naj)tańszych mat do DDR-a dostępnych na rynku - PC Dance Deluxe Box firmy Coil. Do całości dorzucona została Stepmania oraz spory pakiet piosenek.

Dance Dance Revolution - mata

Strasznie wygnieciona, ale skacze się na niej całkiem przyjemnie. Nie sądziłem, że można się przy tym aż tak napocić. Ale nie to mnie najbardziej zdziwiło - w pewnym momencie zabrakło mi nóg. Niektóre z kombinacji wymagają tego, aby się pochylić i jeszcze rękoma sobie pomóc. Przy czym wychodzę z założenia, że nie zostały one stworzone dla ośmiornic.

Zobaczymy, jak szybko się tym znudzę, ale jakby na to nie patrzeć jest to miła odmiana dla jakiegokolwiek braku sportu. Może Wii powinienem sobie kupić?

Wolność. Po co Wam wolność?

2009-08-21, Piątek 18:43:49 +0200, autor Karol „Zal” Zalewski, licencja LPRCTKC

Tytuł niniejszego wpisu nawiązuje oczywiście do tekstu Kazika „Po co wolność”. W obecnych czasach o wolności pisze się w różnych kontekstach. Wystarczy chociażby spojrzeć na najbardziej znany przykład, czyli „Rok 1984” Georga Orwella. Pojawia się tam motyw pozbawienia prawa do prywatności dzięki zastosowaniu dostatecznie zaawansowanej technologii. O tym samym, ale w nieco innym ujęciu, możemy przeczytać w książce Lawrence Lessiga „Wolna kultura”. W jednym z jej rozdziałów porusza on temat prywatności, jako swobody, która niegdyś będąc oczywistą, musi być obecnie odbudowana. Dlaczego?

Security - Clay Bennett

Autorem rysunku jest Clay Bennett, jest on dostępny na jego stronie domowej. Rysunkiem tym Bennett zdobył nagrodę Pulitzera w 2002 roku.

Prawo do prywatności to coś naturalnego. Próba ograniczenia prywatności przez państwo jest problematyczna do przeprowadzenia nie tylko z powodu oporu ze strony społeczeństwa, ale również ze względu na trudność w fizycznej realizacji takiego planu. Jak wielkimi nakładami należałoby dysponować, aby śledzić poczynania każdego obywatela? Tysiącami agentów śledzącymi siebie nawzajem? Jak pokazała nam Polska Rzeczpospolita Ludowa, nawet ograniczać wolność słowa jest łatwiej, niż inwigilować wszystkich obywateli. Czy, aby na pewno?

To, co niemożliwe w świecie rzeczywistym staje się możliwym w Internecie. A przecież to właśnie w tym ostatnim coraz częściej funkcjonujemy. Internet to narzędzie w rękach ludzi. Nie jest, ani dobry, ani zły, w tradycyjnych słów tych znaczeniach. WWW, poczta elektroniczna, Voice over IP, mikropłatności itp. Zachowanie prywatności i anonimowości w tej e-przestrzeni nie tylko jest trudne, ale należałoby się zapytać, czy w ogóle jest możliwe? Na to pytanie trudno odpowiedzieć, a odpowiedzi z pewnością nie ułatwiają nam poczynania wszelkiego rodzaju władz.

Ludziom najłatwiej jest zabrać wolność motywując to troską o ich bezpieczeństwo. Rysunek Claya Bennetta świetnie to ilustruje. Jeżeli myślicie, że w takich krajach, jak np. Anglia, czy też Stany Zjednoczone, istnieje wolność to grubo się mylicie. Zarówno w jednym, jak i drugim państwie naruszana jest prywatność. Oczywiście, w imię troski o bezpieczeństwo. Wystarczy wspomnieć o międzynarodowym systemie ECHELON, amerykańskim Carnivore, francuski monitoring, czy też angielskich karach związanych z nieujawnieniem klucza pozwalającego na odczyt zaszyfrowanych danych.

Nawet dane o tym, czego szukamy w Internecie, czy też jakie strony odwiedzamy może być bardzo przydatną informacją (i prostą do zdobycia) z punktu widzenia potencjalnego inwigilatora. Nie wspominając już o tym, iż nie tylko Internet może być źródłem tych danych - wykonywane połączenia, czy też połączenie z daną stacją bazową (geolokalizacja) w ramach telefonii komórkowej oraz miejsce dokonania płatności i zakupiony towar w przypadku kart debetowych. To dane, z których można wyciągnąć wiele wniosków. Stosunkowo łatwo osiągalne dane.

W obecnych czasach inwigilacja jest tania, ponieważ niskie jej koszty zapewnia elektroniczny świat, a nasze życie jest z nim coraz to bardziej związane. Prywatność, a wraz z nią wolność, stają się wartościami, o które znów musimy walczyć i o które musimy dbać.

PS. Nie ma potrzeby popadania w paranoję, ale warto mieć świadomość tego, że w obecnych czasach trudno o anonimowość i prywatność. Szczególnie w Internecie.

Pełnoletni Linux

2009-08-21, Piątek 16:27:51 +0200, autor Karol „Zal” Zalewski, licencja LPRCTKC

Dnia 17 września 1991 (wtorek) światło dzienne ujrzało jądro systemu, który już na stałe wpisał się w historię informatyki. Mowa oczywiście o Linuksie, czy też GNU/Linuksie, gdyby ktoś miał na myśli jądro wraz ze wszystkimi przyległościami. W przyszłym miesiącu minie 18 rok prac nad tym systemem. Czy oznacza to, iż osiągnął on już dojrzałość?

Pomimo tego, iż różnymi dystrybucjami GNU/Linuksa (głównie Mandrake oraz Knoppix) interesowałem się już w okolicach 2000 roku to dopiero niecałe 3 lata temu, czyli w 2006 roku, mój kontakt z tym systemem nabrał zupełnie innego wymiaru. Slackware, Gentoo, Debian i Ubuntu. Tak w skrócie wyglądała moja dotychczasowa przygoda z dystrybucjami GNU/Linuksa, jako systemem, który służył mi zarówno do pracy, jak i zabawy.

Od ponad 1,5 roku pracuję pod Ubuntu i... uważam, że jest to dystrybucja prostsza w obsłudze i przyjaźniejszy dla użytkownika, niż jakakolwiek alternatywa. Ma ona swoje wady, sprzyja złym nawykom, ale pomimo tego wszystkiego - po prostu działa i pozwala na efektywną pracę. To już nie to samo, co systemy sprzed 5, czy 10 laty, kiedy to sama instalacja potrafiła skonsumować kilka godzin życia niedoświadczonego użytkownika. Kończą się czasy grzebania w plikach konfiguracyjnych, szukania sprzętu działającego pod Linuksem oraz samodzielnego kompilowania jądra systemu. Linux po prostu działa.

Przez osiemnaście lat Linux nabierał sił i od jakiegoś już czasu powoli wkracza na rynek komputerów użytkowników domowych oraz do firm. Przestał być systemem spotykanym jedynie na serwerach i obsługiwanym jedynie przez specjalistów. Nawet moja rodzina jest w stanie poradzić sobie z obsługą Debiana. Na opakowaniach ze sprzętem komputerowym, lub oprogramowaniem, coraz to częściej można spotkać w wymaganiach informację brzmiącą np. „wymagany system operacyjny Linux 2.4 lub wyższy”. Jest to wielki sukces „organicznego” oprogramowania, oprogramowania tworzonego w modelu bazarowym (w ujęciu Erica Raymonda). Czy jest to oznaka dojrzałości? Sądzę, że tak.

Nasuwa się pytanie - kiedy dojrzałość Linuksa przełoży się na jego popularność? I czy ta ostatnia jest przez nas pożądana?

Jestem „pro-life”, aborcji mówię zdecydowane TAK!

2009-08-16, Niedziela 15:31:39 +0200, autor Karol „Zal” Zalewski, licencja LPRCTKC

Aborcja jest tematem równie kontrowersyjnym, co popularnym. Świat zdążył się już podzielić na jej zwolenników i tych, którzy są „pro-life”. Ale czy, aby na pewno „pro-life” oznacza opozycję w stosunku do zwolenników aborcji? Nie. Jestem zwolennikiem „pro-life”, a aborcji mówię stanowcze i zdecydowane TAK. Dlaczego?

Chcąc zrozumieć moją postawę należałoby zapoznać się z wartościami, które wyznaję oraz spojrzeniem na świat, którym się kieruję. Szeroko pojęta wolność, nietzscheańskie uwielbienie dla życia i specyficzna wizja ewolucji. Zacznijmy może od tego ostatniego, czyli od ewolucji. Pisałem o niej już jakiś czas temu w mniej, lub bardziej humorystyczny sposób. Uznałem wtedy, że im dłużej żyjemy tym dłużej to my, ludzie, zaczynamy kształtować samych siebie. Tworząc i manipulując środowiskiem w sposób pośredni wpływamy na naszą ewolucję - zaczynamy ją kontrolować. Jak zatem funkcjonuje dobór naturalny w społeczeństwie pełnym technologii, jednostek zajmujących się ochroną zdrowia i przy opiekuńczej postawie państwa?

Ruchy „pro-life” spoglądają na życie bardzo prosto - uważają, iż życie ogranicza się jedynie do życia jednostki. My zaś spojrzymy na życie z nieco innej perspektywy. Skupcie się na sobie, na własnym życiu. Wyobraźcie je sobie jako czerwoną linię ciągnącą się od momentu narodzin aż do śmierci. Obecnie jesteście na poziomie tego, co widzą typowi zwolennicy „pro-life”. A teraz szybki ruch i zmieniacie perspektywę. Cofacie się, aby ujrzeć życie w jego szerszym wymiarze. Widzicie teraz setki, tysiące, miliony rubinowych linii. Linie te niekiedy łączą się ze sobą tworząc kolejne. Istnieje ogromna liczba zależności pomiędzy nimi tworząca już nie tylko drzewo, ale krwistą sieć powiązań. Teraz widzicie prawdziwe życie, życie ludzkie w całej jego okazałości. Co z tego wynika? O tym za chwilę.

Wolność nakazuje mi szanować życie ludzkie. Każda próba ograniczenia tejże wolności jest agresją bez względu na to, czy mowa o przemocy fizycznej, czy też intelektualnej. Nie do pomyślenia są dla mnie wojna, ludobójstwo, segregacja rasowa, dyskryminacja ze względu na preferencje seksualne, czy też wyznanie. Eugenika w wykonaniu III Rzeszy stanowiła wulgaryzację tego, o czym pisał Nietzsche. Przeczyła również temu, co dla mnie najważniejsze - wolności. Ale...

Życie powinno posiadać pewne mechanizmy samoregulacji. Szczególnie, gdy myślimy o życiu, jako życiu milionów istnień. Prawo oraz to, o czym wspomniałem w poprzednich akapitach, w znaczący sposób ograniczają mechanizmy samoregulacji. Z drugiej zaś strony byłoby wbrew wolności, gdyby to właśnie państwo określało, kto żyć może i dlaczego. Państwo nie jest narzędziem w rękach ewolucji. Zatem, jak poradzić sobie z troską o życie jako takie i restrykcyjnym charakterem państwa? To proste.

Dajmy ludziom aborcję. Niech sami dokonują wyboru, niech sami przycinają swoje własne drzewo genealogiczne. To oni sami będą nadawać wartość własnemu życiu i temu, co jest jego owocem. Staną się narzędziem w rękach ewolucji. To jest właśnie zachowanie „pro-life” i z tego też właśnie powodu jestem gorącym zwolennikiem antykoncepcji.

Mój system wartości nie pozwalałby mi zapewne na to, aby zgodzić się na aborcję mojego własnego syna/córki. Nie widzę natomiast żadnych przeciwwskazań ku temu, aby robili to inni ludzie. Wolność to też prawo do podejmowania złych decyzji i ponoszenia ich konsekwencji.

Nie ma nic zdrowszego, niż palenie!

2009-08-15, Sobota 00:03:39 +0200, autor Karol „Zal” Zalewski, licencja LPRCTKC

Towarzysze! Tytoń to przyjaciel ludu! Nie ma nic zdrowszego, niż palenie! Nie wierzycie? Zatem zapraszam do dalszej lektury.

Polska to zabawny kraj. Niby wyrwaliśmy się z komunizmu, a nadal funkcjonują w naszym państwie zasady, którym daleko do wolnościowych postaw. Ale nie o tym to ja chciałem pisać. Przynajmniej nie bezpośrednio. Zacznijmy od tego, iż obecnie paczka przyjemności, jaką są papierosy, kosztuje około 8 PLN. Z kwoty tej ponad 4,40 PLN przypada na akcyzę, a ponad 1,20 PLN na VAT. Innymi słowy, państwo na paczce papierosów zarabia grubo ponad 5 PLN. Zastanówmy się teraz, ilu z nas pali papierosy. Wedle danych sprzed roku papierosy pali co trzeci Polak - po uśrednieniu „pi razy drzwi” załóżmy, że co czwarty Polak wypala paczkę papierosów dziennie. Daje nam to ponad 4,7 milionów złotych dziennie, czyli ponad 17 miliardów złotych w skali roku dla państwa. Ale to nie wszystko!

Przez lata odkładamy pieniądze na emeryturę oraz płacimy ubezpieczenie zdrowotne, któremu jest zdecydowanie bliżej do podatku, niż do czegoś, co można byłoby nazwać ubezpieczeniem. W sumie oddajemy państwu około połowy naszych zarobków. Ale nie to jest najważniejsze. Należy pamiętać, że emerytura jest wypłacana stosunkowo późno. W przypadku naszej przedwczesnej śmierci pieniądze... trafiają do budżetu państwa. Wiecie już do czego zmierzam? Palacze żyją o około 8 lat krócej, niż osoby niepalące. Dożywają do okolic 70 roku i umierają mniej, lub bardziej spokojnie. Innymi słowy, o 8 lat krócej pobierają emeryturę, która wynosi obecnie miesięcznie średnio 1300 złotych brutto. Jeden palacz to ponad 120 tysięcy złotych do przodu dla państwa. Koszty leczenia tuż przed śmiercią? Podejrzewam, iż niewielkie w stosunku do tej kwoty.

Jak sami widzicie, uważam, iż nie ma nic zdrowszego dla budżetu państwa, niż tytoń i palacze. Jeżeli palicie, pracujecie i kochacie swoją ojczyznę - róbcie to dalej! Państwo Was potrzebuje!

I m.in. z tego właśnie powodu z papierosami nie mam zamiaru mieć do czynienia. Z państwem również nie ;]

Praca umysłowa to wyzwanie!

2009-08-14, Piątek 01:17:32 +0200, autor Karol „Zal” Zalewski, licencja LPRCTKC

Monotonny tryb życia czyni nas otępiałymi. Potrzebujemy zmiany wrażeń i przeżyć, zmiany bodźców, ponieważ dzięki niej zachowujemy elastyczność. Muzyka, wędrówki, sport, interesująca książka, dobry film, zajmująca rozmowa - mogą wyrwać nas z depresji. Małe radości codziennego życia są o wiele ważniejsze niż wielkie, lecz rzadkie. Ale należy się najpierw nauczyć widzieć je i rozkoszować się nimi. Są one przed nami, trzeba mieć jednak oczy, aby je widzieć i serce, aby je przeżyć. Te małe radości dają nam chęć do pracy.

Jeżeli nie mając dobrego nastroju zmuszamy się do pracy, to wysiłek nasz jest jałowy i bezowocny.

Kto chce tworzyć, musi być pogodny.

Źródło: Johannes Riechert „Jak studiować?”, wydanie II, Państwowe Wydawnictwo Naukowe, Warszawa 1979

Kiedyś już pojawiły się na moim blogu cytaty z tej książki, ale uważam, iż są warte tego, aby je powtórzyć. Świetnie ukazują to, w jaki sposób należy traktować pracę umysłową. Umysł jest narzędziem delikatnym, które nie tylko powinno być efektywnie wykorzystywane, ale również odpowiednio traktowane. Osiągnięcie wysokiej wydajności wymaga specyficznego stylu życia.

Mogłoby się wydawać, iż są to truizmy, ale chyba zbyt wielu o nich zapomina.

W służbie wolności: Ogg Theora i Ogg Vorbis

2009-08-13, Czwartek 13:51:13 +0200, autor Karol „Zal” Zalewski, licencja LPRCTKC

Dla nas, Polaków, patenty na oprogramowanie mogą wydawać się egzotycznym rozwiązaniem. Odległym i dotyczącym w głównej mierze Stanów Zjednoczonych ze względu na fakt stosowania ich m.in. w tym właśnie miejscu. Czy jest to prawda? Oczywiście, że nie. Świat patentów przypomina obecnie czasy zimnej wojny. Czy ciągły wyścig zbrojeń, tworzenie arsenału nuklearnego i doktryna MAD stanowiły zagrożenie tylko i wyłącznie dla Ameryki oraz ZSRR?

Wideo pochodzi z serwisu Mozilli (licencja CC BY-SA 3.0). Zgodnie z moim stanem wiedzy powyższa animacja uruchomi się jedynie w przeglądarkach Firefox w wersji 3.5 oraz nowszych. Stosując znacznik <video> popełniłem również kilka błędów w strukturze dokumentu XHTML+RDFa.

Wspólnota Europejska, która ma zamiar w najbliższej przyszłości utworzyć Unię Europejską, również zastanawiała się nad rozstrzygnięciem kwestii patentów na oprogramowanie. Stanęło na niczym. Obecnie każdy kraj, który zgłosił chęć członkostwa w UE, stosuje własne prawa w tym zakresie. Oznacza to, że w Polsce również mogą się takowe pojawić - zarówno z inicjatywy UE, jak i rządu polskiego. Ale dlaczego o tym piszę?

Już jakiś czas temu wspominałem o wolnych kodekach audio-wideo oraz o kontenerach multimedialnych. Ich wolność polega w głównej mierze na tym, iż ich wykorzystanie nie jest obostrzone istnieniem patentów z nimi związanych. Tak, jak użytkownicy płacą autorowi za licencję dającą możliwość korzystania z danego oprogramowania, tak twórcy oprogramowania płacą posiadaczowi patentu na dane rozwiązanie za licencję umożliwiającą jego implementację. I właśnie ta ostatnia sytuacja ma miejsce np. w przypadku kodeka MP3. O ile wykorzystanie dekodera (np. w odtwarzaczach) jest bezpłatne, tak kodowanie wymaga już stosownych licencji. Dziwne?

Z tego też względu powstały wolne kodeki i ich implementacje. Przykładami mogą być Ogg Vorbis (kodek audio) oraz Ogg Theora (kodek wideo). Całkowicie wolne od patentów. Ich powstanie miało nie tylko wspomóc twórców oprogramowania, ale również ograniczyć wykluczenie technologiczne, które dzięki patentom nie dotyczy już tylko osób, które nie mają dostępu do odpowiedniej wiedzy (np. osoby starsze, kraje Trzeciego Świata itp.). Dyskusja na ich temat rozgorzała na nowo. Głównie za sprawą przeglądarek WWW, HTML-a 5 oraz znacznika <video>.

W skrócie, wszystko rozchodzi się o to, jakie kodeki będą musiały zawierać przeglądarki, aby w prawidłowy sposób obsługiwać HTML-a 5 i zawarty w standardzie znacznik <video>. Obecnie walka rozgrywa się między opatentowanym standardem H.264 (wideo) + MP3 (audio) oraz wolnym Ogg Theora (wideo) + Ogg Vorbis (audio). Opis i przykład działania wspomnianego znacznika można ujrzeć na stronie „Video for Everybody”. Który z kodeków stanie się standardem przyjętym przez konsorcjum W3C? Czy opatentowana technologia ma szanse na zostanie standardem?

Oczywistym jest, że ma szanse. I to całkiem duże bez względu na to, czy serwisy pokroju Dailymotion zaczną korzystać z Ogg, czy też nie. Należałoby zatem zadać kolejne pytanie - czy w ogóle potrzebujemy standardu? Znacznik <img> nie posiada określonej listy wspieranych formatów, a przeglądarki jakoś sobie z nim radzą.

Moim zdaniem standardy są ważne. Szczególnie otwarte/wolne standardy i to w tak newralgicznych miejscach do jakich należą m.in. przeglądarki WWW. Dlaczego ktoś miałby zarabiać na technologii wykorzystywanej w tak masowy sposób, gdy istnieją darmowe rozwiązania? Dlaczego mieliby na tym cierpieć twórcy oprogramowania, a pośrednio jego użytkownicy? Dlaczego twórcy filmów, czy też animacji mieliby zostać ograniczeni?

Scarky, czyli rozrywka dla intelektualistów

2009-08-11, Wtorek 14:33:40 +0200, autor Karol „Zal” Zalewski, licencja LPRCTKC

Scarky.com to nowy serwis (jeszcze w fazie testów), którego autorami są twórcy SPOJ-a - popularnego systemu do przeprowadzania konkursów programistycznych.

Zatem dla kogo został stworzony Scarky? Jest to rozwiązanie przeznaczone dla wszelkiego rodzaju miłośników zagadek, łamigłówek, gier logicznych oraz problemów algorytmicznych. Dzięki Scarkiemu każdy, kto jest tym zainteresowany, jest w stanie stworzyć własną łamigłówkę i umieścić ją na własnej stronie, czy też blogu. Przykład widzicie poniżej.

Przedstawione powyżej zadanie jest niezwykle proste i pochodzi ze SPOJ-a. Idealnie nadaje się na przykład. Planowałem umieścić tutaj zadanie, które polegałoby np. na stworzeniu najkrótszego kodu w BrainFucku (patrz „Literature List”), czy też Whitespace, ale sami rozumiecie, że nie byłby to najlepszy pomysł.

Zachęcam do zabawy!

[EDIT] Ponoć pod IE nie widać widgetu. W takim przypadku proponuję wykorzystać coś, co można nazwać przeglądarką WWW np. Firefoksa, czy też Operę.

Czas na (nie)kulturalne zmiany

2009-08-10, Poniedziałek 15:35:17 +0200, autor Karol „Zal” Zalewski, licencja LPRCTKC

Pisanie sprawia mi przyjemność. Oczywiście, nie jest to równoznaczne ze stwierdzeniem tego, iż umiem pisać. Wręcz przeciwnie, ale jeśli mam być szczery to nigdy mnie takie błahostki nie zrażały. Uwielbiam pisać o tym, czym w danej chwili się interesuję, o decyzjach, które podejmuję, czy też koncepcjach, które poznaję. A przede wszystkim o zmianach w moim życiu.

I to właśnie zmiany są istotą problemu. Są one selektywne i, wbrew wszelkim pozorom, zachowawcze. Piszę o otwartości, wolności, wolnym oprogramowaniu, ale tak właściwie na płaszczyźnie kulturowej w moim życiu niewiele zachodzi zmian. Owszem, następują pewne zmiany w moim „life style”, ale są to zmiany, które tak właściwie od zawsze były przeze mnie akceptowane (np. wegetarianizm, ateizm, czy też libertarianizm). Czas na inny rodzaj zmian.

Muzyka może nie odgrywa w moim życiu najważniejszej roli, ale zawsze mi towarzyszy. Do tej pory była to głównie muzyka polska i zagraniczna stosunkowo popularnych twórców. Mowa m.in. o Republice, Kulcie, Therionie, Nightwishu, czy też Rammsteinie. I tak od dobrych 10 lat bez względu na to, w jakiej formie przechowywana była przeze mnie muzyka (kontenery multimedialne, radia internetowe, czy też Last.fm i YouTube). Mało to otwarte zachowanie, czyż nie?

Zawsze żywiłem pewną niechęć do kultury offowej, czy też alternatywnej, kojarząc ją w głównej mierze ze specyficznym rodzajem odbiorców i artystów, a nie z ideą jako taką. Do tej pory jestem uprzedzony do osób przeświadczonych o swojej wyższości tylko i wyłącznie z tego względu, iż są „inni”. Z drugiej zaś strony Internet oraz idea wolnej kultury pokazują, że nie trzeba zapoznawać się z tymi „niecodziennymi” ludźmi, aby móc czerpać z kultury offowej. Cóż zatem stoi na przeszkodzie, aby poszerzać swoje horyzonty?

Przyzwyczajenie. I z tego właśnie względu postawiłem przed sobą wyzwanie będące w istocie prostym eksperymentem. Przez najbliższe kilka tygodni mam zamiar korzystać tylko i wyłącznie z usług Jamendo. Wystarczy jedynie zapoznać się z twórczością takich zespołów, jak np. Butterfly Tea (dzięki Psycholowi za namiar), pornophonique, czy też Diablo Swing Orchestra (są niesamowici!), aby przekonać się, że jest to doskonałe źródło wysokiej jakości muzyki. A przy okazji stanowi świetne pole do popisu dla kogoś, kto ma zamiar eksperymentować z gustami muzycznymi.

Jestem ciekaw, jaki będzie tego efekt. Czy zmiana nawyków będzie trwała? Obecnie całość zapowiada się interesująco.

Jak strzelić sobie w stopę?

2009-08-06, Czwartek 16:55:59 +0200, autor Karol „Zal” Zalewski, licencja LPRCTKC

Będąc ofiarą wystarczy zamienić się miejscami z prześladowcą. Proste i skuteczne, o czym świadczy akcja KPH Trójmiasto w stosunku do Cejrowskiego.

W skrócie - Wojciech Cejrowski to znany podróżnik, bestyj inteligentny, lecz o poglądach ziemniaka. Co prawda dorodnego ziemniaka, ale nadal ziemniaka. Gdyby realizował wszystko to, co mówi, świat byłby lżejszy o kilka milionów istnień. Tak, czy inaczej, poglądów swych nie realizuje, ale lubi o nich mówić publicznie. Niedawno zdarzyło mu się nimi pochwalić - wspominał coś o prześladowaniach oraz homoseksualistach. Ponoć dobrze do siebie pasują. Tym ostatnim nie spodobało się to i postanowili Cejrowskiemu psikusa sprawić - na plakatach informujących o odbywających się w Trójmieście spotkaniach z Cejrowskim nalepili wlepki z napisem „odwołane”. I w tym oto miejscu rozpoczyna się afera.

KPH wypiera się tego i uważa, że akcja została zorganizowana oddolnie. Moja LP już jakiś czas temu wspominała mi o tym, iż na zamkniętej grupie dyskusyjnej związanej z KPH pojawiły się pomysły związane z „wlepkami”. Wszedłem na ich grupę, grzecznie się zapisałem, zostałem zaakceptowany i przeczytałem, że akcja była planowana od dłuższego czasu. Nie zmienia to jednak faktu, iż kolejny raz organizacje, które walczą o równouprawnienie robią sobie krzywdę. Wystarczy chociażby wspomnieć tegoroczną gdańską Manifę oraz znak „Woman power”.

W Polsce istnieje wolność słowa, ale nie oznacza to, iż wolność ta zwalnia od myślenia i dbania o swój interes, jak i dobre imię. Organizacja to również pewna marka, czy też oblicze, które musi być medialne oraz dobrze się kojarzyć - public relations. A jak widzę takie „oddolne akcje” organizowane przez skrzywdzoną, anarchistycznie usposobioną młodzież to wątpię w to, czy ktokolwiek akcję przemyślał.

Tolerancja dla odmiennych preferencji seksualnych? Why not? To wolność! Ale nie może istnieć tolerancja dla głupoty, czy też tzw. „intellectual sloppiness”.

Czym jest Free oraz Open Source Software?

2009-08-06, Czwartek 15:23:46 +0200, autor Karol „Zal” Zalewski, licencja LPRCTKC

Wstęp

Odnoszę wrażenie, iż dla wielu osobom pewną trudność stanowi zrozumienie różnić między dwoma bliskimi sobie koncepcjami - Free Software (Wolne Oprogramowanie) oraz Open Source Software (Otwarte Oprogramowanie). Z tego też powodu uznałem, iż udostępnię to, co jakiś czas temu stworzyłem, a co przeznaczone jest dla mniej doświadczonych i obeznanych z tematem użytkowników komputera.

Poniżej znajdziecie odpowiedź na pytania dot. tego, dlaczego powstały ruchy Otwartego i Wolnego Oprogramowania (w skrócie WiOO, lub FOSS) oraz czym się różnią między sobą. Zapraszam do lektury.

Idea Free/Open Source Software

Program komputerowy składa się najczęściej z dwóch części: z kodu programu napisanego w języku wyższego poziomu (bliższego j. naturalnemu) oraz z binariów, czyli kodu maszynowego stworzonego dla konkretnego komputera. Zależność między kodem programu, a jego binarną wersją jest stosunkowo prosta - binarna wersja programu powstaje po kompilacji, czyli przetworzeniu przez kompilator danego języka programowania, kodu programu. Z punktu widzenia użytkownika współczesnych systemów operacyjnych kompilacja to skomplikowany proces, którego nie chcieliby samodzielnie przeprowadzać. Z punktu widzenia programisty binarna wersja programu to czarna skrzynka, której poznanie, wykorzystanie w innym programie, czy też modyfikacja graniczy z niemożliwością. W przypadku posiadania kodu programu możliwe jest jego poznanie jeszcze przed uruchomieniem jego skompilowanej wersji. Natomiast w momencie obcowania z binarną jego wersją o wiele prościej jest uruchomić program, niż analizować kod maszynowy w nim zawarty.

Sytuację tę można porównać do procesu pieczenia ciasta. Kucharz chcąc upiec ciasto (odpowiednik binarnej wersji programu) przygotowuje wcześniej niezbędne składniki oraz przepis (odpowiednik kodu źródłowego). Przepis bezproblemowo może być poddawany zmianom, czy też przekazywany innym kucharzom — będzie on dla nich zrozumiały i stosunkowo prosty do wykonania. Natomiast samo ciasto, chociaż gotowe do zjedzenia, jest zagadką dla kucharza. Dopiero jedząc je jest w stanie określić jego przybliżony skład (np. ilość dodanej mąki), co wymaga od niego doświadczenia i wysokich umiejętności. Próba stwierdzenia, czy zawiera arszenik (odpowiednik złośliwego kodu w oprogramowaniu), mogłaby być problematyczna. Również modyfikacja już upieczonego ciasta jest mocno utrudniona — trudno byłoby zmienić jego nadzienie, czy też aromat.

Historia Free Software, czyli ruchu Wolnego Oprogramowania, rozpoczęła się właściwie z początkiem istnienia komputerów i programistów, których zadaniem było ich oprogramowanie. Pierwsze programy powstawały, jako programy z dostępnym kodem źródłowym i w takiej też formie były rozprowadzane. Użytkownik, chcąc je uruchomić, był zobowiązany do jego skompilowania. Należy jednak pamiętać, iż w tamtych czasach użytkownicy komputerów mieli zazwyczaj znacznie wyższą wiedzę na temat funkcjonowania komputera, niźli współczesny przeciętny użytkownik. Operacja ta nie stanowiła dla niego większego problemu, a on sam mógł dzięki temu samodzielnie usuwać błędy w oprogramowaniu (tzw. bugi), czy też rozwijać je i rozszerzać o interesującą go funkcjonalność. Oprogramowanie z początków istnienia komputerów było wolne (od wolności).

Dopiero w latach 80 ubiegłego wieku pojawiła się tendencja (m.in. za sprawą firmy Microsoft) do „zamykania” oprogramowania. Czynność ta sprowadzała się do udostępniania użytkownikowi jedynie binarnej, czyli skompilowanej, wersji programu oraz zobligowania go do zgodzenia się z licencją. Licencje te zawierały najczęściej obostrzenia i zobowiązania, których musiał przestrzegać użytkownik - zabraniały modyfikacji programu, czy też jego kopiowania i rozpowszechniania. Wtedy też pojawił się, za sprawą hackera Richarda Matthewa Stallmana, ruch Free Software. Propagowanie Wolnego Oprogramowania, czyli takiego, które może być swobodnie kopiowane, modyfikowane i dystrybuowane, stało się celem jego uczestników. Dzięki jego działaniom powstały szeroko stosowane licencje wolnego oprogramowania m.in. GNU Public License.

Pod koniec lat 90 ubiegłego wieku pojawił się odłam ruchu Wolnego Oprogramowania. Mowa o ruchu Open Source, czyli Otwartego Oprogramowania. Ruch ten nie tylko starał się zmniejszyć nacisk na ideologiczny aspekt Wolnego Oprogramowania, ale również zauważył, że z oprogramowaniem z dostępnym kodem źródłowym wiążą się też inne pozytywne aspekty związane m.in. z procesem jego tworzenia oraz skupioną wokół niego społecznością. Pragmatyzm, efektywność i nowe modele biznesowe stały się głównymi elementami ruchu Open Source. Zauważono, że wolne i otwarte oprogramowanie to wolność, nonkonformizm oraz ludzie zmotywowani potrzebą prestiżu, samorozwoju oraz chęcią poznania i stworzenia czegoś nowego.

Z ruchów Free Software oraz Open Source wywodzi się również idea Wolnej Kultury, otwartych standardów i wielu innych, wolnościowych koncepcji.

Porównanie Free Software z Open Source

„Nie zgadzamy się w kwestiach zasadniczych, ale mniej więcej zgadzamy się w praktyce. Tak więc możemy wspólnie pracować i pracujemy wspólnie nad wieloma projektami.”

Richard Matthew Stallman, założyciel Free Software Foundation, o ruchu Open Source

Koncepcje Wolnego i Otwartego Oprogramowania często są ze sobą mylone. Pomimo stosunkowo subtelnych różnic między nimi są one podkreślane zarówno przez zwolenników jednego, jak i drugiego ruchu. Z tego też względu, dla osób mniej zorientowanych, stworzono neutralny termin FOSS, czyli Free/Open Source Software mający się odnosić do całości wolnego i otwartego oprogramowania.

Poniżej znajduje się porównanie dwóch podobnych, ale odmiennych spojrzeń na wolność i otwartość w świecie oprogramowania komputerowego.

Free Software Open Source
  • oprogramowanie Free Software jest równocześnie oprogramowaniem Open Source,
  • prezentuje bardziej radykalne, ideologiczne podejście, niż Open Source,
  • idea i etyka są jego głównymi aspektami,
  • Free Software Foundation oraz Richard Matthew Stallman, jako centrum ruchu.
  • pragmatyzm,
  • nacisk na otwartość kodu, a nie jego wolność,
  • specyficzny model pracy i biznesowy,
  • styl bazarowy ponad styl katedralny,
  • Open Source Initiative, Eric Raymond oraz Linus Torvalds, jako organizacje i osoby utożsamiane z Open Source.

Co ważne, w przypadku Free Software istnieją cztery warunki (składowe wolności), które musi spełniać oprogramowanie, aby być wolnym. Oto i one:

  • wolność do uruchomienia programu w każdym celu (wolność 0),
  • wolność poznania, jak program działa i możliwość jego modyfikacji wedle uznania (wolność 1),
  • wolność do redystrybucji programu (wolność 2),
  • wolność do poprawiania programu i redystrybucji poprawek tak, aby skorzystała na tym cała społeczność (wolność 3).

W przypadku oprogramowania Open Source musi ono spełniać 10 warunków określonych przez Open Source Initiative.

Podsumowanie

To, co zawarłem powyżej jest tylko i wyłącznie mocnym skrótem historii związanej z wolnym oraz otwartym oprogramowaniem. Na temat ten można byłoby jeszcze wiele napisać, ale uważam, że zawarłem tutaj najważniejsze fakty, które powinien znać „świadomy” użytkownik komputera.

Co do samej idei to w moim mniemaniu jedno i drugie podejście jest wartościowe pomimo tego, iż skupiają się na nieco innych aspektach oprogramowania i procesów z nim związanych. Różnice są subtelne, ale warto je znać i świadomie używać pojęć z ruchami tymi związanymi.

Jeżeli ktoś z Was jest mocniej zainteresowany tematyką FOSS to polecam, oprócz zajrzenia na Wikipedię, również lekturę takich esejów i książek, jak np. „Katedra i bazar” Erica Raymonda, „W obronie wolności” Sama Williamsa oraz „Wolna Kultura” autorstwa Lawrence Lessiga. Są one bezpłatnie dostępne w Sieci. Warto się z nimi zapoznać!

Kryptoanarchia i infoanarchia

2009-08-04, Wtorek 12:18:44 +0200, autor Karol „Zal” Zalewski, licencja LPRCTKC

Są takie miejsca na świecie, gdzie pewne liczby są zakazane. Miejsca, w których to za ich tworzenie, posiadanie, rozpowszechnianie oraz ukrywanie jest się narażonym na utratę majątku, czy też pozbawienie wolności. Miejsca, w których to panuje demokracja, a ich mieszkańcy łudzą się, że są wolni. Jak sądzicie, o jakich liczbach oraz krainach geograficznych piszę?

Całość brzmi surrealistycznie, ale nabiera sensu, gdy uświadomimy sobie, że to na co spoglądamy i z czym mamy do czynienia podczas pracy z komputerem to tak właściwie liczby. Wielce skomplikowane zbiory liczb, które dopiero w naszych oczach nabierają znaczenia. Komputer, jako maszyna obliczeniowa, służy jedynie do ich mniej, lub bardziej złożonego pobierania, przetwarzania i prezentowania.

Don't try to explain something you don't understand yourself.

Jestem zadeklarowanym libertarianinem i pomimo tego, iż sam libertarianizm często jest mylony z anarchizmem to ten ostatni w ogóle mnie nie pociąga. Przyznaję jednak, iż ostatnimi czasy gorąco popieram infoanarchizm, a w szczególności kryptoanarchizm. Zgodnie z tym, co zaprezentowałem powyżej, nie mam zamiaru tłumaczyć na czym polegają wspomniane idee, ale przedstawię to, co o nich sądzę w świetle decyzji podejmowanych przez wszelkiego rodzaju „wolne i demokratyczne” kraje.

I should be able to whisper something in your ear, even if your ear is 1000 miles away, and the government disagrees with that.

Phil Zimmermann, twórca PGP

Odnoszę wrażenie, iż współczesna informatyka, powszechność dostępu do Internetu i popularność rozwiązań kryptograficznych są orzechem trudnym do zgryzienia dla obecnych władz. Nie tylko każdy jest w stanie komunikować się z niemal każdą inną osobą na świecie, ale również możliwym jest zachowanie poufności tego, co jest przekazywane. Bez względu na to, czy mowa tutaj o rozmowie między kochankami, przeciwnikami dominującej obecnie partii politycznej, czy też bankiem, a jego klientem. Ludzie dostali potężne narzędzie, z którym prawnicy, a w szczególności państwo, nie wiedzą, jak sobie poradzić. Narzędzie, które ułatwia ochronę przed państwową inwigilacją i cenzurą.

Ludzie, którzy dla tymczasowego bezpieczeństwa rezygnują z podstawowej wolności, nie zasługują ani na bezpieczeństwo, ani na wolność.

Benjamin Franklin

W Anglii za nieujawnienie władzom klucza prywatnego, którym zaszyfrowaliśmy nasze prywatne dane, można trafić na 5 lat do więzienia. Zarówno w Rosji oraz Francji istnieją ograniczenia związane z wykorzystaniem szyfrowania przez osoby prywatne. Ale nawet Chiny umożliwiają wykorzystywanie szyfrowanych VPN-ów w celach biznesowych. Prywatność dostępna tylko dla wybranych?

Czy etycznym jest karanie za niechęć do ujawniania liczb? Czy w wolnych, demokratycznych krajach obywatele nie mają prawa do prywatności? Czy ludzie są świadomi tego, jak wiele poświęcają na rzecz złudzenia, jakim jest poczucie bezpieczeństwa? Uważam, że kraj, w którym to ogranicza się swobodę korzystania z liczb pod wszelką postacią jest krajem, gdzie wolność nie może istnieć.

Oczywiście, posługując się tokiem myślowym analogicznym do powyższego (pierwsze akapity), równie dobrze można byłoby zapytać się, czy istnieją morderstwa, skoro tak właściwie jedyne, co w rzeczywistości może mieć miejsce, to np. kolizja jednej grupy atomów (należące do ludzkiego ciała) z drugą (część ostrza siekiery). Czy byłoby zatem zasadnym karać za coś, co jest neutralne w swej istocie? A co by się stało, gdyby życie, jak i cały nasz świat, było ściśle deterministyczne? Niemniej jednak „liczba” to pojęcie cechujące się zdecydowanie wyższą abstrakcją.

Starsze wpisy | Nowsze wpisy